Opublikowano Dodaj komentarz

Dictionnaire amoureux du vin

Oto przede mną książka Bernarda Pivot (dzięki takim jak on pozostaje w sercu moim Francja, mimo że – chyba – wcale na to nie zasługuje) i rosnę dzięki Koala_wpisyczytanym słowom starając się dorównać wrażeniom i drżąc na samą myśl o Châteauneuf-du-Pape, Saint-Émilion, Pommard. Gdzieś w genach odzywa się praprababka przywieziona siłą do kraju mrozów z dalekiej Burgundii, która stara się ogrzać zmrożone ręce przy butelce Clos Blanc. Wino francuskie mnie onieśmiela, tak jak może onieśmielić prawdziwe uczucie. Zbyt mało mam słów i zbyt boli mnie serce, aby o francuskim winie pisać.

Do wina, w ogóle, doszedłem bardzo późno. Pochodzę w końcu z kraju wódki, więc niewolników, którzy starają się zagłuszyć wyrzuty sumienia zapomnieniem przynoszonym przez pół litra białej. Radość i niepowodzenia związane z uprawą winorośli są tutaj obce, słońca mamy mało i jak Kazik Staszewski śpiewa, smutni z tego powodu być musimy. W domu nie piliśmy wcale, raczej czekaliśmy, kiedy brat wróci z roboty i czy wróci trzeźwy, bo pijany robił awantury, rzucał nożem i takie inne, co nie zmienia, że zmarł już dawno temu i bardzo mi go do dzisiaj brakuje. Z tamtych lat pozostało mi po dziś dzień, iż boję się agresji i staram się kasować sprzeczności po to, by nikt w moją matkę nie rzucał nożem. Potem była Francja, potem były Włochy, potem nie będzie nic.

We Francji wieczorami oglądałem „Apostrofy”. Taki program w telewizji, gdzie Bernard Pivot opowiadał o książkach. Chłonąłem język i wszystko, co dobrego Francja miała mi do zaoferowania, pozostało to we mnie do teraz. Szkoda będzie, jeśli ta Francja odejdzie na zawsze, pocieszam się tylko tym, że wszystko odchodzi. Za Pivotem: „Oto jednak najważniejsze: wino, to kultura. Uprawa winorośli, lecz także uprawa, czyli kultura dla ducha. Książka (Dictionnaire amoureux du vin) postawiła sobie ambitny cel opisać kulturalny wymiar tego uniwersalnego produktu konsumpcji i to w czasie, kiedy wino nie jest traktowane lepiej, jak jakikolwiek alkohol robiony z kukurydzy, czy ziemniaka…” Cóż, jedyna rzecz, jaka mi pozostała, to próbować i pisać (niczego więcej po świecie się nie spodziewam).

Opublikowano 5 komentarzy

Smak wina, jak wszystko, zależy od zasobności portfela.

Powoli uczę się wystrzegać win nazywanych przez niektórych “przemysłowymi”, sprowadzanych z jednego końca świata i rozlewanych w drugim tak, że shiraz niby chilijski staje się Koala_wpisysyrahem z Austrii, lub Niemiec, czy też nawet z Polski. Z natury rzeczy swojej tam jest, bo musi być, chemia (używam słowa tego jak szaman wywijając etykietą, chociaż zdaję sobie sprawę, że oskarżać wino o to, że jest chemiczne, jest nieco nie na miejscu). Nadmiar chemii, to już lepiej.

