Opublikowano 1 komentarz

Przyjaciel wino

Wywołana krótka dyskusja w komentarzach, dotycząca temperatury wina czerwonego łączy się, w mojej głowie, przynajmniej, z rozważaniami nad społecznym charakterem wina, które elementem jest ułatwiającym zbliżenia (każde zbliżenie). Otóż, czy na butelce czerwonego napisali: spożywać w temperaturze 17-18 stopni, czy też: serwować w takiej to temperaturze, nie ma to, praktycznie, większego znaczenia, jeżeli potraktujemy pite wino, jako przyczynek do posiedzenia przy stole i rozmowy, wtedy, bowiem, rozlane do kieliszków wino szybko dochodzi do temperatury otoczenia i nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie każdego kieliszka wkładał do lodówki i z lodówki popijał. Jeżeli, zaś, brać pod uwagę temperaturę w blokach, w naszym klimacie, gdzie, niekiedy, jest mniej niż 18 stopni, problem przestaje być, w ogóle, istotny. Jak, już, napisałem: złe wino czerwone chowa swoje wady w niskiej temperaturze, zaś dobrego nic nie trafi, nawet, jeśli się nieco ociepli.

Łączę to, jednak, z podstawową regułą. Picie wina należy celebrować, traktować je dobrze, jak ukochaną osobę, gdyż tylko wtedy odda nam ono wszystko to, co w sobie ma najlepszego. Nie wolno, broń Boże, pić w pośpiechu (czy pośpiech ma, w ogóle, jakikolwiek sens?), tak samo, zresztą, jak nie wolno mówić szybciej, niż myśl to wytrzyma. Kieliszek wina zasługuje na długie i rozważne pieszczoty, na głaskanie dłonią i bardzo lubi rozmowę, wtedy, bowiem, mruczy po kociemu i rozjaśnia wątpliwości zrodzone w głowie, wraz ze zmęczeniem.

Uporczywość pracy po to, aby znaleźć się wyżej i żyć lepiej, wymaga porzucenia biegu, gonitwy szczurów, zmęczenia bezprzedmiotowymi wysiłkami. Wymaga spokoju i dystansu. Wtedy odzyskuje cały swój blask każdy kieliszek wina, o ile pity jest wśród ludzi, którzy nas kochają.

Opublikowano Dodaj komentarz

Sęp, wino i elyty

spacerKrążę sobie, jak ten sęp nad kieliszkiem wina i urągam na gorzałę, źle motywowany przez własne życiowe doświadczenia, po wielu latach przyglądania się, dość uważnego, współbraciom i wcale nie chodzi mi o to, aby komuś naurągać, chociaż, że król nagi jest, to każdy koń widzi. Gorzałę nazywam napojem maluczkich, niewolników losu, tchórzy, w najlepszym wypadku, lecz – moim zdaniem – gorzej niewolnikiem być, niż tchórzem.

Tymczasem awans mas połączony z rewoltą i pragnieniem nieodpartym, aby wszędzie wleźć i o wszystkim decydować, łączy się z nowymi wzorcami, między innymi ze stopniowym odradzaniem się arystokracji (taki, niby, paradoks), z tą, jednak, różnicą, że kiedyś arystokracja uwarunkowana była szlachectwem i majątkiem (nie zawsze to chodziło razem), dzisiaj zaś bywa, coraz częściej, atrybutem wyjątkowości umysłu, wiedzy, profesjonalizmu, połączonym, owszem, z dużymi pieniędzmi, chociaż te nie są tutaj warunkiem koniecznym, raczej łatwiej uzyskać do nich dostęp od pięknego umysłu poczynając. Piszę to do młodych, gdyż żyją w czasie, który dał im szansę wyjątkową: rewolta mas, demokracja i wszystkie tego atrybuty po raz pierwszy w historii pozwalają im dojść na szczyty bez lepszych nazwisk, z każdej społecznej pozycji, pod jednym, jednak, warunkiem: pracą swoją muszą udowodnić, że są tego godni.

