Opublikowano Dodaj komentarz

Armata Roberta Parkera

Po tak poważnym strzale z armaty Roberta Parkera zastanawiać się zacząłem, co robić, by atmosfera stała się lżejsza, kręciło mnie to w trzewiach, aż Koala_wpisyzmusiło do wycieczki ku pobliskim piwniczkom, gdziem nabył, drogą kupna, leciutkie Barolo, które mojej kieszeni ulżyło, więc będę je, dziś wieczorem, testował, starając przyrównać do wzorców teoretycznych, praktycznie, bowiem, nie stać mnie nań, co drugi dzień, i nie mogę wyrobić sobie przekrojowej opinii o wszystkim, co w prowincji Cuneo wyrosło i zamieniło się w trunek. Słowa zacytowane po przetłumaczeniu Mistrza kierują się, przede wszystkim, do mnie samego, ledwie pomagając w rozjaśnieniu niektórych aspektów sytuacji. Otóż, jasno powinienem określić miejsce, z którego, niekiedy, pokrzykuję. Jeżeli jestem konsumentem i w konsumentów imieniu głos zabierać się ośmielam, powinienem ich bronić, a także edukować i w żaden sposób nie wolno mi reprezentować interesów sprzedającego wino, bo czy, w ogóle, możliwa jest uczciwa recenzja na zamówienie? Pytanie, cokolwiek, retoryczne, gdyż samo pisanie recenzji bez wiedzy popartej doświadczeniem jest grzechem śmiertelnym, a skąd czerpać wiedzę, jeśli takie Barolo, dajmy na to, wypiłem w życiu ze dwa razy? Zadaję je nie tylko sobie, lecz, również wszystkim takim, jak ja, pseudofachowcom, którzy pisząc o winie gnają z motyką na słońce. Oprócz, więc, smaku wina, zakodowanego w blogerskim przekazie, trapi mnie dylemat, nieomal, Hamleta. Być, albo nie być, a co z resztą będzie, niechaj sam Parker rozsądzi, a łyki sącząc (co, chyba, sprzecznością) niech wskaże drogę i doda odwagi, bym miejsce znalazł, w którym cień i chwała, oraz bezpieczne ludziom wybaczenie.

Opublikowano Dodaj komentarz

Standardy Roberta Parkera 1

Pozwalam sobie zacytować obszerne fragmenty kodeksu postępowania Roberta Parkera, które przetłumaczyłem chociażby po to, aby je jak najdłużej pamiętać. Powstrzymuję się, jednocześnie, od jakichkolwiek komentarzy, każdy ma prawo rozumieć te słowa po swojemu.

Robert_M._Parker_cropped„Dwie główne siły ukształtowały moje podejście do obowiązków recenzenta win. Byłem i nadal pozostaję pod znaczącym wpływem filozofii niezależnego rzecznika konsumentów Ralpha Nadera. Co więcej, zostałem nieodwracalnie naznaczony przez moich profesorów prawa, którzy w czasach po skandalu Watergate wbijali do głów uczniów bardzo szeroką definicję konfliktu interesów. Te dwie siły wyznaczyły mi cele i do dziś kształtują duch, w jakim prowadzę mój newsletter The Wine Advocate i piszę moje książki.

Krótko mówiąc, rolą recenzenta jest wypowiadanie rzetelnych opinii. Powinny one, w każdym przypadku, opierać się na dużym doświadczeniu i wyrobionej wrażliwości. W praktyce oznacza to, że każdy z nas powinien być obdarzony łaską następujących przymiotów:

Niezależność: dotyczy to tylko mnie, lecz uważam, że najważniejszym jest płacenie za samego siebie. A jeszcze ważniejszą jest umiejętność rezygnacji z wszelkiej reklamy – niezależnie od źródła. To, dopiero, gwarantuje całkowitą niezależność. The Wine Advocate oraz eRobertParker.com są w 100% finansowane i utrzymywane przez abonentów. Nie pozwalamy na żadne reklamy. W odniesieniu do bezinteresownych ofert w postaci biletów lotniczych, miejsc hotelowych, pensjonatów, itp., nigdy nie przyjmowałem ich, czy za granicą, czy w kraju. A co z próbkami wina? Kupuję ponad 60% win, które próbuję, chociaż otrzymuję, również, i akceptuję niezamawiane próbki za darmo. Wcale nie uważam, że nieetyczną byłaby ich akceptacja, nawet, jeśli ich nie zamawiałem. Niezbitą dla mnie prawdą jest to, że moją grupą docelową są konsumenci wina, a nie handlowcy. Mimo, iż ważnym jest utrzymywanie profesjonalnych relacji z handlem, uważam, iż niezależne stanowisko wymagane od rzecznika konsumentów często, co nie jest zaskoczeniem, jest wynikiem opinii wobec handlu przeciwstawnych. Nie może być inaczej. Aby skutecznie realizować taką, właśnie, niezależność, koniecznym jest zachowanie dystansu wobec handlu, co może być mylnie interpretowane, jako wyniosłość. Właśnie taka niezależność gwarantuje recenzje mocne, szczere i pozbawione wpływów zewnętrznych.