Koszt “prawdziwego” wina na miejscu, u wytwórcy, czyli koszt produkcji + ewentualna marża (nawet jeśli jest to wino wytwarzane w Chinach) wykluczają, absolutnie, jakąkolwiek możliwość przeliczenia tegoż na polskie ceny w dyskontach. Po prostu, takich win nie ma, nie było i nie będzie. Ceny końcowe, czyli wynik dodawania marż, podatków, kosztów transportu i diabli wiedzą, czego jeszcze, spowodowałyby, iż nikogo z tak zwanej “powiatowej” nie byłoby stać na wino i stwierdzam to racjonalnie, nie histerycznie. Tutaj wchodzą w grę procesy produkcji, o których pojęcie mają jedynie faktyczni gracze na rynku i okazja, bowiem ta odgrywa w handlu rolę ogromną. Pojawia się barter (tak było kiedyś w przypadku win z Bułgarii), pojawiają się przejęcia towaru po bankructwie i wyprzedaż i różne rzeczy, które – jeżeli nie powodują wymiotów i śmiertelnych zatruć – nie bardzo powinny nas interesować, my bowiem zajmujemy się smakiem. Wino przemysłowe też może smakować, jeśli jest zrobione ze znajomością rzeczy.

Aspekty etyczne są, oczywiście, bardzo ważne. Może mi smakować zlewka wykonana nad Mozelą, nie podoba mi się jednak, jeśli ktoś po prostu tego na butelce nie stwierdza i nazywa ją dumnie “Shiraz Chile”, albo inaczej. Jeżeli taka zlewka jest be, dostanie 0 punktów i po ptakach. Jeżeli jednak wino za 15,00 PLN w sprzedaży w Polsce (czy też winiawka, jak kto woli) jest smaczne i nie szkodzi (oprócz ewidentnie szkodliwego wpływu alkoholu) , to nawet miliony przypuszczeń, a nawet pewność, że jest to przemysłowa chemia, nie zmieniają oceny smaku i mamy prawo – spokojnie – stwierdzić, że wino jest dobre.

W tym dostosowaniu cen produkcji do cen sprzedaży w kraju o tak dziwnej sile nabywczej narodowego pieniądza (a więc w Polsce) przodują gracze europejscy i coraz trudniej znaleźć jest w tanich winach z Włoch, Hiszpanii, Portugalii prawdziwe okazje. Ekonomia nie pozwala na to, aby takie wina istniały. Jeżeli wchodzi w grę wino z Nowego Świata, sprawa jest o wiele bardziej złożona i takich okazji jest więcej, o wiele więcej, dlatego też może trafić się dobre wino z RPA za 15,00 PLN (wątpię jednak w istnienie takiego wina z Włoch). Cokolwiek chciałbym dalej pisać, nasuwa się jeden i tylko jeden wniosek. Wszystko zależy od zasobności portfela.

Opublikowano Dodaj komentarz

Co ma wspólnego Beata Tyszkiewicz z winiawką?

spacerDo Beaty Tyszkiewicz mam pretensję o to, że obaliła wypowiedzią swoją jeden z mitów, którym do potąd żyłem (tutaj zaś o tym więcej), a z winiawką ma ona mianowicie związek takowy, iż przez wiele lat uważałem, że winem będąc raczej przednim do wyższych lotów została stworzona i dodaje skrzydeł takim szarakom z powiatowej jak ja, którzy wzorców łakną jak Koala_wpisykania dżdżu. Wiele jej można było wybaczyć, a to, że kwasowość zbyt duża, że w nasmaku taniny buzują i że z latami za wiele w tym beczki, nie mogłem jednak wyobrazić sobie, że jest ona jedną z nas, prostaków z powiatowej, którym na co dzień chłam winiawki wciskają handlarze pozorów i kiedy już raz jadźwę rozwarła, jak Pająkowa zza rogu i wypluła to, co miała wypluć (prawdopodobnie jakiś chłystek z Polsatu chciał Xiężnę marketingu w mediach i zdobywania popularności uczyć, ona zaś w to uwierzyła), załamałem się byłem, poczułem bowiem, że od teraz po wieczność powiatowa moja zalewana będzie pomyjami winiawki, jako że proces opisany obiektywnym stał się i ponadczasowym. Nie dość więc, że biedny, że prostak, to jeszcze pozbawiony wzorców zostaję sam, sierota w przestrzeni, i żadne już Dão mi w tym nie pomoże.

