Opublikowano 3 komentarze

Nowa polska sieć tanich supermarketów

W sieci znalazłem nowinę o tym, że POLOmarket postanowił przeprowadzić „rebranding” i od 1 stycznia nazywać się będzie MILA (tutaj więcej na ten temat…) i zastanawiam się, skąd biorą się pomysły wyrzucania pieniędzy w błoto. Moja wyobraźnia nie nadąża za marketingowymi wydumkami znakomitych rodaków, którzy do handlu podchodzą jak do miłego urlopu na jachcie pod Monte Carlo, zapominając, że tajemnicą sukcesu jest uporczywa praca i ciągłość tradycji. Nielubiany przez rodzimych marketingowców Owad z dalekiej Portugalii jest przykładem długiej wędrówki, nie zawsze zakończonej sukcesem, i budowania rozpoznawalnego znaku, tutaj, natomiast, mamy coś w rodzaju szamotania się ćmy nie do końca świadomej końca drogi. Skromna opinia misia koali zawiera się, więc, w następujących słowach, (które kilka razy wypowiadałem recenzując wina z POLOmarketu): nie chodzi o zmianę szyldu w już istniejącej sieci, lecz o zmianę treści pod istniejącym szyldem, a MILA mogłaby być dodatkiem do czegoś, co już istnieje i istnieć, nadal, powinno.

Opublikowano Dodaj komentarz

Pisanie o winach w sieci – 3

spacerW czasach, kiedy prasa nie była tak rozwinięta i nie było sieci, najważniejszym sposobem dotarcia do jak największej rzeszy odbiorców była reklama plakatowa. Struktura jednej dużej karty narzucała reguły kompozycji tak, aby każdy stojący na przystanku autobusowym jak najszybciej i jak najwięcej zapamiętał ze słupa ogłoszeń. Kompozycja opierała się na prostocie i zdrowym rozsądku, nikomu, bowiem, nie przychodziło do głowy, aby widza plakatu przymuszać do zapamiętania całego rozdziału powieści. Ważny był komunikat, do którego, potem, graficy dołożyli znak (w ten sposób powstawały plakatowe dzieła sztuki, a polska szkoła grafiki plakatowej znana była w świecie i bardzo doceniana). Powoli giną z pejzażu słupy ogłoszeniowe, reklama plakatowa to, przede wszystkim, grafika i duży format, jednakże w nowych mediach obowiązują ciągle takie same zasady. Serfujący w Internecie widz zachowuje się tak samo, jak osobnik czekający na autobus, a strona internetowa, w istocie, rządzi się podobnymi prawami, co plakat na słupie, stąd też jednym z najważniejszych imperatywów sieci jest zwięzłość treści i plastyczna siła znaku. Sprawa skomplikowała się, przy tym, z nadejściem urządzeń mobilnych, tutaj, bowiem, zwięzłość i niepowtarzalność jest obowiązkiem (ekrany tabletów i smarćfonów mogą pokazać tylko to, co mogą pokazać i trudno jest na nich zmieścić literackie dzieła sztuki). Piszę to ku przestrodze wszystkim tym, którzy sądzą, że odbiorca w Internecie zupełnie tak samo odbiera nasze wytwory, jak sobie w projekcie założyliśmy. Okazać się może, że poszukujący wiedzy o winie biegnie, faktycznie, za czerwonymi gwiazdkami przy recenzji, czy też serduszkami, zupełnie zaniedbując starannie wypoconą przez autora treść, a moje przypuszczenia zdają się potwierdzać nowe algorytmy Pana Gugla, lecz o tym następnym razem.

