Opublikowano Dodaj komentarz

Trochę o masach według Ortegi (co pozwoli łatwiej zrozumieć rynek wina, lub też sprawę jeszcze bardziej zagmatwa)

Hiszpański filozof Ortega y Gasset napisał “Bunt mas” w 1929 roku, jeszcze przed Drugą Wojną Światową. Wiele się od tamtego czasu na świecie zmieniło, a przecież nie możemy odmówić Panu Ortedze przenikliwości. Oto obszerne fragmenty z pierwszego rozdziału eseju:

“Jesteśmy obecnie świadkami pewnego zjawiska, które, czy tego chcemy, czy nie, stało się najważniejszym faktem współczesnego życia publicznego w Europie. Zjawiskiem tym jest osiągnięcie przez masy pełni władzy społecznej. Skoro masy już na mocy samej definicji nie mogą ani nie powinny kierować własną egzystencją, a tym mniej panować nad społeczeństwem, zjawisko to oznacza, że Europa przeżywa obecnie najcięższy kryzys, jaki  może  spotkać  społeczeństwo,  naród  i  kulturę.  Historia  zna  już  takie  wypadki.  Znane  są  także charakterystyczne rysy i konsekwencja takich kryzysów. Mają one też w historii swoją nazwę. Zwą się: buntem mas.

Aby  zrozumieć  w  całej  rozciągłości  owo  przerażające  zjawisko,  należy  przede  wszystkim  unikać przypisywania  takim  słowom  jak  „bunt”,  „masy”,  „władza  społeczna”  znaczenia  wyłącznie  czy  głównie politycznego. Życie publiczne nie ogranicza się jedynie do sfery polityki, należy do niego również działalność intelektualna,  moralna,  gospodarcza,  religijna;  obejmuje  ono  wszelkie  sfery  życia  zbiorowego,  włącznie  ze sposobem ubierania się czy zabawy. Tak więc najlepszym sposobem przybliżenia czytelnikowi tego historycznego zjawiska jest ukazanie jego wizualnego  aspektu,  a  przy  tym  uwypuklenie  tych  rysów  nowej  epoki,  których  istnienie  możemy  naocznie stwierdzić. Owym  faktem  nadzwyczaj  prostym  do  określenia,  choć  nie  do  analizowania,  jest  coś,  co  nazywam  zjawiskiem  aglomeracji,  zjawiskiem  „pełności”.  Miasta  pełne  są  ludzi.  Domy  pełne  są  mieszkańców.  Hotele pełne  są  gości.  Pociągi  pełne  są  podróżnych.  Kawiarnie  pełne  są  konsumentów.  Promenady  pełne  są spacerowiczów. Gabinety przyjęć znanych lekarzy pełne są pacjentów. Sale widowiskowe, o ile przedstawienie nie jest zrobione „na poczekaniu”, nie jest improwizacją, pełne są widzów. Plaże pełne są zażywających kąpieli.
To,  co  kiedyś  nie  stanowiło  żadnego  problemu,  a  mianowicie:  znalezienie  miejsca,  obecnie  zaczyna  być  powodem niekończących się kłopotów. Ot,  i  wszystko.  Czy  trzeba  szukać  zjawiska  bardziej  zwykłego,  bardziej  znanego  i  bardziej  stałego  w  naszym  współczesnym  życiu?  Spróbujmy  przekłuć  powierzchnię  tej  obserwacji,  a  staniemy  zdumieni  przed niespodziewanym  źródłem,  w  którym  odbijające  się  światło  dnia,  naszego  obecnego  dnia,  objawi  cały  jego bogaty, wewnętrzny koloryt.  Cóż  takiego  zobaczymy  i  czegóż  to  widok  tak  nas  zadziwi?  Ujrzymy  tłum  jako  taki,  korzystający  ze stworzonych przez cywilizację pomieszczeń i urządzeń. Po krótkim namyśle zadziwi nas własne zdumienie. Bo czyż nie jest to sytuacja idealna? Miejsca w teatrze są przecież stworzone po to, by je zajmować, a zatem chodzi  o to, by sala była pełna. To samo można powiedzieć o miejscach siedzących w pociągu i pokojach w hotelu. Tak, fakt ten nie ulega wątpliwości. Rzecz jednak w tym, że przedtem pomieszczenia te nigdy nie bywały pełne,  natomiast teraz często są przepełnione, a co więcej, nie wszyscy, którzy chcieliby z nich skorzystać, mogą dostać się do środka. Tak więc, chociaż jest to zjawisko naturalne i logicznie uzasadnione, to jednak trzeba sobie zdać  sprawę  z  tego,  że  kiedyś  ono  nie  istniało,  a  obecnie  jak  najbardziej  istnieje;  a  zatem  mamy  do  czynienia  ze zmianą, z nowością, która usprawiedliwia, przynajmniej początkowo, nasze zdziwienie. Zdziwienie,  zaskoczenie  to  początek  zrozumienia.  To  specyficzny  i  ekskluzywny  sport  i  luksus  intelektualistów.  Dlatego  też  charakterystycznym  dla  nich  gestem  jest  patrzenie  na  świat  rozszerzonymi  ze zdziwienia źrenicami. Cały otaczający nas świat jest dziwny i cudowny, jeśli nań spojrzeć szeroko otwartymi  oczami. To właśnie, uleganie radosnemu zdziwieniu, jest rozkoszą dla futbolisty niedostępną, natomiast dzięki niej  intelektualista  idzie  przez  życie  pogrążony  w  niekończącym  się,  wizjonerskim  upojeniu,  którego  oznaką  zewnętrzną jest zdziwienie widoczne w oczach. Dlatego też dla starożytnych symbolem Minerwy była sowa, ptak, którego oczy są zawsze szeroko otwarte, jak gdyby w niemym zdziwieniu.