Wino, zaś, jest napojem dla takich ludzi, o ile uznają, że to zwykła przyjemność, nie zaś sposób na zabicie czasu i świata. Wino, część lepszego jutra, elitarności, do której każdy z nas powinien dążyć, bo wszyscy – chyba – chcemy być mądrzejsi, bardziej profesjonalni, z szerszymi niż osły horyzontami, jednym słowem, lepsi i wszyscy chcemy ze światem, więc ludźmi rozmawiać, zaś wino to, przecież, ułatwia. Wreszcie, wino, jako element autonomii, tej wolności, którą, zbyt często, mylimy ze swobodą nieograniczonej konsumpcji. Pamiętajmy, jednak, jeśli wino ma być częścią marzenia, nie może być winiawką, sikaczem sprzedawanym przez oszustów, zamiennikiem dla biedaków, bowiem elita jest wyżej i taką ma, właśnie, być. Nie elita ma schodzić w dół, zdejmując gacie w telewizjach dla oszołomów, lecz to my mamy ku niej biec, bo wzorców nie ma w gnoju (ten jest do  nawożenia), lecz szybują one ku gwiazdom, a gwiazdy – przecież – postanowiliśmy zdobywać.

Opublikowano Dodaj komentarz

Gorzała i wino

Picie uzasadniamy na wiele sposobów, a każdy – w naszym mniemaniu – powinien nas, zwłaszcza przed sobą samym, usprawiedliwić. Z rozpędu stwierdzamy, że uzależniliśmy się od tego, lub owego, zapominając, że jedyne godne człeka uzależnienie to uzależnienie od życia. Ludzie piją gorzałę i Koala_wpisyćpają po to, aby zabić czas, zapomnieć, w skrócie uciec przed sobą (przed odpowiedzialnością), aby przestać widzieć ciągle te same, szare chmury na niebie i słuchać ciągle takiego samego chrapania za ścianą, czy kapania deszczu za oknem. Uciekamy, bo nie potrafimy sobie dać rady, a nasze tchórzostwo, również – w pewnym sensie – nas uzależnia, zżerając mózg i doprowadzając do rozpaczy. Ciągle, zresztą, powtarzam, że gorzała jest narkotykiem dla tchórzy.

Czym, więc, w takiej kompanii jest wino, które – zwykle – utożsamiamy z gorzałą, zapewne z powodu alkoholu? Wraca bumerangiem pytanie, po co pijemy wino i czy pijąc je nie jesteśmy, w istocie, takimi samymi uciekającymi przed życiem tchórzami, być może bardziej wyrafinowanymi, lecz ciągle tchórzami. Pytania połączone z innym: czy zapełnianie życia – za wszelką cenę – treścią doraźnych zainteresowań nie jest kolejną ucieczką przed pustką? Wino jest, przecież, również modą, gadżetem, pretekstem do odnalezienia innych ludzi…

No właśnie, tutaj pojawia się cecha wina, które różni się od gorzały zasadniczo. Pijąc gorzałę uciekamy od drugiego człowieka, odbieramy – bowiem – sobie zmysły umożliwiające zwyczajną rozmowę, wino – natomiast – z drugim człowiekiem nas łączy, pomaga w dialogu, jest euforycznym wzmocnieniem więzi miedzyludzkich (oczywiście, jeżeli nie jest nadużywane). Wino jest wytworem kultury słońca i morza, gdzie nikomu nie przychodzi do łba upijanie się w samotności, bo nikt nie lubi bólu głowy na własne życzenie. Tam wino pije się przy stołach rozmawiając z drugim człowiekiem, a neurotycy z drugim człowiekiem gadać nie chcą. Picie wina otoczone jest społecznym, w istocie, rytuałem, ma swoją filozofię i radość, picie gorzały pełne jest filozofii śmietnika, jest czarne, jak ludzka rozpacz i nie warto, w ogóle, zajmować się nim, czy z nim dyskutować, no bo o czym tu dyskutować z bełkotem pijaka? Pytanie, więc, po co pijemy wino, jest, w istocie, pytaniem o sens istnienia dla ludzi i z ludźmi. Stąd dialog i dialogika, której w tym blogu hołduję.

Opublikowano Dodaj komentarz

Czy tylko zgniły interes?

