Opublikowano Dodaj komentarz

Ekstrakt z winnego żuka

Otóż Dogonowie powiadają, że winorośl przybyła z Syriusza B razem z przybyszami, którzy kombinując genetycznie i erotycznie dali początek człowiekowi. Zasadzili oni, też, winorośl gdzieś w okolicach Kaukazu i kazali strzec ludziom, gdyż tylko z niej można wytwarzać napój bogów. Dlatego też wszyscy ci, którzy współcześnie majstrują po swojemu przy produkcji wina, przeciwstawiają się naturze wartości u podstaw ludzkiego rodzaju, stawiając się na piedestale zarezerwowanym dla przybywających z Syriusza B. Oni zaś dali nam kilka (chyba 10) przykazań, wśród których każdy właściciel i wytwórca zapamiętać powinien przede wszystkim: “nie kradnij”, a co za tym idzie, “nie fałszuj”, “nie uważaj się za równego pierwotnym twórcom boskiego napoju”. Każdy zaś piewca marketingu, który zapomina, że marketing jako instrument służy (tylko i wyłącznie) sprzedaży wyrobu tak, aby była skuteczna, a także zyskowna i który wymyśla podprogowe wygibasy zmieniające naszą mentalność i obyczajowość, powinien pamiętać, że kiedyś za karę przybysze z Syriusza B ześlą go na planetę, gdzie wszystko będzie marketingowo znakomite, lecz o smaku koszernej podeszwy (jak zwykł mawiać Marek Hłasko), a pić tam będzie jedynie cienką zupkę z proszkowego ekstraktu z fabryk europejskiej Wspólnoty, w której jedynie kilku sprawiedliwych pozostanie po to, aby pilnować, czy roboty są szczęśliwe i czy linie technologiczne nasmarowane. Żuki zaś, jak to żuki, pozostaną na swoich miejscach.

Opublikowano 1 komentarz

Od wina do etyki marketingu

I tak powoli, krążąc jak sęp, lub – jak kto woli – Ikar, zataczam kręgi nad tym, co rzeczywiście mnie interesuje i co, z oczywistych powodów dydaktycznych, chciałbym ilustrować konkretnymi przypadkami, opisując je w jak najprostszy sposób. Pisząc po mojemu o winie i obserwując rynek winny w dość wąskim wycinku, bez pretensji żadnych (nie pozjadałem wcale wszystkich mądrości, nieustannie bowiem łaknę wiedzy i gotów jestem uczyć się rzeczy nowych nawet po skończeniu 100 lat), wyrabiam sobie własne opinie i staram się je dopasować do pewnej ideologicznej rzeczywistości, wyłącznie mojej własnej, nie sytuuję się, bowiem, w żadnym nurcie. Pewien uważny czytacz moich wpisów zbudował w komentarzu program, którym można obdarować niejedno seminarium (chociaż wiem, skądinąd, że niewiele uczelni poświęca czas tak ważnemu, przecież, zagadnieniu – zajmowała się etyką biznesu dr Barbara Mazur z Białegostoku, o nikim innym nie słyszałem).

Wszystko zależy od przyjętego systemu wartości. Oczywiście, można o marketingu rozmawiać stosując tylko jego wewnętrzne pojęcia i odrywając, zwykle przy opisie zjawisk, fenomeny od określonych systemów wartości, jednakże zawsze pojawi się w tle ocena, czyli właśnie odniesienie do systemu wartości, i zechcemy określić, czy coś jest dobre, czy złe, oraz dlaczego. Ośmielę się stwierdzić, że marketing opisywany w oderwaniu od systemu wartości sam w sobie reprezentuje określony system wartości, a mianowicie “konsumpcja usprawiedliwia wszystko” , i – co za tym idzie – wymusza określone wybory.