Aglomeracja, przepełnienie – były to zjawiska, które niegdyś należały do rzadkości. Dlaczego obecnie  stały się tak częste? Obecne tłumy nie wyłoniły się z nicości. W okresie ostatnich około piętnastu lat liczba ludności nie uległa  jakimś  większym  zmianom.  Wydaje  się  rzeczą  naturalną,  że  po  zakończeniu  wojny  liczba  ta  nawet  nieco zmalała. [uwaga moja, pamiętajmy, że On to pisał przed Drugą Wojną Światową] I tak dochodzimy tu do pierwszego ważnego stwierdzenia. Osoby składające się obecnie na owe tłumy  istniały  również  wcześniej,  ale  nie  jako  tłum.  Rozproszone  po  świecie,  samotne  bądź  w  małych  grupkach, wiodły żywot oddzielny, niezależny, jak gdyby w pewnej odległości od innych. Każda taka osoba czy grupka zajmowały własne miejsce bądź to na wsi, bądź w miasteczku, bądź w dzielnicy dużego miasta.  Teraz  nagle  przybrały  kształt  aglomeracji  i  gdziekolwiek  spojrzymy,  mamy  przed  oczami  tłumy.  Gdziekolwiek?  Ależ  nie;  dokładniej  rzecz  biorąc  w  miejscach  najlepszych,  będących  stosunkowo wyrafinowanym tworem kultury ludzkiej, które uprzednio zarezerwowane były dla mniejszej liczby ludzi, dla mniejszości.  Tłum stał się nagle widoczny, zajął w społeczeństwie miejsce uprzywilejowane. Przedtem, jeżeli nawet istniał, to pozostawał nie zauważony, był gdzieś w tle społecznej sceny; teraz wysunął się na sam środek, stał się główną postacią sztuki. Nie ma już bohaterów, jest tylko chór. Pojęcie tłumu ma charakter ilościowy i wizualny. Przetłumaczmy je, nic w nim nie zmieniając, na język socjologii. Okaże się, że mamy do czynienia z ideą mas społecznych. Społeczeństwo jest zawsze dynamicznym połączeniem  dwu  czynników:  mniejszości  i  mas.  Na  mniejszość  składają  się  osoby  lub  grupy  osób charakteryzujące  się  pewnymi  szczególnymi  cechami.  Natomiast  masa  to  zbiór  osób  nie  wyróżniających  się niczym szczególnym. Tak więc pod słowem „masy” nie należy rozumieć wyłącznie czy przede wszystkim „mas robotniczych”. Masy to „ludzie przeciętni”. W ten sposób to, co było jedynie ilością, tłum, nabiera znaczenia jakościowego;  staje  się  wspólną  jakością,  społeczną  nijakością.  Masy  to  zbiór  ludzi  nie  wyróżniających  się niczym  od  innych,  będących  jedynie  powtórzeniem  typu  biologicznego.  Co  udało  nam  się  uzyskać  dzięki owemu  przejściu  od  ilości  do  jakości?  To  bardzo  proste:  dzięki  przejściu  do  drugiego  zrozumieliśmy pochodzenie pierwszego. Jest rzeczą oczywistą, wręcz banalną, że jeśli tłum tworzy się w normalny sposób, to u  ludzi stanowiących go pojawiają się zbieżne dążenia, idee czy podobny styl życia. Mówi się często, że to samo dzieje się nieuchronnie z każdą grupą społeczną niezależnie od tego, jak elitarną chciałaby być.