Standardy gościnności: Ten obszar jest dla mnie najtrudniejszy, zresztą dotyczy to każdego recenzenta win. Trudno, tutaj,  określić czarno-białe zasady. Oprócz kontaktu z małżonkami i dziećmi, jesteśmy nieustannie zanurzeni w środowisku, gdzie, w zasadzie, wszystkie nasze kontakty utrzymujemy z ludźmi zajmującymi się winem. Wielokrotnie radość picia, czy degustacji wina wzmacniana jest przez kontakt, czy dodatkowy czas spędzany z osobami, które to wino wyprodukowały. Udało mi się zachować dystans wobec handlu winem w ciągu ostatnich trzech dziesięcioleci, ale zdaję sobie sprawę, że takie rygorystyczne i szczególne normy, jak moje, mogą stać się niemożliwymi i nierealnymi w przypadku niezależnych recenzentów, którzy dla mnie pracują. Mimo to, spodziewam się po nich niezależnych recenzji , które nie powstały pod wpływem profesjonalnego podziwu i szacunku degustatora (czy też, w niektórych przypadkach, ich braku) wobec osób produkujących wino. Ja, wraz z wszystkimi ludźmi, którzy pracują dla mnie, interesujemy się bardzo najlepszymi na świecie producentami wina, a także żywności, i dlatego byłoby nie tylko nierealnym, lecz, wręcz, niemożliwym, odrzucanie każdego zaproszenia tam, gdzie profesjonalna degustacja występuje z posiłkiem…

W rzadkich przypadkach przyjmowałem zaproszenia na obiad z producentem, ale nigdy nie miałem żadnego problemu krytykując, potem, tego producenta, jeśli jego wina nie spełniały wymagań…

Odwaga: ta przejawia się w tym, co sam nazywam „demokratyczną degustacją”. Oceny należy dokonywać wyłącznie na podstawie produktu w butelce, nie wedle rodowodów, cen, rzadkości, lub widzimisię producenta. Handel może uznać, że taki zupełnie szczery recenzent wina jest niebezpieczny, lecz nieocenzurowany, niezależny punkt widzenia ma ogromne znaczenie dla konsumentów. Ocena jakości wina musi opierać się na tym, co jest w butelce – in vino veritas. Tego typu recenzowanie win jest najczystsze i najsensowniejsze. Degustując, zaś, tak samo ważną jest butelka za 10 dolarów jakiegoś Château Pauillac, jak butelka za 200 dolarów Lafite Rothschilda, czy Latoura. Najlepsze osiągnięcia należy dostrzegać, chwalić, a nazwiska wytwórców udostępniać konsumenckiej publiczności. Partaczy należy krytykować i pociągać do odpowiedzialności. Szczery aż do bólu komentarz może nie podobać się handlowcom, ale kupujący wino mają prawo do takiej informacji. Gdy recenzent opiera swoje oceny na tym, co myślą inni, na rodowodzie, cenie, albo wyobrażonym przez siebie potencjale, recenzja jego jest tylko fikcją, a wino, o którym pisze, nie istnieje.

Doświadczenie: istotną jest degustacja w całym zakresie po to, aby ocenić wzorcowe punkty odniesienia i poznać standardy produkcji wina na całym świecie. Jest to najbardziej czasochłonny i kosztowny aspekt recenzowania win, chociaż, również, najbardziej satysfakcjonujący; niestety, rzadko praktykowany. Żałosnym jest fakt, często spotykany, degustacji 10 lub 12 win z określonego regionu lub rocznika po to, by następnie wystawić ostateczną cenzurkę. To jest – rzeczywiście – nieodpowiedzialne i przerażające. Istotnym jest to, aby recenzent zdegustował tak wiele, jak to fizycznie możliwe… Recenzowanie wina, jeśli ma być kiedykolwiek traktowane, jako poważny zawód, powinno być zajęciem na pełny etat, a nie babraniem się przy okazji innych zajęć w dziedzinie, która jest tak skomplikowana i wymaga tak ogromnego poświęcenia czasu. Wina i roczników, jak wszystkiego w życiu, nie należy redukować do schematu czarne białe…”

Tłumaczenie jest nieco surowe (zielone, jak kwaśne wino), z oryginałem można zapoznać się tutaj.