Opublikowano Dodaj komentarz

Polszczyzna jest pełna nadziei

Bo silna jest i wielce różna, bo ma w sobie tyla źródeł, kielo jest nas, ktere jo kochamy i chcemy uzywoć. Dlatego tyz godna jest sacunku i umiejętności i Koala_wpisypisza to w przypomnieniu Pani Beacie Tyszkiewicz, Panu Januszowi Rewińskiemu i setkom innych prostych ludzi, co to zapomnieli, po co słowo boze jest, bowiem słowo ciałem sie stawszy  zamieszkało między nami, a my je na codzień w gnój zamieniając nie chcemy kilku stron codzień chocia z ksiązki pzeczytać i pzecinków stawiania sie nauczyć. A takie jesteśmy, jak język, w kterym sie na codzień godomy.

I coby nie było, zech gdziesić se posedł i zapomniołek, cem zechcioł sie tukej zajmowoć, pedom tyrozki, com pełen pokory wobec tych syćkich rejestrów, jakie jak na organach wielgaśnych wokół mnie grajo i językowi nasemu hołd składając pod niebo wzbijajo sie i za syćkimi tymi, co nie z matki Polki, a z mowy polskiej byli, powtazom: “sanujcie mowe waso, bo myśl wasa taka jest, jak słowa, w ktere jo ubirocie”.

I syćkie te moje Hispanki, wina, dyrdymały sens mają ino, kiedy w słowa ubrane do cytaców godoć potrafio i powtazam, ze tak pisać byda, jak mi wolność moja i wiara i siła pozwalajo. Kiebyk to było na tyla. Amen.

Opublikowano 2 komentarze

Dlaczego piszę recenzje o winach

Nie sądziłem, że będę się sam przed sobą tłumaczył i udowadniał, że nie wielbłądem jestem, a tylko literatem. Spotkałem się jednak w ogromniastej sieciowej przestrzeni z komentarzem zarzutem wyrzutem, że za dużo w opisach moich Hiszpanek, mężów w trakcie balowania i tak dalej, a za mało Koala_wpisysmaków opisywania i naukowego dowodów snucia o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Rieslingiem, dajmy na to. Komentarz zamieściłem, bardzo proszę szanownych czytaczy o dyskusję w jego ciągu, co (taką mam nadzieję) kilka rzeczy wyjaśnić wszystkim pomoże, a sam postaram się poprawić i zmienić w robota, lub innego cyborga, albo co najmniej w nauczyciela po to, by czytaczy o smaków odróżnianiu uczyć, bowiem najwyraźniej powstała taka potrzeba w świecie, iż umiejętności smaku odróżniania szuka się u guru w Internecie (nawiasem pisząc, bardzo mnie to podbudowało), nie zaś w realu.

Otóż każdy z nas gryzmoląc stosuje aparat pojęciowy, na którym zna się najlepiej. Ja znam się (trochę) i na Hiszpankach i na balujących mężach, poza tym zauroczony jestem teorią wina Hamvasa i życiem w ogóle i mogę zaręczyć, że przy opisie goryczy tanin w nasmaku wkurzona Hiszpanka jest jak najbardziej na miejscu, a tak w ogóle smak kojarzymy i z węchem i dotykiem, a więc – również – ze współżyciem z innymi ludźmi, a nie – jedynie – z tym, co zawiera jakaś konkretna butelka. Opisują znakomicie smaki wina chociażby Bońkowski, Wrześniewska, Nowicki, Bieńczyk, są oni rzeczywistymi specjalistami i merytorycznie, oraz literacko robią to świetnie, ja im nie dorównam i nie mam takiego zamiaru, z innej jestem parafii i o czym innym, w istocie, piszę, jeżeli zaś to zauważyć trudno, sorry, widocznie robię to źle, za co przepraszam, wolnym człekiem jednak jestem, wolno mi pisać tak, jak mam ochotę. Poza tym, doradzam wszystkim z deficytem wiedzy o smakach poznanie Hiszpanki (albo Hiszpana, co kto woli); taka szkoła nauczy wszystkiego, czego nauczyć nie może ślęczenie przed monitorem i w Internecie szukanie wzorców.