I rzeczywiście;  ale jest jedna zasadnicza różnica. W  grupach,  które  nie  są  tłumem  czy  masą,  rzeczywiste  podobieństwo  ich  członków  wynika  z  jakichś wspólnych dążeń, wyznawania jakiejś wspólnej idei czy poszukiwania podobnego ideału, które to cele same w sobie przyciągają dużą liczbę ludzi. Dla powstania jakiejkolwiek mniejszości konieczne jest, by uprzednio każdy  z jej członków wystąpił z tłumu, kierując się jakąś specjalną, stosunkowo indywidualną, racją. A zatem jego podobieństwo do innych członków mniejszości jest wtórne, jest faktem zaistniałym już po wyodrębnieniu się jednostek z tłumu, przez to samo zaś jest w dużej mierze podobieństwem w niepodobieństwie. Bywa, że cechą wyróżniającą członków danej grupy jest ich konflikt ze społeczeństwem; istnieją w Anglii grupy ludzi, którzy sami siebie nazywają „nonkonformistami”, co znaczy, że łączy ich jedynie to, że nie zgadzają się z tłumem. Owo dążenie do łączenia się w mniejszość po to właśnie, by przeciwstawić się większości, jest charakterystyczne dla procesu  powstawania  każdej  mniejszości.  Mallarme,  mówiąc  o  niewielkiej  grupce  ludzi,  którzy  przyszli posłuchać  koncertu  wybitnego,  ale  trudnego  muzyka,  powiada,  że  obecność  tej  małej  liczebnie  publiczności podkreśla nieobecność nieskończenie liczniejszego motłochu.  Rzeczywiście, masy można zdefiniować jako zjawisko psychologiczne; nie musi to być koniecznie tłum złożony z indywidualnych jednostek. Możemy łatwo stwierdzić, czy dana osoba należy do masy czy nie. Masę stanowią  ci  wszyscy,  którzy  nie  przypisują  sobie  jakichś  szczególnych  wartości  –  w  dobrym  tego  słowa znaczeniu czy w złym – lecz czują się „tacy sami jak wszyscy” i wcale nad tym nie boleją, przeciwnie, znajdują zadowolenie  w  tym,  że  są  tacy  sami  jak  inni.