Opublikowano Dodaj komentarz

Pisanie o winach w sieci – 2

spacerTwórczość literacka ma swoje reguły, obecność w sieci, swoje. Można je, niekiedy, godzić, chociaż wymaga to większego wysiłku. Przede wszystkim, tak zwany „tradycyjny” pisarz odbiór swojego pisania mierzył w liczbie sprzedanych egzemplarzy, bloger, natomiast, zależy od liczby odwiedzających strony. Nie sprzedałem nigdy ani jednego egzemplarza swojej książki, (bo jej nie napisałem), chociaż wpisy moje, w różnych odsłonach i konfiguracjach, przeczytało, przez ostatni rok, ponad 150 tysięcy odbiorców. Świadomość istnienia tych odbiorców zwiększa odpowiedzialność. Szacunek wobec odbiorców, a nie, jedynie, uporczywe myślenie, jak zwiększyć ich liczbę, pozycjonując recenzje w oparciu o popularne i dyskusyjne frazy kluczowe, jest wyłączną regułą etycznego występowania w sieci. W przypadku pisania o winie, oprócz jasnych obowiązków formalnych, trzeba również respektować to, co wydaje się truizmem, a co, niekiedy, wielu umyka: trzeba znać się na winie.

Dobra recenzja o winie powinna wynikać z trzech elementów, przy czym każdy z nich jest równie ważny: talentu autora (talentem nazywam umiejętność poprawnego i ciekawego pisania, zwięzłego i bez błędów stylistycznych, o ortograficznych nie wspomnę), wiedzy autora w tak zwanym przedmiocie (zwykle nabywanej w szkołach, z książek i z życiowego doświadczenia), smaku autora (smak ten opiera się na doświadczeniu i wiedzy i na predyspozycjach psychicznych, oraz fizycznych). Recenzje, które stawiają na jeden z tych elementów, zaniedbując inne, są kulawe. Najłatwiej dysponować talentem, grozi to, jednak, grafomańską przesadą, najtrudniej opierać się na wiedzy i doświadczeniu, te, przecież, są związane z czasem (niczego w życiu nie możemy przeskoczyć) i trudno jest, dajmy na to, takiemu koali, nauczyć się czegoś przez rok, jeżeli inni dochodzili do tego przez lat dwadzieścia. Smak, jak dziwnie to nie zabrzmi, jest – również – pochodną doświadczenia, można się go, przez lata, nauczyć, nie można go, jednak wykształcić bez wzorców. To znaczy, nie można silić się na pisanie o winie, nie znając smaku win dobrych, wszystko, bowiem, trzeba umieć do czegoś odnosić. Dlatego, jakem koala, stwierdzam, że nie uda mi się dobrze o winie pisać i Parkerem nie zostanę: po prostu, dlatego, że nie będę, już, mógł poznać tego, com poznać powinien lat temu trzydzieści. Stąd, paradoksalnie, jedyną uczciwą rzeczą, którą mogę robić jest nieustanne przyznawanie się do tego, że ja na winie się nie znam, a także, ostateczne wyciągnięcie, z tego genialnego spostrzeżenia, konsekwencji. Co by było na tyle.

Opublikowano 1 komentarz

Barbarzyńca w ogrodzie

spacerBywają chwile takie, kiedy dochodzę do wysokiej skały na bosaka i wiem, że należałoby wspiąć się na nią i iść dalej, niestety, sił więcej nie ma. Dopada Koala_wpisymnie świadomość, że wszystko zacząłem za późno, a kiedy, kiedyś, powinienem był robić coś poważnie, wszystko traktowałem lekko, przeskakując z kwiatka na kwiatek. Bose stopy ranię, więc, na kamieniach, marzną, zwyczajnie, nogi, ręce nie czują liny, doganiają mnie, również, wątpliwości, po co, dlaczego, czy warto? Po raz setny słucham aktora i winiarza, który czyta mi w ucho ulubione kawałki z Hamvasa, spodziewając się, że wleje w żyły wino otuchy, męskie i z gór, niestety, jednak, nie znajduję w słuchaniu żadnej satysfakcji, jak, zresztą, we wszystkim. To, chyba, nazywa się „starość”. Dopadła mnie ona właśnie teraz, z jesienną zimą i z niektórymi  kiepskim winami, co każe poważnie zastanowić się nad ogólnobrakującym sensem, poddać ambicje i przestać zawracać głowę sobie i innym. Każdy powinien robić to, co potrafi, a jeśli nie potrafi (ja nie potrafię), powinien umieć odejść. To stwierdzając i świadom faktu, że lepiej, już, nie będzie, czas, bowiem, biegnie tylko w jednym kierunku, stopniowo będę wyciszał moje pokrzykiwania, gdyż niczemu i nikomu nie służą. Może jutro ta skała zniknie, a może czas, już, spotkać się z Hamvasem i tam napić wina z Somlo?