Prowadząc tego bloga moje recenzje nierecenzje o winie piszę, nadając im tytuły w określony sposób po to, aby osiągnąć określone wyniki w pozycjonowaniu, co mi się udaje. Nie zamierzam jednak blogiem i wirtualną rzeczywistością zastępować własnego realu, życie samo w sobie, ze wszystkim złym i dobrym jest wartością, która przysłania mi całą resztę. Pamiętając o stylu, przecinkach i smaku (w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu) staram się tworzyć własną markę i budować własne miejsce na ziemi. Unikam przy tym chlapania ozorem i innych efektów, zbyt tanich i zbyt mało opłacalnych w stylu wczorajszej Beaty Tyszkiewicz, która zapomniała, chyba, do czego służy słowo. Przed wypiciem każdej butelki wina pamiętam, że związana jest ona ze wszystkim, co w życiu przeczytałem, powąchałem, dotknąłem i polizałem sam po to, by wyrobić sobie moje własne zdanie. Dlatego pisząc niekiedy “polecam” kieruję jedynie do czegoś, co każdy musi rozpoznać też sam i opisać swoim słów zasobem. Wątpiącym zaś doradzam lekturę Colasa Breugnon, czy – chociażby – reklamowanego tutaj przeze mnie Hamvasa. Salute!

Opublikowano 4 komentarze

Folwark zwierzęcy, zagajniki brzózek i nasz alkoholizm.

Miałem o tym nie pisać. Mianowicie o wywiadzie z szefem polskiej agencji funkcjonariuszy żywiących się padliną z alkoholem w tle (tutaj ten wywiad). Koala_wpisyW zasadzie jest to zwykła strata czasu. Lepiej spróbuję znaleźć dobre strony alkoholizmu (trochę na zasadzie “Chopin, gdyby żył, też by pił”). Strasznie ta rzeczywistość nasza jest skomplikowana, szczególnie, kiedy ktoś uważa, że wie lepiej ode mnie, co mam robić, jak robić i z kim robić. Tych posiadających receptę na moje szczęście jest przy mnie ciągle sporo, chyba w spadku po totalitaryźmie, dziw jednak, że nadal mają się znakomicie (może system zmienił sukienkę, choć ciałko to samo?). Alkohol towarzyszy nam od początku dziejów i ośmielę się stwierdzić, że gdyby go nie było, nie byłoby większości zdobyczy kulturalnych w historii społeczeństw, jako że prawie wszyscy twórcy chlali. Naczalstwo wspomnianej agencji nie udzielałoby wywiadów we w miarę porządnej polszczyźnie, bo trzeźwi nasi poeci nie stworzyliby żadnych językowych wzorców, a i z muzyką byłoby, raczej, kiepsko. Dziwne, że agencja nie zechciała dotąd rozprawić się z symboliką wina we mszalnej ofierze, usuwając “ustawowo” wszystko, co tam alkohol przypomina. Zaznaczam, że nie uważam się za alkoholika, ale że w rodzinie mojej brat po pijaku matkę bijał, co wcale nie ma związku z żadnym pawiem i papugą i nie kwalifikuje mnie jako eksponat do muzeum ofiar alkoholizmu.