Wyobraźmy  sobie  teraz  człowieka  skromnego,  który  próbując  dokonać oceny własnej wartości, zadaje sobie pytanie, czy posiada jakieś szczególne zdolności, czy wybija się w jakiejkolwiek  dziedzinie życia,  po  czym  ostatecznie  dochodzi  do wniosku, że niestety żadnych szczególnych zdolności czy zalet nie posiada. Człowiek ten czuje się szary, bezbarwny i skrzywdzony przez los, ale nie czuje się „masą”. Kiedy  się  mówi  o  „wybranych mniejszościach”,  często  zniekształca  się  znaczenie  tego  określenia  nie dostrzegając tego, że człowiek wybrany to nie ktoś butny i bezczelny uważający się za lepszego od innych, lecz  ten, który wymaga od siebie więcej niż inni, nawet jeśli nie udaje mu się samemu tych wymagań zaspokoić. Nie ulega  wątpliwości,  że  to  właśnie  jest  najbardziej  podstawowym  kryterium  podziału  ludzkości  na  dwa  typy  osobników:  tych,  którzy  stawiają  sobie  duże  wymagania,  przyjmując  na  siebie  obowiązki  i  narażając  się  na  niebezpieczeństwa i tych, którzy nie stawiają sobie samym żadnych specjalnych wymagań, dla których żyć, to pozostawać  takim,  jakim  się  jest,  bez  podejmowania  jakiegokolwiek  wysiłku  w  celu  samodoskonalenia,  to płynąć przez życie jak boja poddająca się biernie zmiennym prądom morskim.  Przypomniało  mi  to,  że  na  ortodoksyjny  buddyzm  składają  się  dwie  zasadniczo  różne  religie:  jedna bardziej wymagająca i trudna oraz druga bardziej swobodna i łatwa: Mahayana – „wielki pojazd” czy „wielki wóz” – i Hinayana – „mały wóz”, „mniejsza ścieżka”. Istotne jest to, z którym „wozem” zwiążemy własne życie, maksymalnych czy też minimalnych wymagań.  Podział społeczeństwa na masę i wybrane mniejszości nie jest zatem podziałem na klasy społeczne, lecz na  klasy  ludzi  i  nie  można  go  łączyć  z  podziałem  na  klasy  wyższe  i  niższe.  Oczywiście,  istnieje prawdopodobieństwo,  że  w  klasach  wyższych,  w  okresie  kiedy  status  ten  osiągają  i  kiedy  rzeczywiście  nań zasługują, napotykamy więcej osób, które związały swoje życie z „wielkim wozem”, podczas gdy klasy niższe składają się zazwyczaj z osobników pozbawionych jakichś szczególnych wartości. Jednakże, dokładnie rzecz biorąc, w łonie każdej klasy społecznej istnieje masa i autentyczna mniejszość.  Jak to wkrótce zobaczymy, cechą charakterystyczną naszych czasów jest panowanie masy, tłumu, nawet w grupach o elitarnych dotychczas tradycjach. Tak więc także w dziedzinie życia intelektualnego, które z samej  swej istoty wymaga określonych kwalifikacji, daje się zauważyć stały wzrost znaczenia pseudointelektualistów,  niedouczonych, nie będących w stanie osiągnąć należytych kwalifikacji i którzy z natury rzeczy powinni być w tej dziedzinie zdyskwalifikowani. To samo można powiedzieć o wielu potomkach „arystokracji”, zarówno w  linii męskiej jak i żeńskiej. Z drugiej strony nie jest obecnie wcale rzadkością natrafienie wśród robotników, którzy  niegdyś  służyli  jako  typowy  przykład  tego,  co  nazywamy  „masą”,  na  jednostki  o  umysłach  w najwyższym stopniu uporządkowanych i zdyscyplinowanych. Otóż, istnieje w społeczeństwie olbrzymia różnorodność czynności, zajęć i funkcji, które z natury rzeczy mają szczególny charakter i, co za tym idzie, nie mogą być należycie wykonywane przez ludzi pozbawionych pewnych specjalnych uzdolnień. Przykładem mogą tu być pewnego typu przyjemności artystyczne o elitarnym charakterze  albo  też  sprawowanie  funkcji  w  rządzie i  wygłaszanie  politycznych  ocen  na  temat  spraw  życia publicznego. Niegdyś te szczególnego rodzaju czynności wykonywane były przez mniejszość o odpowiednich kwalifikacjach lub przynajmniej przez mniejszości, które przypisywały sobie posiadanie tych kwalifikacji. Masy nie  starały  się  ingerować  w  te  zagadnienia;  były  bowiem  świadome  tego,  że  chcąc  wziąć  w  nich  udział, musiałyby,  zgodnie  z  naturą  rzeczy,  zdobyć  owe  szczególne  zdolności,  a  tym  samym  przestałyby  być  masą.  Znały swą rolę i miejsce w zdrowej dynamice społecznej. Wracając teraz do zjawisk i faktów, o których mowa była na początku, możemy stwierdzić, iż są one  niewątpliwie zwiastunami zmian zachodzących w postawach mas. Wskazują na to, że masy zdecydowały się  wysunąć w społeczeństwie na pierwszy plan, zakupując lokale, korzystając z urządzeń i zaznając przyjemności, które dotąd zarezerwowane były dla bardzo nielicznych. Jest rzeczą oczywistą, że, na przykład, wspomniane wyżej  pomieszczenia,  ze  względu  na  ograniczoną  przestrzeń,  nie  były  planowane  z  myślą  o  tłumie,  który obecnie  się  przez  nie  przelewa,  unaoczniając  nam  dobitnie  i  namacalnie  powstanie  nowego  zjawiska:  masy, która nie przestając być masą, zajmuje miejsce mniejszości.” [Jose Ortega y Gasset – Bunt mas, przekład Piotr Niklewicz].