Konkretnie, jeżeli uznamy, że nasze nieśmiertelnie wspominane kalifornijskie wino jest samo w sobie wartością usprawiedliwiajacą stosowanie określonych praktyk, uznamy również, że dobrem nadrzędnym stanie się jak najwyższa sprzedaż – po stronie dystrybutora -, oraz jak najwięcej wypitych butelek – po stronie konsumenta, a to wykreśli kryteria skutecznej reklamy. Należałoby, więc, rozpocząć od opisania systemów wartości, aby następnie przejść do analizy technik marketingowych, po czym powiązać jedno z drugim zarysowując zbiór zasad. Nie jestem pewien, czy jako koala, albo jako ikar, jestem do tego powołany, wiem jednak, że zarówno rynek, jak i życie codzienne zwykłego człowieka dopominają się o zasady, o których od pewnego czasu nikt rozmawiać nie chce, a może nie potrafi.

Opublikowano 2 komentarze

Wino, etyka i marketingowy majstersztyk

Chyba jestem trochę staroświecki, mimo bardzo współczesnych zainteresowań i – ośmielę się to stwierdzić – umiejętności. Oprócz tego, poza bardzo powierzchownym optymizmem, jestem strasznym pesymistą, od wielu lat starającym się zgłębić sekrety własnych bliźnich i dochodzącym do bardzo Koala_wpisysmutnych wniosków. Zgadzam się, że pewne kalifornijskie wino stało się, dzięki intelektualnemu wysiłkowi agencji reklamowych, przykładem marketingowego majstersztyku, ciągle jednak uważam, że nie o intelektualny wysiłek sił zewnętrznych tutaj chodzi, lecz o rzeczywistą wartość samego wyrobu, bowiem sprzedawany jest on potem w sklepach jako wino, nie zaś wartość dodana. Przypomina mi to trochę pozycjonowanie stron internetowych, kiedy to klienci wymagają od agencji reklamowych i pozycjonerskich cudów niewidów po to, aby portal zaistniał, podczas gdy jako portal nie ma on żadnej, ale to żadnej wartości. Reklama i umiejętne jej wykorzystanie może dokonać cudów, chodzi jednak o to, aby te cuda służyły czemuś, nie tylko zyskowi dystrybutorów, bo trudno tu mówić o producentach. Otóż tutaj pojawia się mój głęboki pesymizm, który mówi mi, że takie wino dla rzeszy szaraków wcale nie stanie się punktem odniesienia w drodze do czegoś lepszego, jako masa bowiem jesteśmy tylko zbiorem jednostek idących po najmniejszej linii oporu, za modą, lub przede wszystkim kierowani lenistwem (o tym, że lenistwo jest motorem postępu, wiemy od dawna, o ile nauczono nas myśleć pojęciami, nie zaś schematami z obrazków na monitorze tableta, czy ekranie telewizora). Jeżeli wszędzie jest takie, a nie inne wino i jeśli – do tego – kosztuje stosunkowo tanio, to mój kciuk wcale nie zaprowadzi mnie na strony o Pomerolu, bo czasu nie ma, no i, bo po co? Po to, aby szarak odbił się od wina kupionego w stacji benzynowej, musi na nim zostać wykonana tytaniczna praca wychowawcza, lub też Justin Bieber musi zachęcić go do innych zainteresowań. Tutaj też lepiej nie będzie (i znów “bunt mas” i Ortega y Gasset kłania się z szyderczym uśmieszkiem). Zresztą, jeżeli spece od reklamy mogą – dzięki reklamowym majstersztykom – sprzedać nam wszystko, to: czy sprzedawać wszystko im wolno?