Opublikowano

Standardy Roberta Parkera

Pozwalam sobie zacytować obszerne fragmenty kodeksu postępowania Roberta Parkera, które przetłumaczyłem chociażby po to, aby je jak najdłużej pamiętać. Powstrzymuję się, jednocześnie, od jakichkolwiek komentarzy, każdy ma prawo rozumieć te słowa po swojemu.

„Dwie główne siły ukształtowały moje podejście do obowiązków recenzenta win. Byłem i nadal pozostaję pod znaczącym wpływem filozofii niezależnego rzecznika konsumentów Ralpha Nadera. Co więcej, zostałem nieodwracalnie naznaczony przez moich profesorów prawa, którzy w czasach po skandalu Watergate wbijali do głów uczniów bardzo szeroką definicję konfliktu interesów. Te dwie siły wyznaczyły mi cele i do dziś kształtują duch, w jakim prowadzę mój newsletter The Wine Advocate i piszę moje książki.

Krótko mówiąc, rolą recenzenta jest wypowiadanie rzetelnych opinii. Powinny one, w każdym przypadku, opierać się na dużym doświadczeniu i wyrobionej wrażliwości. W praktyce oznacza to, że każdy z nas powinien być obdarzony łaską następujących przymiotów:

Niezależność: dotyczy to tylko mnie, lecz uważam, że najważniejszym jest płacenie za samego siebie. A jeszcze ważniejszą jest umiejętność rezygnacji z wszelkiej reklamy – niezależnie od źródła. To, dopiero, gwarantuje całkowitą niezależność. The Wine Advocate oraz RobertParker.com są w 100% finansowane i utrzymywane przez abonentów. Nie pozwalamy na żadne reklamy. W odniesieniu do bezinteresownych ofert w postaci biletów lotniczych, miejsc hotelowych, pensjonatów, itp., nigdy nie przyjmowałem ich, czy za granicą, czy w kraju. A co z próbkami wina? Kupuję ponad 60% win, które próbuję, chociaż otrzymuję, również, i akceptuję niezamawiane próbki za darmo. Wcale nie uważam, że nieetyczną byłaby ich akceptacja, nawet jeśli ich nie zamawiałem. Niezbitą dla mnie prawdą jest to, że moją grupą docelową są konsumenci wina, a nie handlowcy. Mimo, iż ważnym jest utrzymywanie profesjonalnych relacji z handlem, uważam, iż niezależne stanowisko wymagane od rzecznika konsumentów często, co nie jest zaskoczeniem, jest wynikiem opinii wobec handlu przeciwstawnych. Nie może być inaczej. Aby skutecznie realizować taką, właśnie, niezależność, koniecznym jest zachowanie dystansu wobec handlu, co może być mylnie interpretowane jako wyniosłość. Właśnie taka niezależność gwarantuje recenzje mocne, szczere i pozbawione wpływów zewnętrznych.

Standardy gościnności: Ten obszar jest dla mnie najtrudniejszy, zresztą dotyczy to każdego recenzenta win. Trudno, tutaj,  określić czarno-białe zasady. Oprócz kontaktu z małżonkami i dziećmi, jesteśmy nieustannie zanurzeni w środowisku, gdzie, w zasadzie, wszystkie nasze kontakty utrzymujemy z ludźmi zajmującymi się winem. Wielokrotnie radość picia, czy degustacji wina wzmacniana jest przez kontakt, czy dodatkowy czas spędzany z osobami, które to wino wyprodukowały. Udało mi się zachować dystans wobec handlu winem w ciągu ostatnich trzech dziesięcioleci, ale zdaję sobie sprawę, że takie rygorystyczne i szczególne normy jak moje, mogą stać się niemożliwymi i nierealnymi w przypadku niezależnych recenzentów, którzy dla mnie pracują. Mimo to, spodziewam się po nich niezależnych recenzji, które nie powstały pod wpływem profesjonalnego podziwu i szacunku degustatora (czy też, w niektórych przypadkach, ich braku) wobec osób produkujących wino. Ja i wszyscy ludie, którzy pracują dla mnie, interesujemy się bardzo najlepszymi na świecie producentami wina, a także żywności i dlatego byłoby nie tylko nierealnym, lecz wręcz niemożliwym, odrzucanie każdego zaproszenia tam, gdzie profesjonalna degustacja występuje z posiłkiem…

