Opublikowano Dodaj komentarz

Smak wina, profumo di donna

Smakowanie wina jest w istocie smakowaniem ulotności chwili, dlatego sądy obiektywne są tutaj najmniej usprawiedliwione. Oczywiście struktura, otoczenie, menu, do którego takie wino zostało podane, to wszystko może być zorganizowane i powtarzalne, natomiast wrażenia smakowe zawsze pozostaną kolejnym przybliżeniem Absolutu i próby opisu, mimo specyficznego języka, pozostaną zawsze poezją, sztuką, bo tylko ona może pokusić się o opis przemijania. Jak już napisałem, wino powinni pić ludzie szczęśliwi, szczęście wynikające z umiejętności przeżywania świata w jego niepowtarzalnych momentach gwarantuje, iż alkohol w winie zawarty dostarczając niezaprzeczalnej euforii nie ukradnie duszy i pozwoli zachować do siebie odpowiedni dystans. Zapach wina (a dzisiaj piłem wino o zapachu winogron) jest jak zapach kobiety, równie ulotny i zmienny i równie intensywny w chwili prawdziwej bliskości. Ludzie szczęśliwi potrafią w winie odnaleźć chwilę, ludzie zaś, którzy piją wino, aby czas odtrącić, nie mogą chwili odnaleźć, gdyż czas zabijają uciekając od rzeczywistości w oszołomienie, a życie oszołomienia nie potrzebuje, bo samo oszołomić potrafi.

Opublikowano Dodaj komentarz

Po co się pije, nie tylko wino?

Nie odpowiem. Dzisiaj testowałem stosunkowo (może bardzo) tanie wino Villavinum Shiraz Chile 2012, bez producenta (wykonane dla sieci handlowej) i okazało się ono rewelacją, ale nie wiem, czy jest ono faktycznie takie dobre, czy też mój nastrój sprawił, że smakowało mi bardzo. Zrównoważone, z finiszem i posmakiem długim i znakomitym. Zastanawiam się więc, czy to nie jest tak, że każde wino, tanie, drogie, białe, czerwone, włoskie, argentyńskie, każde po prostu, powinni  pić tylko ludzie szczęśliwi, gdyż dopiero wtedy wynagradza smakiem nasze wewnętrzne szczęście, a nieszczęścia spowodowane alkoholem biorą się z tego, że nieszczęśliwi ludzie za wszelką cenę chcieliby przy jego pomocy szczęście poczuć, co jest niemożliwe. A o naturze szczęścia? Menelik powiada, że szczęśliwy to jest jego pies, bo ma takiego dobrego pana…

Opublikowano Dodaj komentarz

Menelik od smaku woli skuć się i zapomnieć

Menelik (a w dawnej Abisynii tak mówiono na króla) pijąc nie lubi zastanawiać się nad smakiem jedzenia,  bo pije, kiedy nie ma co jeść, albo, kiedy samotność boli tak, że kiszki do łba przyrastają i skuka jęczy za uszami. Pije dzieła winifikacji takie, jak „słodka mary”, czy „czas galerii snów”, w której przyszłość zjawia mu się w zupełnie innych kolorach. Nie ma czasu i siły szukać markowych wynalazków na dużych powierzchniach handlowych, bo nie chcą tam go wpuścić, jako że bukiet zapachowy menelika nie pasuje do rzeczywistości, więc wysyła małego po jabola do sklepu, a mały urywa pięćdziesiąt groszy z doli menelika i obaj są szczęśliwi do następnego razu.  Więc trudno jest doradzać menelikowi jedzenie gorzkiej czekolady pod kieliszek czerwonego wytrawnego, zresztą kwasu menelik nie cierpi, po części dlatego, że wrzody żołądek mu wygryzły i organizm broni się przed wszelaką przesadą. Gorzką czekoladę pamięta z dzieciństwa, ale było to tak dawno, że przestało być prawdą, a o grzankach z serem też zapomniał, no bo po co grzanki, jeśli upiec ich nie ma na czym. Czerwone mięso widział ostatnio, kiedy nożem zerżnął sobie ramię. Jak takiemu budować wzorce, roztaczać miraże, horyzonty poszerzać? Jedyne, co można zrobić, to nakarmić mu psa i dorzucić złotówkę „na bułkę, panie starszy, na bułkę”.  I walczyć krok za krokiem, i myśleć, aby na koniec dni swoich i psa takiego mieć, jak menelik, i swojego „panie starszy”, co to na bułkę da i o winach poopowiada.