Opublikowano Dodaj komentarz

Zdrowa żywność, regulacje europejskie i nasza rodzima biurokracja

To nie Wspólnota wymusza na nas absurdalne przepisy, to nasza rodzima biurokracja wymyśla wygibasy i komplikuje nam życie. Więcej na ten temat można znaleźć tutaj. Ja sam chciałbym dodać, że jeżeli nie bardzo widzimy przyczyny postawy naszych urzędników, zastanówmy się nad ich interesem, bo jeżeli nie bardzo wiadomo, o co chodzi, z pewnościa chodzi o pieniądze. W jakiś dziwny sposób udało nam się zbudować Państwo, w którym interesy wszystkich wzajemnie się przeciwstawiają, Państwo nie tylko pozbawione etycznego fundamentu, ale absurdalne, chociażby ze względu na to, że interesy urzędników, czyli jego przedstawicieli stały się sprzeczne z interesami ogółu. Już raz w historii zakończyło się to katastrofą, obawiam się, że może się to powtórzyć – w innej, oczywiście, skali – zawsze z podobnym skutkiem. Tymczasem wróciła wiosna, w sadzie czereśnie zakwitły przez jedną noc, nowy ptaszek zaczął niby śpiewać, ale robił to tak dziwnie, że aż wzbudził szczególne zainteresowanie i znaleźliśmy, iż był to “krętogłów”, różny od wszystkich świergotków, rudzików, śpiewaków i sujek, które nam się w sadzie zagnieździły. W ich towarzystwie lepiej smakuje winiawka i powoli odchodzą gdzieś na plan bardzo daleki problemy urzędników i struktury, która ich zrodziła.

Opublikowano Dodaj komentarz

Macondo i smutna winiawka

Zmarł Gabriel García Márquez, a także mama Hani Ślaskiej. W kolejce czeka jeszcze kilka miliardów, dlatego Wielki Piątek co roku ciąży nad każdym z nas przypomnieniem nieuchronnego. Odchodzą gdzieś wszyscy, Melchiadesy, Urszule, Aureliany, Arkadiusze, pozostaje zaś po nich tylko to, co każdy z nich potrafił stworzyć przeskakując płoty samotności. Pochylam więc łeb, wspominam moich i uśmiecham się do myśli, że kiedyś wszyscy spotkamy się przy jednym ogromnym stole i że wino tam oferowane z winogron będzie i przyzwoicie malolaktycznie przefermentowane. Uśmiechając się do siebie zauważam, że nad blokowiskiem wrony ustąpiły nagle miejsca gołębiom i wróblom i ptasi jazgot zagłuszył złowrogie stukanie kostuchy. Zamknięte w nawias urodzin i umierania wyjątkowe zdarzenia z życia każdego z nas nabierają sensu tylko wtedy, gdy pozwolą wszystkim współ-czuć zawarte w nich przesłania, a więc rozmawiać o nich, sprzeczać się, wyciągać dłonie, lub odtrącać je, razem, łącząc nas wszystkich wobec największej tajemnicy, bowiem jedyna rzecz, która nas nie różni – tutaj, na tym świecie – to właśnie nieuchronność każdego z nas umierania.

Opublikowano 4 komentarze

Smak winiawki, a lepiej nie będzie

Lepiej nie będzie. Degradacja jakości spowodowana dostosowywaniem się europejskich producentów i dystrybutorów do rzeczywistej siły nabywczej naszego tutejszego pieniądza dotąd będzie nieodwracalna, dopóki ten pieniądz będzie miał swoją aktualną słabość (pochodzącą nie z realnej wartości, lecz z arbitralnie ustalanych parytetów). Zrównanie wartości złotego z euro uderzyłoby w zarabiających na naszej biedzie miliony, miliardy, tryliony, doskonale zdających sobie sprawę, że prawdziwy zarobek pochodzi od milionów maleńkich i biedniutkich mróweczek, a grube i nadęte trutnie są jedynie kołem napędowym, zachętą dla mróweczek w wyścigu do wymarzonego lepszego jutra, punktem odniesienia. Pesymistycznie więc przypuszczam, że czekają nas długie lata picia kiepskiej winiawki i jedzenia coraz bardziej sztucznych i pokrętnych wynalazków. Póki co coraz rzadziej odwiedzam dyskonty.