Opublikowano 1 komentarz

Pisanie o winach w sieci – 1

spacerNa marginesie dyskusji o makaronizmach w tekstach blogerów zastanawiam się nad pisaniem w sieci. Otóż, posiada ono własną specyfikę, związane jest, jednak i zasadniczo, z marketingiem i nie wolno utożsamiać takiego pisania z tworzeniem literatury. Przede wszystkim powinno być zwięzłe, Koala_wpisyograniczone jest, bowiem, do wysokości i szerokości ekranu komputera, a ostatnio, także, smartfona. Poza tym ograniczone jest minutami (a może sekundami), które odbiorca może na czytanie przeznaczyć. Jeżeli komunikat tekstu mieści się na jednym ekranie (wbrew googlowskim robotom sądzę, że liczą się, dzisiaj, teksty, które nie przekraczają 150 słów), odbiorca, szukający w sieci informacji, przede wszystkim, użytecznych, może objąć komunikat „jednym rzutem oka” i, może, informację zapamiętać. Teksty długie czytają bardzo specjalni odbiorcy, którzy wchodzą na strony w sieci tak, jak otwiera się książkę, oni, jednak, nie szukają marketingowych informacji, oni w sieci spędzają czas i nieczęsto stają się klientami. Tymczasem z doświadczenia, chociażby, mojego bloga, wnioskuję, że odwiedzający szukają w nim informacji na temat określonych win, nie przejmując się moimi stylistycznymi wygibasami.

Tekst, więc, powinien być na stronie internetowej, raczej, znakiem, co stawia przed autorami zupełnie nowe wymagania (związane, także, z umiejętnym pozycjonowaniem, które zależy, przede wszystkim, od autora, a dopiero w drugim rzędzie od pozycjonerów, łebmajstrów i takich tam, podobnych). Zauważyłem, jednak, że wielu publikujących w sieci myli zwięzłość z „aby zbyć”, krótkość z odpuszczaniem sobie obowiązujących reguł i w ten sposób niszczy to, co mamy w sobie najcenniejsze, własny język. Im krótszy powinien być komunikat, tym bardziej wyjątkowy i poprawny językowo, samo, przecież, tworzenie wymaga długiego zastanowienia i, chociaż rezultat ma zawierać dwa, trzy zdania, to muszą one być pisane przez dwa, trzy dni po to, aby stały się, rzeczywiście, wyjątkowe (no i udowodniły światu, że za zwięzłością stoi doświadczenie i praca). Literówki odsłaniają lenistwo, błędy ortograficzne pokazują ignorancję, jak, więc, miałbym od lenia i ignoranta kupować, cokolwiek?

Opublikowano 9 komentarzy

Dzisiaj wypijmy za błękit

I za biało-czerwień. Po plebiscycie w Katalonii czuję dziwny optymizm, pogoda, dzisiaj zupełnie nie z listopada, nastraja – też – bardzo pozytywnie, wczoraj rozpoczęta butelka Monte da Ravasqueira cieszy podniebienie, żyć, nie umierać (i jakże prawdziwie takie wytarte słowa brzmieć mogą, jeśli dochodzimy do istotnego końca dni swoich). Popijając, więc, po to, aby łatwiej rozmawiać, a rozmawiać po to, aby mocniej kochać, staram się wywiercić dziurę w murze przyszłości i zajrzeć tam przez mój otwór, a może będzie lepiej? Dochodzą mnie z ulic okrzyki buńczuczne, hasła niepoparte wiedzą, chaotyczne jęki nienawiści, mam, jednak, świadomość, że w kraju naszym wszystko już było i że – na szczęście – jesteśmy bardziej od Gombrowicza, niż z innych podwórek, a więc, świadomi końca każdego z nas z osobna, cenimy najbardziej to, co rzeczywiście nasze. Wypijmy, więc, dzisiaj za błękit nieba nad głową, za życie nasze i za Kraj, w którym nam żyć przyszło.