Gdyby jednak pochylić się nad zagadnieniem, zwróciłbym uwagę, że nie zadroszczę takiemu prezesowi dwuznaczności sytuacji. Jest on, wszak, przedstawicielem tworu reprezentującego interesy Państwa, czyli systemu, a ten istnieje o tyle, o ile ludzie nie zechcą niczego rozwalić i dopóty istnieć w dowolnej formie będzie, dopóki obywatelstwo mieć będzie do dyspozycji zamienniki szczęścia, wśród których alkohol jest na pierwszym miejscu. Wątpię – przy tym-, by rządzący chcieli popełniać seppuku i wyprowadzać ludzi przeciw sobie na ulicę tylko dlatego, że kilku nawiedzonych scjentystów (jak powiedziałby Hamvas) uznało, że alkohol jest be. Dlatego cały ten wywiad (a raczej monolog) przypomina balansowanie nad przepaścią, jako że z jednej strony wiadomo, że źle, a z drugiej, że z czegoś żyć trzeba, a więc hipokryzja podniesiona do potęgi entej i bez wódki tego nie razbieriosz, a Gorbaczow i jego prohibicja coś o tym opowiedzieć mogą.

W ogóle w tym wszystkim zastanawia uporczywość, z jaką niektórzy mylą przyczyny i skutki, alkoholizm zaś jest skutkiem (no i pośrednikiem w łańcuchu przyczyn i skutków), nie zaś pierwotną przyczyną nieszczęść i tylko durnie nie zauważają tak oczywistej oczywistości. Zniknie, jeżeli usuniemy ból istnienia i świadomość śmierci, a więc, jeśli dogadamy się z Bogiem co do naszych losów, nie zaś co do sposobu gry w karty, gdzie zastawem będąc rozgrywającego nie znamy. Zniknie, jeżeli wokół nas w cień usuną się nieszczęścia związane z głodem, samotnością, agresją, wojnami, a listę można kontynuować w nieskończoność. Trzeba mieć w ogóle tupet, by chcieć decydować o naszym losie, jeśli sam Pan Świata ingerować weń nie chce. Najłatwiej zwalić wtedy winę na wytrych, czyli alkoholizm (wytrychem się otwiera, ale wytrych to nie drzwi). Zamiast stwarzać ludziom warunki do szczęśliwego życia powtarzamy im nieustannie, że wszystko jest be, a czyniąc to mościmy własne gniazdo i to całkiem wygodnie (prawda, szanowny prezesie?).

Poza tym, w wywiadzie bzdur bez liku (i o Włochach, a także Francuzach, bez cienia żenady, ignorancja absolutna i wstyd mi, że moje Państwo taką ignorancję sprzedaje wiedząc, iż naród i języki posiadł i za granicę jeździ). A już arcydzieło głupoty i ignorancji zaszyło się w dywagacjach na temat Internetu i sprzedaży, dalej jednak szkoda słów. Trzeba robić swoje, czekając, aż starczy uwiąd dotknie i system i takie tam agencje.

Opublikowano Dodaj komentarz

Po porażce z Cabernet Sauvignon z Chile zwycięstwo nad wtyczkami

Chociaż lepiej zbyt wcześnie nie trąbić zwycięstwa. Co prawda wczorajszy Cabernet Sauvignon z Chile pod Lipskiem zawiódł mnie na całej linii, wybór jednak starszej i podobno gorszej wtyczki obronił mnie (oraz prawdopodobnie wszystkich pozostałych gości) przed nieustannym prezentowaniem dowodu osobistego po to, by udowodnić dorosłość. Jak widać, wszystko jest grą pozorów, do nieobliczalnie głupich przepisów należy dostosowywać zachowania, które automatycznie stają się równie głupie i tak wszyscy, po trochu, durniejemy, pijąc do tego coraz gorsze winiawki. Na szczęście tutaj deszcz już nie pada i wedle amerykańskich internetowych prognoz tak będzie do końca maja, siądziemy więc na przyzbie z klielichami w dłoni, przedtem zamykając bramę, aby nikt nam do butelek nie zaglądał i będziemy sączyć nasze recenzje nierecenzje, byleby czas czymś zapełnić i do słońca się uśmiechać. W ten sposób można wytrzymać życie nawet w powiatowej.