Opublikowano Dodaj komentarz

Smak winiawki i siła złotówki

Dalej snując wielkopostne rozważania i zastanawiając się głęboko nad sensem słów przyjaciela mego z Genui, który (jużem to kiedyś opisał) widząc zestaw winny z recenzji tutaj zamieszczanych okrzyk wydał w stylu: “I wy to pijecie?” , powoli dochodzi do mnie siermiężna rzeczywistość kojarzona z dyskontową winiawką. Tutaj wypada przypomnieć, że w kraju moim obowiązuje polski złoty, zaś co do siły jego nabywczej nikt z nas nie ma wątpliwości (a zewsząd narzekania w tym temacie słyszę i urągania na inne – złośliwe – waluty). Nie warto wcale dywagować o wysokości kosztów w skali makro i tym podobnych dyrdymałach. Wystarczy skoncentrować się na ulubionej winiawce i – zwracając uwagę na fakt, że powstaje ona (zwykle) w krajach, gdzie panuje miłościwie euro – zadać sobie proste pytanie: czy dyskontowe wino wyprodukowane, dajmy na to, w Portugalii  i kosztujące w Polsce 10,00 PLN, jest tym samym tanim winem, które pije Portugał, którego pieniądz jest mocniejszy w sile nabywczej i – także – w aspekcie generowania kosztów. Teoretycznie przyjmując, gdyby to było identyczne wino, powinno kosztować znacznie drożej. Tutaj cień z Genui wraca i uporczywie powtarza pytanie: “I wy to pijecie?”, zrozumiał bowiem, iż wino kosztujące u nas tak mało, w dodatku  przy złotówce o niższej sile nabywczej, powinno odpowiednio mniej kosztować w produkcji, a takich win, zwyczajnie, nie ma, niet, nie maje, nie suszczestwujuć. Co więc pijemy radośnie uśmiechnięci i schludnie odziani, my klienci polskich dyskontów? Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć, lecz wiem, że lepiej nie będzie.

Opublikowano Dodaj komentarz

Smak winiawki i myśli wielkopostne

No i mamy Wielki Tydzień zwiastujący wydarzenia niezwykłe, chyba nie całkiem szczęśliwe, które mogłyby nam wszystko w głowach i życiu zamieszać,  a o których kraczą nam nieustannie wrony masowego przekazu. Na Zachodzie bez zmian, na Wschodzie zaś, jakoby, ciągle niczego nie zrozumieli w sposób, który nas mógłby zadowolić, a liczy się przede Koala_wpisywszystkim  nasza satysfakcja, zdrowy rozsądek  bowiem pozostawiamy przyszłym pokoleniom. Nie jestem wcale pesymistą, rozumnie jednak nie potrafię zmierzyć bezgranicznych przestrzeni człeczego egoizmu i głupoty, także w przypadku mojej ulubionej winiawki i jej losu na rynku masowym. Od kilku miesięcy tworząc tutejsze arcydzieła kiperowania zauważam stopniowe degradowanie się smaku, z początku sądziwszy, że degradacja dotknęła kubki smakowe, teraz coraz bardziej pewnym będąc, iż rzecz dotyczy jakości wyrobu i że proces raz zauważony jest nieodwracalny. Kiedyś myślałem, że niskie ceny wina w dyskontach są efektem okazji, barterów, cudów niewidów i przyjmowałem je z radością, naiwnie sądząc, że kryją za sobą ferię aromatów i smaków, jakimi – zwykle – charakteryzuje się wino, czyli napój bogów. Potem zauważyłem bunt mas i po marksowsku, w dość cyniczny sposób, implikacje bazy, która psuje smaki. To wszystko sumując dochodzę do wniosku, który nigdy w ogóle i nigdzie nie powinien się pojawić: lepiej nie będzie. Rynek oznacza zysk. Masowa na rynku może być, po stronie nabywców, bieda, ta zaś po stronie sprzedawców gwarantuje maksymalizację zarobków, bowiem tylko biedny klient jest na masowym rynku klientem realnym, a ponieważ klient ten nie stanie się bogatszy, lecz będzie coraz liczniejszy, wyroby dlań nadal będą tanie, chociaż i praca, i surowce wcale tańsze się nie staną. Oznacza to, że coraz częściej w winiawce pojawiać się zaczną zamiast winogron aromaty i koncentraty różniste i coraz bardziej sporadyczne staną się smakowe okazje.  Klient masowy – zaś – myśląc jedynie o własnej przyjemności  gust swój narzuci kształtującym rynek, bowiem im zależy tylko na zysku, a ten liczy się tylko, jeżeli masowy. Gdzieś z tyłu głowy czai się jeszcze straszniejsze przypuszczenie: miłość i współczucie wobec rodzaju ludzkiego, czy konkretnie wobec drugiego człowieka wyraża się także w schlebianiu masowym potrzebom, gustom, smakom, czyli musi się ugiąć przed masowym egoizmem, a to znaczy, że stopniowo będziemy tracić  naturalny charakter dość elitarnych smaków win prawdziwych i pewnego dnia obudzimy się w świecie produktów zastępczych. Taką porcją rozmyślań na Tydzień Wielki ów tydzień rozpoczynam, ze smutkiem myśląc o tym, co nas jeszcze czeka.