Opublikowano 5 komentarzy

Winemaker, vintner, czy enolog?

W zasadzie powinniśmy używać słowa, jeśli dokładnie znamy ich znaczenie, chodzi mi o precyzję. Precyzja świadczy o czystości intencji ( no i o wiedzy). Nadużywanie makaronizmów jest brzydkie, chociaż dobrze byłoby unikać takowych konsekwentnie i zamiast design stosować projektowanie, ‘la mnie, jednak, makaronizmy nie Koala_wpisyprzeszkadzajuć. Bardziej przywiązuję wagę do przecinków i do literówek, bo czytając całkiem dobre teksty napisane „aby zbyć” zalewa mnie krew, świadczy, bowiem, podobna niedbałość o zupełnym braku dyscypliny intelektualnej. Czytam recezję o pewnym portugalskim winie, całkiem sympatyczną i widzę w liście szczepów „jean”, zamiast „jaen” i wiem, już, że autor nie zadał sobie, wcale, trudu i nie przeczytał najprostszej notatki o szczepie, dostępnej w Wikipedii, bo gdyby ją przeczytał, zastosowałby, może, łatwiejszą formę „mencia” i nie zaśmiecałby głowy czytelnikom (ani sobie). Sprawa winemakera jest skomplikowana, gdyż polszczyzna nie stworzyła, jeszcze, własnego odpowiednika (winiarz nie do końca znaczy to samo), można, jako ciekawostkę, stosować amerykańską formę vintner (spolszczoną , oczywiście, jako „wintner”), lub bawić się w długi opis: „specjalista enolog” (dodając do tego: „specjalista od konkretnego wina”), pracujący w takiej to i takiej wytwórni win, i tak dalej, i tak dalej. We wszystkim trzeba zachowywać miarę, starając się pisać jasno i poprawnie (nawet z makaronizmami). Specjalistą od opisywania win, być może, nie jestem, znam się, jednak, na składni i przecinkach, a jeśli, niekiedy, specjalnie stosuję frazy zagmatwane, wyróżnia mnie to (w tłumie, bowiem, piszących o winach należy się czymś wyróżniać).

Opublikowano Dodaj komentarz

O Katalonii, popijając Markiza z Almeidy

Recenzja z Markiza z Almeidy będzie jutro, dzisiaj jednak popijając zatrzymuję oddech, czekając na to, co może jutro w Barcelonie się wydarzyć. Nie mam zamiaru herb_kataloniidyskutować tutaj o wielkiej polityce, przeżyte lata pokazały mi, że wszystko, co z polityką wiąże się i w czym pokładamy, niekiedy, nasze nadzieje, nie jest warte funta kłaków. Myślę, raczej, o wszystkich moich przyjaciołach i z niepokojem czekam na wieści z Barcelony, sądzę, bowiem, że sprawa nie dotyczy tylko Półwyspu Iberyjskiego i że jej konsekwencje, w każdym przypadku, przegranym, lub wygranym, dotkną nas, tutaj, bezpośrednio. Nie wiem, do teraz, kto miałby w dniu jutrzejszym w Barcelonie, czy w Madrycie, wygrać, a kto przegrać, boję się, jednak, że przegramy, w Europie, wszyscy. Wznoszę, więc, krótki toast portugalskim winem za katalońskich i hiszpańskich przyjaciół i marzę o tym, aby ze wszystkimi usiąść przy jednym stole popijając i rozmawiając o życiu, które jakie jest, każdy widzi.