Czuję, jak pogrążam się w bagnie subiektywizmu i zaczynam zdawać sobie sprawę, że pewne wnioski całkowicie uniemożliwiają obiektywne zrozumienie rzeczywistości, a ponieważ Koala_wpisydaleki jestem od szaleństwa, zaczynam, krok za krokiem, cofanie, cofając się, jednak, czuję za sobą ścianę, co prowadzi mnie do załamania i agnostycyzmu, relatywizmu, a także, o zgrozo, modernizmu. Cokolwiek to wszystko znaczy, należy takie poglądy pod pręgierzem potępić, bowiem sączone w niedoświadczone mózgi niektórych czytaczy są gorsze od złego wina z dyskontu, powodują gnicie powolne mózgu i skazują na piekło wątpliwości.

Otóż przyjąłem, że za smakiem stoi intencja smakującego, a więc tylko pijącego wino określone wrażenia mogą dotyczyć. Na czym, więc, polegają standardowe wzorce różnych typów win, czyżby nie byłoby ich w realu, a tylko w mózgu kipera? Szczerze pisząc, nie potrafię znaleźć złotego kompromisu pomiędzy obiektywnym i zewnętrznym światem, a tym, co moje ja nieustannie przetwarza, także w trakcie spożywania trunków szlachetnych, chociaż wiem, że taki kompromis jest konieczny i uratuje mnie od intelektualnego obłędu, a także zbawi czytaczy od konieczności czytania dzieł filozoficznych (no, chyba, że są, jak ja, perwersyjni i trochę masochistyczni).

Opisywane, więc, zgodnie z takimi kryteriami, wino jest intencjonalnie towarem, sprzedawanym przez handlowca (lub producenta), a smak jego przekazywany bywa zgodnie z wzorcami kulturowymi, a więc podlegającymi takim samym wahaniom, jak moda, czy upodobanie. Czy tak jest faktycznie? Dokąd mogą mnie doprowadzić ścieżki, na których łatwo można się pośliznąć i stracić nie tylko reputację, lecz i zdrowy rozsądek? Pisanie o smaku wina staje się, w ten sposób, szczególnym przypadkiem twórczości kulturowej, gdzie samo wino jest, raczej, pretekstem, aniżeli przedmiotem. Tylko, po co, w tym wszystkim, ja to wino piję?

Opublikowano Dodaj komentarz

Intencja i zgniły interes

Wcale na pytanie „po co pijemy wino” w poprzednim tekście nie odpowiedziałem, może nie odpowiem i teraz. Do odpowiedzi, która wcale nie jest taka jednoznaczna, czy prosta, będę podchodził stopniowo, jeszcze się nigdzie nie spieszę, jesień taka, jaka jest, napełnia mnie dziwnym optymizmem, mimo tego, iż w sieci straszą mnie przepowiedniami padre Klimuszki. W ogóle jakaś taka mania zapanowała, straszyć młodych i starych, za wszelką cenę. Strach, co prawda, jest najmocniejszym cementem, ludzie, pod jego wpływem, zbijają się w stado, jak owce, czy barany, a stadem łatwiej kierować, a jak kierować, to i doić, więc, prawdopodobnie, o to dojenie chodzi.

Oczywiście, można smak opisać przy pomocy wzorów, w których podamy liczbę i cechy neuronów odpowiedzialnych za odczuwanie kwaśności, czy słodyczy i siłę uzyskanych bodźców, a we wzorze określimy związki pomiędzy materią, intencją i moim mózgiem, lecz będzie to nudne, bo nudne są rzędy cyfr i znaków łączących. Poza tym każdy wzór odniesie się do pojedynczych pijących, więc wzorów będzie, w istocie, tyle, ilu jest mieszkańców ziemskiego padołu. Średnia z tych wszystkich wzorów określi tendencję, lecz pozbawi indywidualności, a o tej, przecież, powinienem pisać, opisując kiperskie wrażenia. Indywidualność, natomiast, najłatwiej opisywać przez porównania z powszechnie dostępnymi elementami świata, tutaj, jednak, pojawia się trudność: określone jabłko jest, dla mnie, słodkie, a dla Hani, gorzkie. Znów statystycznie mówimy, że jest ono takie, jak je opisze większość spożywających, czyli, znów, pojawia się tendencja i znika indywidualność. Stąd trudność, albo, wręcz, niemożliwość naukowego opisu i ucieczka do sztuki, w większości przypadków literatury, bo kiper opisując swoje wrażenia nie naukowcem jest, lecz pisarzem (a, przynajmniej, powinien się starać).