Opublikowano Dodaj komentarz

Zdrowe jedzenie, wędzenie i odpowiedź Ministerstwa Rolnictwa

Poruszeni przepisami wspólnotowymi dotyczącymi wędzenia przedsiębiorcy nasi, zrzeszeni w różnych organizacjach, zaczęli stosować do Premiera Tuska pisma z prośbą o wsparcie (tutaj link do jednego z pism w pdf).  Rząd RP ustami Ministra Rolnictwa odpowiedział na takie pisma (tutaj link do odpowiedzi w pdf). Nie będę sobie – na razie – z niczego dworował, psów wieszał, dyskutował z cieniem, pozostawiam czytaczom swobodę opinii (ot, łaskawca).  Jak zwykle, Jasiek ukradł, Maryśkę powiesili, a takim jak koala pozostaje kolekcja pdfów.

Opublikowano Dodaj komentarz

Internet, wino i prostota cepa

Od lat wiadomo, że po urzędnikach nie można spodziewać się niczego racjonalnego, cudów – więc – z nimi nie będzie. W zamierzchłych czasach istniało pojęcie sabotażu gospodarczego, dzisiaj – w epoce oszalałej demokracji  – możemy jedynie domyślać się, że pozornie ogłupiały urzędnik w istocie reprezentuje interesy ekonomiczne zupełnie innych kręgów. Dlatego nie będę narzekał na złą wolę Ministerstwa Gospodarki, czy też Ministerstwa Zdrowia, po prostu widzę w postawie urzędniczej inne interesy i sądzę, że walka z nimi przypomina bicie głową o mur. Taka tragiczna, w istocie, prawda, sprawia, że rozglądam się za zupełnie innymi i legalnymi rozwiązaniami, do których żaden nasz urzędnik nie może się przyczepić. Jeżeli – w mniemaniu urzędników – nasze przepisy nie pozwalają na sprzedaż wina przez Internet, a można to robić w pozostałych krajach Unii (transakcja zachodzi w miejscu, w którym realizowana jest płatność, kurier zaś jest jedynie narzędziem dostawy), to przecież najprostszym sposobem jest rejestracja firmy sprzedającej w dowolnym kraju, gdzie taka sprzedaż jest dopuszczona, sklep internetowy umieszczając na serwerze poza naszymi granicami i podając wszystkie dane prawnie obowiązujące poza terytorium Najjaśniejszej i sprzedaż, ile wlezie, w majestacie obowiązujących we Wspólnocie przepisów chroniących swobodny przepływ usług i towarów pomiędzy krajami członkowskimi. Trochę to przypomina drzwi otwartych otwieranie, ale może trzeba ciągle przypominać o konieczności myślenia?