Opublikowano Dodaj komentarz

Stąd krok jeden do etyki biznesu

Snując fragmentarycznie takie rozważania pojawia się zza węgła imperatyw marketingu etycznego. Od wina więc przechodzimy do zagadnień o wiele głębszych, ale to właśnie wino widziane nie tylko jako sposób na umoczenie dzioba dodaje sił i ochoty, aby ze światem się nie godząc, ówże zaakceptować. Niepowtarzalna lekkość bytu zawarta w nieskończonej kombinacji smaków narzuca myśl o Absolucie, a Absolut wnioski na temat etycznego, lub nieetycznego charakteru niektórych naszych działań. W ogóle kraj mój w okresie transformacji zbyt łatwo zapomina o nadrzędności etyki (dekalogu, jak kto woli) i to w codziennym życiu (a więc także w handlowaniu) i robi wszystko tak, jakby za chwilę świat miał się skończyć  (więc za wszelką cenę musimy się nahapać, nie bacząc na innych, a po nas choćby potop). O zgrozo postępują tak również i ci, którzy zawodowo z etycznym wychowaniem człowieka są związani i świadczą w ten sposób, że wiary w nich żadnej nie ma  i że jedynie o brzuchach swoich myśląc do bałaganu bieżącego w ludzkich głowach się przyczyniają. Częściej (nie więcej) pić wino i myśleć, że bycie po stronie biednego rynku ekonomicznie opłaca się najbardziej… Dlatego też od czasu do czasu o etyce pazernego naszego biznesu będę sobie pisywał, drażniąc i podpuszczając, bo taki los outsiderów, że podpuszczać muszą.

Opublikowano 2 komentarze

Rynek biedny rynek bogaty

Jeżeli potraktować wino jako artykuł masowy należy jego dystrybucję również rozważać w skali masowej. Z wielu niejednokrotnie bardzo skomplikowanych przyczyn, nad którymi nie będę się pochylał, zbyt mocno pachną bowiem  one polityką i ideologią, świat zmierza (czy tego chcemy, czy nie ) w kierunku struktury, gdzie 1% populacji posiadać będzie 99,9% bogactwa. Z tego powodu nie da się uniknąć konfliktów i żaden Wielki Brat nieodpowiedzialnymi manipulacjami niczego tutaj nie załatwi. Aby takie konflikty zminimalizować, należy zastanawiać się czy ten ułamek procenta w posiadaniu 99% światowej populacji wystarczy nie tylko na utrzymanie, lecz również na odrobinę przyjemności i luksusu. Karkołomne zadanie. Wino w tej łamigłówce jest klockiem niepoślednim. Klienci muszą mieć doń dostęp i powinno ono być wystarczająco dobre, aby mogło stanowić wentyl na całe zło tego świata. Oprócz tego jest ono rzeczywistym źródłem przyjemności smakowych, do których jednak niewyrobionego konsumenta trzeba przygotować…Kampanie geniuszów z Niedronki  nie są najlepszym sposobem wychowywania masowego konsumenta.  Z drugiej strony dotarcie do  rzeszy konsumentów i możliwość zarobienia na nich mnożąc małe marże jest niepowtarzalną okazją zrobienia majątku. Robić to jednak trzeba uczciwie, nie szkodząc i nie przesadzając, przesada bowiem niejednemu sznur na szyję założyła.