To wszystko wyjątkowo prostym językiem przekazane staram się zrozumieć i odnieść do współczesności rynku masowego ludzi biednych, zwracając przy tym uwagę, że nigdy nie staram się wartościować i zwykle stwierdzam po prostu fakty. Rzeczywistość jest, jaka jest i nawet wyjątkowo negatywne jej przejawy można umiejętnie przekształcić na korzyść tak własną, jak też wielu innych. Zrozumienie aspiracji mas, powstawania rynku pragnień, czy smaków pozwala kształtując opinie w najprostszym słów znaczeniu tak modelować nasze jednostkowe losy, aby stały się łatwiejsze, lepsze, radośniejsze. Zainteresowanie szerokich mas klientów tak elitarnym elementem kultury, jakim jest wino, jeżeli jest umiejętnie sterowane, pomaga ludziom z “małego wozu” przesiąść się na “wóz wielki”. Sam w sobie nie jest wcale istotnym fakt, że tylko jeden procent ludzkości dysponuje dziewięćdziesięcioma dziewięcioma procentami człowieczego bogactwa, istotnym jest to, czy te pozostałe ludzkości procenty będą mogły z przypadającego im procenta wyżywić się i żyć godnie, a więc także (w warunkach hiperdemokracji, która im wszystko umożliwia) móc nie tylko zaglądać przez szybę do cukierni, lecz raczej w tej cukierni i kawę wypić, czy kieliszek wina i ciastkiem zakąsić, bez obawy, że ktoś ich wygoni, oszuka i naurąga. Tutaj wraca koń biały wina w wielkich powierzchniach sprzedaży i to, co nieumiejętne zgraje oszustów złego mogą uczynić, jeżeli zachowywać się będą zgodnie z zasadą “po nas choćby potop”…

Opublikowano Dodaj komentarz

Ranking win dla niezasobnych, zmiana punktu widzenia

Mój wielce szanowny kolega w Genui, znawca kuchni i win wszelakich, od pewnego czasu śledzi los tego blogu. Wreszcie nie wytrzymał i przysłał mi sms, w którym stwierdził: “Jeżeli to są wina, którymi się codziennie raczysz, to powinieneś zdawać sobie sprawę, że żaden normalny Włoch nie wziąłby ich do ust…” (chodzi przede wszystkim o wina włoskie, które od czasu do czasu tutaj się pojawiają). Czym  staje się więc mój ranking win dla ludzi biednych patrząc z tego punktu widzenia? Wracam do punktu wyjścia, kiedym to pisał rozpoczynając winne peregrynacje, o handlu i etyce, o włoskim sposobie widzenia reszty świata, o zysku i masach. Na szczęście za oknem jeszcze świeci słońce, na drzewach trochę jesiennych owoców, których robaki nie zjadły, winogrona na krzaku ciemnieją, więc i łatwiej takie opinie przełykać…  Dawno temu bliscy znajomi we Włoszech mówili mi już o takim zjawisku: wino kupione we Włoszech, w dowolnym sklepie, piwnicy, markecie to nie jest to samo wino, które można kupić chociażby w sąsiedniej Austrii, o Polsce wtedy nikt jeszcze mówił. Na własny rynek żaden producent nie ośmieliłby się wrzucić produktu, którego włoscy konsumenci nie zaakceptowaliby, po prostu przestałby istnieć. A za granicą? Tam mieszkają barbarzyńcy, oni nie znają się na niczym, a jeśli chcą napić się dobrego wina, niech do nas przyjeżdżają. Prawda, że jest w tym jakaś logika? Potem opracowałem sobie sposób, jechałem bezpośrednio do winnicy i kupowałem u producenta, w dużych 25 litrowych balonach  młode wino prosto z kadzi, które dostawałem za 1 Euro litr, bez ryzyka podróbek (to zresztą wszystkim lubiącym zjeść ser popijając kieliszkiem czerwonego doradzam, jeżeli nie chodzi im o wielkie marki, beczki, nazwy pochodzenia, a po prostu o napicie się dobrego zwykłego wina). No tak, ale po to trzeba zrobić minimum 1200 km i lubić podróże… A Włochów trzeba albo kochać, albo znienawidzić, trzeciej opcji nie maje..

