Opublikowano Dodaj komentarz

Smak wina, masowe zarobki i kryzys w Śródziemnomorzu

Wydaje się, że zepsuł mi się zupełnie smak. Co kupię butelkę, to kicha. Zaczynam zastanawiać się, czy moje podniebienie sparciało do reszty, czy też coś dziwnego zaczęło dziać się na rynku masowym z wyrobami śródziemnomorskimi  i moje porażki smakowe są rezultatem procesów rozwijających się daleko od mego podniebienia. Muszę, koniecznie muszę, przy tym zauważyć, że w moich definicjach winiawka to wino masowe, wytwarzane tak, jak wszystkie wyroby masowe, czyli aby zbyć i aby jak najszybciej, i aby jak najwięcej. Jasnym jest więc, że jest to wino tanie, u nas poniżej 30,00 PLN, ale cena wcale nie stanowi o wartości płynu, zdarzyć się bowiem może i wino, nie winiawka, za 10,00 PLN. Gorzej jednak, kiedy winiawki zaczynają się pojawiać w okolicach 100,00 PLN za butelkę. Opisywany przez W. Bońkowskiego francuski “pichet”, w tamtych czasach, tak pięknie i nostalgicznie wspominanych, mimo iż pochodził bezpośrednio z kadzi i baniaczków, nie był wcale, lub prawie wcale płynem  masowym (czytaj winiawką), prawie zawsze można było zlokalizować wytwórcę (którego nie stać było na butelki, więc sprzedawał wino en vrac).  Dzisiaj zmieniło się wszystko i nawet wino en vrac stać się może marketingowym bajerem i masową winiawką, a panowie sprzedający myślą – tak mi się zdaje – jedynie o maksymalizacji zysków, nie zaś o marskości wątroby klientów.

Jeżeli, więc, przypuszczenia moje mnie nie mylą, powinienem z daleka omijać wyroby masowe z krajów najbardziej dotkniętych kryzysem, które tradycyjnie zajmowały się wytwarzaniem wina, kryzys bowiem powoduje wśród wytwórców i handlowców pokusy, których nawet nie chcę sobie wyobrazić, natomiast większą szansę mieć będę w masowych sieciach dystrybucji  na wino przyzwoite z krajów mniejszych, poza Europą.  Dlatego więc, zmęczony tempranillo, czy bardolino z koncentratów, udam się gdzieś pod Kaukaz, albo (może) za morze. Zobaczymy.