Opublikowano Dodaj komentarz

No i zaczyna się wyścig…

Długo nie trzeba było czekać. Wyścig się zaczął. Dziękuję winicjatywie.pl, że włączając mnie do Blogosfery umożliwiła zajęcie niezłego miejsca, coraz więcej „targeted visitors” pojawia się w tej witrynie, co stawia przede mną wyzwanie, aby nie zawieść ich oczekiwań, no i pojawili się gracze. Dostałem dzisiaj maila od włoskich hurtowników w Polsce, ich strona rozwinęła przede mną wachlarze i miraże i dała mi do myślenia. Może nie do końca o to chodziło, więc po krótce jeszcze raz wyjaśnię i póki tchu starczy będę  wyjaśniał,  że  interesuje mnie wyłącznie los masowego odbiorcy. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że Włosi mają i mieć będą dobre wina i wcale mnie nie dziwi wspaniała oferta, którą mnie uraczono, martwi  natomiast fakt, że na poziomie Warszawy, w biurach hurtowni i w piwnicach wspaniałych sommelierów oderwano się tak dalece od rzeczywistości, iż  zapomniano, jaka klientela jest istotna i co kształtuje rynek. Elita może próbować kształtować gusta, nie ona jest jednak największym odbiorcą (zresztą nasza elita już dawno przestała być elitą). Logika rynku masowego każe mi twierdzić, że nie ma nic złego w fakcie, iż ktoś sprzedaje wino zwane Chianti za 10,00 PLN butelka, jeżeli to wino faktycznie ma w sobie coś z Chianti. W postawie bogatych włoskich hurtowników prezentujących ofertę przede mną (być może przyszłym kowalem opinii) pobrzmiewa paradoksalnie taka sama nuta, co w postawie zarządców Niedronki, lansujących podróbki włoskich win markowych za małe pieniądze, a mianowicie nuta pogardy dla tych 80% obywateli mojego kraju, którzy nie mogą sobie pozwolić na luksus dobrego włoskiego wina i których można wydmuchiwać codziennie z zaoszczędzonych grosików grając na przywarach i snobizmach (a tak niestety robią ci, którzy miełocz oferują za miełocz). I ci i ci są dwiema stronami tego samego medalu. Przypominam więc, że marketing  nie jest jedynie umiejętnością plasowania produktu na rynku i że dobry marketing wymaga odrobiny wyobraźni, także społecznej. Rynek biednych ludzi będzie coraz większy (bo coraz większa jest koncentracja kapitału), a mimo to trzeba będzie na nim istnieć. Ten rynek to też (a może przede wszystkim) ludzie. O winie zaś można pisać będąc jednym z klientów na takim właśnie rynku, boć ludzie biedni i ludzie bogaci wino kupują i kupować będą, czy tego chce Pan Gugiel, czy nie…

Opublikowano 2 komentarze

Każdy przecież może winem handlować, nawet Marek Kondrat

Tytuł nie zawiera ironii, jest jedynie próbą stworzenia szlagwortu ułatwiającego pozycjonowanie wpisu, dlatego też z góry Bogu ducha winnego Pana Marka Kondrata przepraszam, ale ponieważ posiada nazwisko okrutnie publiczne i określone konotacje, bezczelnie je użyłem, aby sobie przysporzyć widowni. Skojarzenie z Markiem Kondratem przyszło mi do głowy, kiedy zacząłem zastanawiać się nad tym, co bardziej się opłaca. Czy zainwestować w wiedzę, w kontakty, zjechać świat cały i potem sprzedać jedną butelkę wina za 1600,00 PLN z marżą – powiedzmy – 20% netto, czy też siedząc na tyłku za biurkiem i bez zielonego pojęcia o winach, tradycji, kulturze i tak dalej sprzedać w dużych sieciach 100 000 butelek wina za 9,99 PLN z marżą 10%. Nie udzielę żadnej odpowiedzi, proszę sobie liczyć, jeśli ktoś tak lubi. Jedno jest pewne. Aby móc mieć te 10% marży netto z butelki za 9,99 PLN trzeba kupić surowiec za mniej więcej 2,00 PLN (bo dochodzą tutaj jeszcze koszty transportu, podatki, akcyzy i takie tam, a takie wino praktycznie we Włoszech nie istnieje). Zdaję sobie sprawę, że nawet Pan Marek Kondrat nie może opierać się jedynie na rynku bogatych klientów i że  też sprzedaje wina w niskich cenach, jednak w jego przypadku coś mam zaufanie i do wiedzy i do kultury, i do tego, że wody z glikolem mi nie sprzeda.