Opublikowano Dodaj komentarz

Metodologia win dla mas

Za każdym z nas ciągnie się jakiś ogon. Bagaż idei, spadek intelektualny, tradycja. Jaki ma to związek z winem, rynkiem sieci masowych, oceną uczciwości i opłacalności? Blog ten powstał półtora miesiąca temu, trudno więc w tym, co wypisuję, odnaleźć z łatwością nić wiodącą, tym bardziej, że pewne wątki pojawiają się na bieżąco i do niektórych wniosków dochodzę z dnia na dzień. Sporo się przez ten czas nauczyłem, umiem wytropić ull de llebre po goryczce i pewne doznania smakowe zaczynam rozpoznawać, a co za tym idzie, może kiedyś nauczę się je opisywać dla dobra czytaczy i potomności. W tle jednak są – oprócz winnych doznań – lektury na temat społeczeństwa (dla zainteresowanych, jeżeli jeszcze tego nie zauważyli: Fukuyama, Ortega y Gasset, Karol Marks – szczególnie “Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne”).

Opublikowano Dodaj komentarz

Ranking win dla klientów mało zasobnych

No, powiedzmy jasno: ranking win dla ludzi biednych. Takie małe podsumowanie po 45 winach testowanych, kupowanych w powszechnych sieciach handlowych (głównie Kaufland, Lidl, Biedronka, Real) – tych właśnie, bowiem najbliższych, co wiązać trzeba z kosztem paliwa. Zasobność jest zasadniczą przyczyną mojego zainteresowania ofertą w sieciach handlowych (świadomie wybrałem taką niszę, także z przyczyn bardziej ogólnych, mniej z winem związanych). Z 45 dotąd testowanych win (w cenach z grubsza do maks. 30,00 PLN) tylko dwa, trzy wina były na tyle złe (moim zdaniem), że nie polecałbym ich nikomu. Reszta jest na tyle przyzwoita, że spokojnie można sobie urozmaicić menu na cały miesiąc (a proszę zauważyć, że prawie nie testujemy win deserowych, słodkich, francuskich…). To chyba nieźle. Najlepsze wina pochodzą od outsiderów (to pewnie kolejna reguła) – Greków, Gruzinów, Mołdawian, natomiast dbałość o przyzwoity średni poziom zdaje się cechować Hiszpanów (wszystkie uogólnienia są ryzykowne, łącznie z tymże). Dziś popróbujemy kastylijskiego Tempranillo z Lidla za całe 8,99 PLN i zobaczymy, czy reguły się potwierdzają…

Opublikowano Dodaj komentarz

Z motyką na słońce, czyli tani, dobry i masowy

spacerKilka dni temu napisałem, że oczywistym jest brak alternatywy dla dobry w przypadku tani, czyli że wszystko musi być dobre, nawet za pięć groszy. Takie stwierdzenie ma swoją polemiczną wartość, ale czy w dobie masowości może być prawdziwe? Zaczynam zadawać sobie pytanie, czy ma w ogóle logiczny sens, bowiem dobry jest pojęciem tak wieloznacznym, że trudno je dopasować do jednej jedynej kategorii. To, co dla mnie może być dobre, Kowalski uzna za świństwo, i tak dalej. Nie mam zamiaru wcale podważać kategoryczności własnych osądów, jednakże powątpiewanie stało się kiedyś dla mnie wartością nadrzędną. Wino uniwersalnie akceptowalne może być uważana za dobre, gdyż dobrze się sprzedaje, gdyż nie posiada zbyt mocno zarysowanych cech w jedną stronę (za kwaśne, za gorzkie, za słodkie), a takie cechy ograniczałyby jego zasięg rynkowy, lecz z tego właśnie braku charakteru może wynikać także i to, że takie wino przestało być faktycznie winem (bo przecież w winach szukamy niepowtarzalności) i jako produkt masowy – zgodnie z opinią, że ilość przechodzi w jakość – stało się jeszcze jednym nienazwanym elementem rynku masowego w tym świecie hiperdemokracji i mas, co wcale nie chcą się buntować, przygniecione dobrobytem powszechnej konsumpcji…