Jeżeli jest tego świadomy, pisze dla pisania, staje się literatem, niekiedy pisarzem. Co, jednak, zrobić z całą resztą, opisującą wrażenia smakowe, aby jak najlepiej sprzedać określony rodzaj wina? Znów pojawia się przede mną Pani Intencja, a z nią interes, co pozwala mi ten odcinek zakończyć, obiecując, że z interesem rozprawię się niebawem, (jeżeli do końca nie zgnije).

Opublikowano Dodaj komentarz

Po co pijemy wino, czyli kolejna fenomenologia

spacerCzym jest fenomenologia i czy filozofia, w ogóle, jest dzisiaj ludziom potrzebna? Wydaje się, że pojawiła się epoka, w której mózg ludzki przeniósł się w okolice kciuka, jako pośrednik jedynie służąc, a wszystkie najważniejsze czynności wykonują za nas różne wihajstry (chociaż wolałbym tutaj zastosować Koala_wpisysłowo francuskie, bo tam na wihajster mówią „bidule”, co przyjąłbym, u nas, jako bidula), no więc, bidule. Takie elektroniczne bidule nie podejmują za nas, jednak, żadnych decyzji, chociaż wydaje się, że współczesny człowiek, również, decyzje powierzyłby elektronice, samodzielnie, bowiem, nie chce, wcale, myśleć. Jedyne, co lubimy, to nieograniczone konsumowanie, które pomyliliśmy z wolnością. No cóż, takie czasy. Współczesna niechęć do filozofii, być może, wynika także ze zmęczenia ideologiami (szczególnie u nas, których zbyt długo, na siłę, przekonywano do ideologicznego myślenia).

Po co, więc, pijemy wino? Pomijam, oczywiście, picie po to, aby zapić się na śmierć, (czyli zupełnie o rzeczywistości zapomnieć), żadna, bowiem, analiza takiego zjawiska nie jest potrzebna. Interesuje mnie pojedynczy łyk związany ze smakiem, a w kategoriach rozumienia fenomenologicznego smak nie byłby, wcale, obiektywnie związany z tym, co piję, lecz wypływałby z mojej intencji, która przenosiłaby zapisany gdzieś we mnie wzorzec na zawartość kieliszka, a może butelki. Intencja taka zależy, w dużej mierze, od mojego nastroju, nie całkiem przeze mnie kontrolowanego (ten przecież wynika z tego, czym wstał rano lewą nogą, czy wiatr wieje w odpowiednim kierunku, czy zupa była niesłona, i tak dalej). Nie spodoba się, z pewnością, to, co piszę, czytaczom z szerokiej grupy wielbicieli kciuka i bidulów, oniprzecież – uważają, że wszystko można opisać, powtórzyć, wyprodukować (tak, jakby zjawiska w człeczym żywocie mogły być opisane informatycznym kodem). Tacy spodziewają się nie filozofowania, lecz dokładnego opisu wrażeń po to, aby ten opis – potem – zgadzał się z wrażeniami wszystkich pozostałych pijących na świecie, czarnych, białych, garbatych, ślepych, a nawet głuchych. Tymczasem wrażenie nie jest kodem html, czy php i zapisane nie generuje strony na ekranie laptopa, wszędzie, mniej więcej, jednakowo wyglądającej. Smak mój wynika z mojego własnego wzorca i z mojej intencji, wrażenia, zaś, zapisane, zderzają się u każdego czytacza z jego wzorcami i intencjami. Mój subiektywizm kontra niezliczone subiektywizmy publiczności. I w zasadzie jest to jedyny pewnik, jaki można wygłosić.

Czy, więc, w odniesieniu do picia wina, jest, w ogóle, możliwy obiektywny osąd? To, właśnie, mnie interesuje najbardziej, a uważny czytacz tego bloga, być może, zainteresowanie moje zauważył. Jednoznaczne stwierdzenie, że coś jest takie, a nie inne, w odniesieniu do wrażeń smakowych, wynika z intencji, ta – zaś – w wielu przypadkach wiąże się z interesem. O tym, jednak, pofilozofuję następnym razem (długie i za mądre teksty w Internecie nie mają żadnego sensu, mózg w kciuku, bowiem, jest w stanie przełknąć tylko to, co mieści się na jednym ekranie).