Opublikowano Dodaj komentarz

Witryna na wariackich papierach

Owóż pod koniec dni moich, znudzony tym, co wokół się odbywa i aby stworzyć sobie odskocznię od codziennych zajęć tłumaczeniowych polegających na powtarzaniu do znudzenia i wymiotów numerów podwozia (czy, jak kto woli nadwozia) w dokumentach samochodowych, postanowiłem na własny rachunek i odpowiedzialność stworzyć witrynę, gdzie przyjemne pożenię z pożytecznym (dla siebie, oczywiście) i gdzie – jako outsider – hulać sobie swobodnie będę ku uciesze ewentualnych czytaczy. Nie kiper jestem, ani sommelier, arogant raczej i nieskromny strzelec, jeśli popijam, to dla przyjemności unikając jak diabła napojów, co ból głowy powodują, a więc z trudem znajdziesz czytelniku we wpisach moich opinie o winach białych (chociaż prosecco lubię, jako przyszywany veneto). Czerwone wytrawne w odpowiednich ilościach i w czasie rozłożone skutkują tym, że ranka następnego budzę się (jeszcze) rześki i radosny i i z nadzieją w przyszłość spoglądając po następną butelkę sięgam. Nie dbam o Pana Gugla połajanki i cieszy mnie każdy objaw radosnej swobody, z  jaką ludzie w tradycji wina zanurzeni na świat patrzą i onże budują. Radości życia wszystkim Państwu życzę

Andrzej Szadkowski – łebmajster

Opublikowano Dodaj komentarz

Hola hola Panie Gugiel

Czyli o tym, jak zderzyłem się z poprawnością polityczną w wydaniu Wielkiego Brata Pana Gugla. Otóż założyłem tę nieskromną witrynę około 10 dni temu i postanowiłem, biorąc pod uwagę moje dość spore doświadczenie w pozycjonowaniu, promowaniu i takich tam podobnych podeprzeć się płatnymi, podkreślam płatnymi reklamami w postaci kawałków tekstu, nazywanych powszechnie w moim patriotycznie nastawionym kraju Google Adwords. Wyobraziłem sobie, żyjąc w wolnym, jakby nie było, świecie, że jeśli za coś płacę, to mogę to zrobić (dbając oczywiście o to, aby nie urazić ani zwolenników, ani przeciwników picia i uboju mniej lub bardziej rytualnego). Na moim guglowskim koncie ustawiłem wszystko, jak trzeba i poszedłem zadowolony spać, z radosną świadomością, że w następnym dniu na strony mojej witryny wejdzie jakaś oszałamiająca liczba, dajmy na to, dziesięciu gości, zachęconych do tego reklamą w kawałku tekstu o witrynie, za którą chciałem przecież Panu Guglowi zapłacić. Następnego dnia koło południa sprawdziłem statystyki odwiedzin i nic, wieczorem raz jeszcze i znów nic. Ki diabeł,  może na koncie nie ma funduszy, może wirus wlazł do serwerów, najlepszych na świecie, Pana Gugla, może reklama jest tak mierna, że nikt nie raczył się zainteresować moją nieskromną witryną? Postanowiłem więc tekst zmodyfikować, zalogowałem się na konto i ze zdziwieniem przeczytałem, że reklama moja jest „banned”, wyklęta, jako stwarzająca zagrożenie dla stabilności i dobrobytu całego świata, a szczególnie dla wychowania w trzeźwości wszystkich przyszłych pokoleń. Więcej nawet, Pan Gugiel pouczył mnie, że jeśli raz jeszcze ośmielę się do tematu powrócić, zamknie mi konto i imię moje po wsze czasy szargać będzie.  Zdziwiony niepomiernie i trochę nawet przestraszony odstąpiłem więc od bicia głową w mur poprawności, dałem sobie spokój i czekając na lepsze dni zająłem się popijaniem Malbeca. Kiedym jednak chciał sprawdzić coś w Wikipedii na temat tegoż pitego Malbeca i kiedym w Panu Guglu wyguglał hasło „malbec” , na stronie uzyskanej zobaczyłem ze zdumieniem kolumienkę płatnych reklam Google Adwords dotyczących tematu, a jednocześnie jakby tematu nie tykających, bo skonstruowanych tak, aby broń Boże nie można było w warstwie tekstowej alkoholu zauważyć. Hipokryzja tego typu poprawności politycznej w wydaniu Pana Gugla nie daje mi spokoju i męczy mnie podejrzenie, że moje wnuki dnia pewnego obudzą się w nowomowie, którą szamani słów starają się zagłuszyć rzeczywistość. Na szczęście podejrzenie takie przegrywa w mojej głowie z myślą bardziej optymistyczną na temat witalności, tradycji, Morza Śródziemnego, oliwek  i nieskromnie przekornej pokory. Hola hola Panie Gugiel, trzeba wypić wiele butelek złego wina i stracić całkowicie przytomność i miarę, aby tak świat traktować…