Opublikowano Dodaj komentarz

Hasztagi, albo absolutny przerost formy

Czyli o tym, jak Jakub Żulczyk mówi, jak żyć. Jak żyć, Panie Premierze, jak żyć? Pojawiająca się w moich krótkich formach internetowych trójca: Internet, rynek masowy, autorytety ( o winie celowo milczę, gdyż nie o nim tym razem, chociaż blisko) odnajduje się, całkiem nieźle, w innych blogach (mam wrażenie, że ze względu na notoryczny brak współczesnych autorytetów, jest to temat przez pewne media lansowany, lecz nie ośmielę się nawet tutaj spiskowych teorii przedstawiać, sobotnie leniwe i gorące popołudnie w ogóle nie sprzyja myśleniu…) Znalazłem otóż, za pośrednictwem całkiem obcego onetu, tekst samobiczujący współczesnego inteligenta, poważę się nawet i stwierdzę, że intelektualisty, który lamentuje publicznie nad tym, jak bardzo jest ograniczony z winy masowego wylęgu form internetowych. Zapraszam do lektury tego tekstu tutaj, sam zaś zajmę się jego egzegezą, czyli nabożnym podziwianiem. Jako członek  “bandy przyspawanych do internetu, otępiałych od przestymulowania idiotów” z radością przyjmuję, że ktoś zauważył coś, co badacze kultury masowej, filozofowie i paru innych socjologów opisali chyba z tysiąc razy (nawet jeszcze przed wojną). Swoista kokieteria samosiębiczującego (nie stosuję tutaj jego ulubionego sloganu podniesionego z rynsztoka, gdyż obce mi są podobne formalne zabiegi) autora pozwala mi przypuścić, że chodzi tutaj o kolejną prowokację i o to, że ta przyspawana do sieci banda zainteresuje się Panem Jakubem tylko wtedy, jeśli ten jej (i sobie) naubliża. Otóż nie do końca tak jest i żal tylko, iż głębokie problemy zostały w tym tekście potraktowane dokładnie tak, jak to, co Pan Jakub krytykuje. Przeciwstawianie się formie, która przerosła treść jest stare jak świat, pamiętać jednak trzeba, że treść artykułuje się wtedy, kiedy jest na tyle dojrzała, aby mogła uznać się (sama z siebie i dla siebie) za ważną. Wtedy zaczynają mieć sens również i hasztagi, i lajki, i inne bajery współczesnej masowej komunikacji. To, że znakomita większość użytkowników sieci posiłkuje się tylko jej formalnymi zdobyczami, nie oznacza wcale, że wśród nich nie ma geniuszy, którzy któregoś dnia stworzą własne dzieła i staną się kolejnymi autorytetami. Internet, hasztagi i inne bajery (i wcale nie trzeba do tego szargać się po rynsztokach) są tylko nośnikiem, na którym talent, jeśli jest talentem, pokaże się światu i uzasadni konieczność swojego istnienia. Czego i Panu Jakubowi życzę…

Opublikowano Dodaj komentarz

Rafinowanie smaku–edukacyjne funkcje Internetu

Jedynie autorytety mogą próbować zaistnieć w sieci po to, aby wypełniać zadania edukacyjne, w naszym przypadku po to, aby rafinować smak masowego winnego klienta. Potwornie trudne zajęcie, także z powodu czysto fizycznych ograniczeń. Dajmy na to: autorytet znajduje znakomite wino, pragnie podzielić się jego znakomitością z masowym odbiorcą, ale musi napisać prawdę, że wino to dostępne jest jedynie, powiedzmy w Częstochowie, w piwnicach tamtejszego dystrybutora. Już to ogranicza możliwości wpływu na masowość. Swoisty elitarny charakter kłóci się tutaj z pragnieniem dotarcia do wszystkich. Pozornie drobna sprawa, a przecież o fundamentalnym znaczeniu. Jeżeli Internet i jego autorytety chcą wpływać na masowego odbiorcę, muszę zrezygnować z elitarności po prostu po to, aby nie popadać nieustannie w sprzeczność z powodu braku możliwości weryfikacji ich opinii w ramach klienckiego mlaśnięcia ozorem w kieliszku. Trudno mi jechać po wskazane dobre wino na drugi koniec Polski, a stać mnie jedynie na zakupy w pobliskiej Biedronce (w przypadku wina sklepom internetowym troszeczkę nie dowierzam, to nie drukarka, czy też telewizor). Opowiadania o wspaniałej degustacji, która odbyła się w ramach targów w Budapeszcie, jest trochę ustawianiem masowego internetowego klienta za szybą witryny cukierni, do której nas nie wpuszczą. Owszem, może to rozbudzać ambicje, niektórzy zechcą wspiąć się na wyżyny i zaczną uczestniczyć, dla większości jednak może to okazać się kolejną przyczyną frustracji, a ta – jak wiadomo – rodzi agresję i tak dalej, i tak dalej. Tak więc, aby Internet winny spełnił edukacyjną smakotwórczą rolę, powinien opisywać zjawiska dostępne i łatwe do zrealizowania. Skazany więc jest na opisywanie sytuacji winnej w dużych sieciach, gdyż one docierają do wszystkich. I znów pułapka smaku nie-smaku dla masowego klienta i amerykański wzorzec à la “carlo rossi”. Trochę się kręcę za własnym ogonem i czyżby nie było tutaj żadnego sensownego rozwiązania?