Opublikowano 1 komentarz

Nowy świat ze starymi problemami

Bynajmniej nie jest to świat winny, raczej informatyczny. Otóż – ni z tąd ni z owąd – moja serwerowa java przestała chcieć piec ciasteczka, co powoduje, że bez opamiętania otwiera się na głównej stronie tutejszej ostrzeżenie o treści dla dorosłych. Czekać trzeba cierpliwie, aż dopasują się w serwerze wszystkie aktualizacje i kiedyś wszystko, być może, powróci do normy. Zaś co do wina, Nowy Świat zawsze bardziej był pełen wigoru i soczysty, bo stary kontynent więdnie, nie tylko psychicznie, ale też fizycznie (co objawia się kiepskimi wyborami wytwórców, chociażby z beczką, jak w Monte da Ravasqueira). Poza tym deszcz i zimno, wino w taka pogodę jest jak zgorzkniały współmałżonek i wypada najgorsze przetrwać, grzejąc się przy piecu. Salute!

Opublikowano Dodaj komentarz

Czerwone koszyki na kółkach, wino dla ludu i spacer po powiatowej

Prawdopodobnie mam mniej wyrafinowane podniebienie, dwa bowiem ze źle w innym miejscu opisanych win zamorskich z Biedronki smakują mi i nic na to nie poradzę. Wcale się tego nie wstydzę i nikomu nie będę lizać podniebienia. Musiałem trochę spraw pozałatwiać w dniach ostatnich, więc miałem okazję zetknąć się bezpośrednio z tak zwanym ludem, którego zwykle gorącym orędownikiem jestem, chociaż “Kwiaty Polskie” czytałem i Tuwima kocham, a wrażenia moje oddzielnie opisuję we wpisie oddzielnym na mojej powiatowej (tam też podaję szczegóły moich przygód), tutaj jedynie wspomniawszy, dlaczego noga moja w jednym z supermarketów (nazwa we wpisie na powiatowej) nie postanie. Otóż kierowany tęsknotą za nową porcją winiawki udałem się z pieniędzmi do rzeczonego i zaparkowawszy pojazd mechaniczny w podziemnym parkingu, przy wejściu do sklepu pobrałem śliczny czerwony koszyk-wózek po to, aby zakupy rozpocząć. Kiedym chciał już w kasie zapłacić za wszystko, usłyszałem, że muszę koszyk zostawić, na com odrzekł, że nie widzę możliwości przeniesienia w ramionach wszystkich butelek wina do samochodu, a toreb plastikowych do tego kupować nie będę. Uzyskawszy ponownie polecenie-wskazówkę, iżbym koszyk przy kasie zostawił, stwierdziłem, że w takim razie towar cały tam zostawiam i że noga moja w tym miejscu więcej nie postanie. Rozumiem, przy tym, doskonale motywacje właściciela sieci, który obawia się o swoje śliczne koszyczki, moje jednak odczucia są dla mnie ważniejsze, nie lubię bowiem być z góry traktowany jako potencjalny złodziej. Zakupy – więc- będę robić u bardziej ludzkich panów.

Opublikowano Dodaj komentarz

Walcząc o inne podejście do wina w Polsce powiatowej

Którego zwiastunem, daj Boże, niech będzie promocja zorganizowana przez POLO Markety, a także zainteresowanie, jakie obserwuję, tekstami tej promocji poświęconymi, popychają mnie w dość karkołomnym kierunku, postanowiłem bowiem uwolnić się nieco od gorsetu, w jaki sam się zakułem komponując ten blog poświęcony pogranicznym rejonom winiarstwa i stworzyć coś w rodzaju gazetki internetowej, na łamach której swobodniej nieco będę sobie poczynać pisząc “od sasa do lasa” o powiatowej. Tamże też będę wspierać wszystko, co jest przeciwne masowości i co promując autonomiczne inicjatywy lokalne wzmocni społeczeństwo obywatelskie, czyli naszą jedyną szansę obrony przed wszechmocnym rynkiem i nieubłaganą konsumpcją. Dzisiaj zaś będę próbować następne wino z POLO Marketowej promocji.