Opublikowano Dodaj komentarz

Jabłka, brzózki, gorzała, czyli słoń i sprawa polska

Znakomity redaktor z Trójki Pan Kuba Strzyczkowski, w dzisiejszej audycji „Za, a nawet przeciw” zajął się polskimi jabłkami, po słynnym dictum Ministra Rolnictwa, który źle nazwał naszych sadowników. W trakcie dyskusji nad propozycją promocji cydru (w końcu, też, napoju alkoholowego) wystąpił, oczywiście, największy ekspert od pijanicaalkoholu w kraju, osławiony Dyrektor Parpy, Krzysztof Brzózka i wygłosił opinię, wedle której należałoby zabronić wszystkiego i wszystkim, bo do tego słowa Pana Brzózki się sprowadziły. Osobiście wolę, kiedy talibowie zajmują się sprawami boskimi, nie tykając doczesnych i ich rozważania o leczeniu objawów pominąwszy, zupełnie, przyczyny choroby, powoli przestają mnie bawić. Nie mam, zresztą, siły powtarzać wszem i wobec, że podstawą alkoholizmu jest, nade wszystko, ból istnienia i nieumiejętność życia w określonych warunkach, a także, iż powszechny dobrobyt i powszechność pracy to najlepsze antidota na troski Pana Brzózki, wydaje mi się to, bowiem, oczywiste i uporczywe milczenie na ten temat, charakteryzujące Parpę, właśnie, świadczy o tym, że i jej Dyrektor i cała struktura, w istocie, cieszą się z istnienia przyczyn, z którymi nikt nie umie sobie poradzić, a całą energię kierują w gwizdek po to, aby świat ich zauważał, zatroskany cmokając: „ah, jacyż to oni są potrzebni”. Nic to, że produkując cydr kraj mógłby zużytkować „zmagazynowane” z powodu rosyjskiego embarga jabłka, a tym samym przyczynić się do dobrobytu obywateli, odciągając ich, dzięki temu, od gorzały. Nie, w takim przypadku Pan Dyrektor woli w nieskończoność powtarzać mantrę o rozpijaniu młodzieży, no bo, w końcu, samo powtarzanie tworzy dla nas, podatników, tylko takie koszty, które wydamy na utrzymanie Parpy.

Opublikowano Dodaj komentarz

Opowiadanie historii i wino

spacerOpinia, jaką wyraził Tim Atkin, znany brytyjski Master of Wine, a wypowiedział ją podczas pamiętnego dla środowiska spotkania blogerów w Warszawie, jest w istocie sformułowaniem poważnego programu. Otóż stwierdził on, że winny bloger ma być również, a może przede wszystkim, opowiadaczem historii, a to, ni mniej ni więcej, oznacza, że powinien stać się pisarzem, albo, przynajmniej, do tego aspirować. Ten program jest, w istocie, bardzo prosty, lecz jak wszystko, co proste, w swojej prostocie niezwykle skomplikowany, nie można, bowiem, stać się tak, od zaraz, pisarzem, a sformułowanie, wyznaczając cel jasno, wyraźnie i dobitnie, uczy niezmiernej pokory, jako że bycie pisarzem jest, faktycznie, rolą wysoce społeczną, wykraczającą poza indywidualną zachciankę, dajmy na to, koali, który z własnego widzimisię stworzył sobie program, w wyobrażeniu, że ma coś do powiedzenia. Przede wszystkim, zaś, bycie pisarzem wyklucza tworzenie systemów w oparciu o, chociażby, wina z dyskontu. Albo się pisze o wszystkich winach, albo walczy z systemem, nie można budować na braku kasy i zniesmaczeniu świątyń własnej chwały (dlatego też odchodzę od uporczywego rozważania wyższości Owada nad Świętami Wielkiej Nocy) i trzeba zmusić się do rzeczywistej roboty sięgając po wszystko, co dostępne (a współczesny świat udostępnia praktycznie nieograniczone instrumenty). Oznacza to, też, że nie wolno wypowiadać się o winie, jeżeli nie stać na spróbowanie, chociaż raz, wina za tysiące (kwestia kolejnego celu). Wypowiadanie się o fragmencie rzeczywistości sugeruje, że cała reszta jest taka sama, a to jest, zwyczajnie, kłamstwo, pokora, więc, nakazuje pochylić łeb pełen niewiedzy i uczyć się, uczyć się, ciągle uczyć, wino, bowiem, jak życie, niezmierzonym jest morzem faktów, smaków, historii, o których wiedzieć warto, jeśli ambicjami kierowany, zdecydowałem się kiedyś na publiczny byt w sieci.