Opublikowano Dodaj komentarz

Masowy rynek wina – rafinowanie smaku

Rynek restauracji, degustacji, kiperów, sommelierów jest częścią strategii marketingowej, natomiast sam w sobie nie jest rynkiem masowym. Oczywiście, ludzie z tą branżą związani mają tendencję  do zamykania się w wieżach z kości słoniowej, jednakże – chociaż z pewnością decydują w dużej mierze o trendach, jeśli wypracowali sobie pozycje autorytetów – nie oni decydują o rzeczywistych pieniądzach, którymi obraca rynek masowy. Obejrzałem niedawno na You Tubie znakomity filmik z degustacji wina Carlo Rossi, o którym Pan kiper powiedział, iż jest to wino całkowicie wyprane z indywidualnego smaku. Takie właśnie pozbawienie indywidualności jest związane ze strategią firmy, która na swój sposób znakomicie zrozumiała specyfikę masowego klienta i która proponuje towar bez smaku, bez skrajności po to, aby jak najwięcej klientów, pozbawionych w istocie odczuć smakowych, chciało podobny towar kupić. Rozważanie to wykracza poza wina, jest pozbawione cech polemicznych, wynika bowiem raczej z chęci zrozumienia i opisu, niż z ochoty na kłótnie. Społeczeństwa, w których żyjemy, z masowym dostępem do informacji i do towarów (chociaż tutaj dostęp ten warunkowany jest sytuacją finansową klienta) z natury rzeczy skazane są na uśrednianie gustu. Pojawia się więc sprzeczność pomiędzy elitarnym charakterem winnych wieży z kości słoniowej, a masowym klientem, jak bowiem zrobić wino, które będzie dobre, tanie i zachowa swój smak w milionach butelek? Na szczęście wielu specjalistów od wina wychodzi poprzez Internet ze złoconych klatek i rozpoczyna się stopniowe rafinowanie smaku, jako że sieć można wykorzystywać zarówno do masowego ogłupiania, jak i do podnoszenia poziomu ludzi, którzy chcieliby być mądrzejsi, lepsi, lepiej do świata przygotowani…

Opublikowano 2 komentarze

Fałszywa alternatywa: tani, czy dobry?

Zapraszam do lektury artykułu opublikowanego w Wirtualna Polska – Finanse na temat sprzedaży taniego wina w dyskontach w Polsce. Odchodząc od chochlikowatych tonów, bowiem mam prawo myśleć od czasu do czasu i zastanawiać się nad tym, co mnie otacza: skąd bierze się w ogóle alternatywa „tani kontra dobry”?  Problem jest głębszy, nie dotyczy oczywiście tylko wina, lecz wszystkich sprzedawanych artykułów. Wspomnę tylko, że dotyczy obszarów poza zwykłym marketingiem w sieciach taniej sprzedaży (nie lubię słowa „dyskont”, bo kojarzy mi się to – także – z przeceną, a ta z „łaską najjaśniejszego pana, któremu cóś ze stoła kapło”). Z racji pory, bo piszę to w niedzielny poranek, a wtedy myślenie jest szczególnie trudne, a oprócz tego skrótowość formy tego typu wpisów wymaga pobieżności, nie będę z nikim polemizować, ani wymądrząć się za wiele. Stwierdzam jedynie, że wino (moim zdaniem) może być albo dobre, albo złe i nie ma to żadnego związku z ceną. Rzucam jedynie temat i życzą spokojnej niedzieli. Dzisiaj rekin SEO koala i jego banda degustatorów pić wina nie będą. Są w życiu także inne ciekawe zajęcia.

Mimochodem zadaję sobie pytanie, jak to się dzieje, że komentarze pod tekstem pojawiają się u nas tylko wtedy, kiedy chcemy komuś coś negatywnie wykazać? Czyżby jedynym motorem występowania w dyskusjach była  agresja, a opinie pozytywne własne są dla nas tak mało ważne, że nie chcemy się nimi dzielić? Nie dotyczy to tylko moich tekstów, zjawisko jest ogólne. Nie wszędzie: środowisko winiarskie wydaje mi się najbardziej kulturalne i pozbawione, prawie całkiem, agresji. Pozdrawiam.