Opublikowano Dodaj komentarz

Dlaczego tak, a nie inaczej?

Zygmunt, mój wspaniały przyjaciel o wybitnie rozwiniętym poczuciu humoru, kiedym zaprosił go do odwiedzin na tych stronach, w odpowiedzi przysłał mi takiego maila: „Dlaczego włoskie na początku i Lambrusco tak okrężnie opisane? Tempranillo ok, ale szkoda, że nie dali lepszego, np. El Coto Imaz z Rioja za… 68 zł i dlaczego aż 4 osoby do jednej butelki zamiast odwrotnie – wtedy testy są wiarygodne, bo powtarzalne.  Fotki nalepek trochę niewyraźne – lepiej robić przed degustacją… Warto też oprzeć się na ocenach międzynarodowych, np. Parkera i mówić o DOC , Reserva  czy Grand Reserva itp. A więc, tak trzymać, pogłębiać i degustacje organizować w Warszawie i w Hiszpanii.” No więc postanowiłem odpowiedzieć w ramach oficjalnego wpisu, gdyż może to dotyczyć opinii innych gości. Otóż włoskie na początku, bo Włochy są największym producentem wina i najwięcej tego wina jest w naszych sklepach, poza tym jestem italianistą, czyli z językiem nie mam żadnego kłopotu i mogę informacje czerpać u źródeł. Co do Lambrusco, to fragolino nie jest tym, o czym Zygmusiu myślisz, chociaż w jakiejś części problem dotyczy również Lambrusco, bowiem jest problemem wszechobecnego i wszystko chcącego rozwiązać prawa wspólnotowego (o czym szerzej w innym miejscu). Ha, tempranillo, którem wypił, zostało zakupione z moich osobiście wyłudzonych od Teścia pieniążków i nikt mi tego wina do degustacji nie dał. Otóż ja z gronem najbliższych popijamy sobie po prostu do kolacji i dodaliśmy do tego taki ceremoniał ocen, którym się publicznie na tych stronach dzielimy (zresztą oceniać każdy ma prawo, a ja chętnie takie oceny będę zamieszczać, jeżeli spełnią kryteria przyzwoitości – a skalę ocen „wziąłem” ze znakomitej witryny winicjatywa.pl, mam nadzieję, że się na mnie nie pogniewają). Wino za 68,00 PLN  byłoby z pewnością dla  nas dobre, gdybyśmy nie należeli do tych 80% społeczeństwa polskiego, których na takie rarytasy po prostu nie stać, dlatego oceniamy to, co dostępne, w cenach masowych. Zresztą jestem zdania, że rynek ludzi biednych (masowy) jest rynkiem bardziej dochodowym i ciekawszym, ale o tym też w innym miejscu. Fotografie są wyraźne, jeżeli się je ogląda na normalnym kompie, nie na ajpodowskich wynalazkach. Dlaczego nie DOC, Reserva, Gran Reserva i tak dalej – chyba już to powyżej wyjaśniłem, a do Hiszpanii już chyba dojechać nie zdążę…

Pozdrawiam, Drogi Zygmuncie.