W rzadkich przypadkach przyjmowałem zaproszenia na obiad z producentem, ale nigdy nie miałem żadnego problemu krytykując potem tego producenta, jeśli jego wina nie spełniały wymagań…

Odwaga: ta przejawia się w tym, co sam nazywam „demokratyczną degustacją”. Oceny należy dokonywać wyłącznie na podstawie produktu w butelce, nie wedle rodowodów, cen, rzadkości, lub widzimisię producenta. Handel może uznać, że taki zupełnie szczery recenzent wina jest niebezpieczny, lecz nieocenzurowany, niezależny punkt widzenia ma ogromne znaczenie dla konsumentów. Ocena jakości wina musi opierać się na tym, co jest w butelce – in vino veritas. Tego typu recenzowanie win jest najczystsze i najsensowniejsze. Degustując, zaś, tak samo ważną jest butelka za 10 dolarów jakiegoś Château Pauillac, jak butelka za 200 dolarów Lafite Rothschilda, czy Latoura. Najlepsze osiągnięcia należy dostrzegać, chwalić, a nazwiska wytwórców udostępniać konsumenckiej publiczności. Partaczy należy krytykować i pociągać do odpowiedzialności. Szczery aż do bólu komentarz może nie podobać się handlowcom, ale kupujący wino mają prawo do takiej informacji. Gdy recenzent opiera swoje oceny na tym, co myślą inni, na rodowodzie, cenie, czy wyobrażonym przez siebie potencjale, recenzja jego jest tylko fikcją, a wino, o którym pisze, nie istnieje.

Doświadczenie: istotną jest degustacja w całym zakresie po to, aby ocenić wzorcowe punkty odniesienia i poznać standardy produkcji wina na całym świecie. Jest to najbardziej czasochłonny i kosztowny aspekt recenzowania win, chociaż, również, najbardziej satysfakcjonujący; niestety, rzadko praktykowany. Żałosnym jest fakt, często spotykany, degustacji 10 lub 12 win z określonego regionu lub rocznika po to, by następnie wystawić ostateczną cenzurkę. To jest – rzeczywiście – nieodpowiedzialne i przerażające. Istotnym jest to, aby recenzent zdegustował tak wiele, jak to fizycznie możliwe… Recenzowanie wina, jeśli ma być kiedykolwiek traktowane jako poważny zawód, powinno być zajęciem na pełny etat, a nie babraniem się przy okazji innych zajęć w dziedzinie, która jest tak skomplikowana i wymaga tak ogromnego poświęcenia czasu. Wina i roczników, jak wszystkiego w życiu, nie należy redukować do schematu czarne białe…”

Tłumaczenie jest nieco surowe (zielone, jak kwaśne wino), z oryginałem można zapoznać się tutaj.

Opublikowano 3 komentarze

Wolność, Panie, wino i wolność

A jeśli wolność, to brak zależności. Nie mogę przyjmować od handlowców win na spróbowanie, jeśli chcę być niezależny. Wiem, że muszę zdać się na Koala_wpisywłasną kieszeń. Wiem, też, że to trudne, lecz, chyba, możliwe. Trochę bawią mnie wypowiedzi pełne nieukrywanego żalu, jak to pewien recenzent dostał tyle butelek do spróbowania, że, aż, nie wie, co z tym robić. Hipokryzja, Panie, grubymi nićmi szyta. Czytacze się na mnie, to tak przy okazji, poobrażali, nikt nie dyskutuje. Jak, już, sobie wbili do głowy, że powinienem być ekspertem, to trudno im przełknąć fakt, że trąbię na cały świat o niezależności i o tym, jak trzeba uważać na przyjaciół, w tym, również, na przyjaciela wino. Cóż, żyjemy w takich czasach, kiedy każdy woli opowiadać, niby kokieteryjnie, o swoich uzależnieniach, mało, zaś, kto mówi o tym, jak szanować i zachować własną wolność. Przestałem się przejmować. Czytując różne znamienite blogi o winach zauważam, poza tym, coraz częściej, własne wpływy (w sarkastycznym traktowaniu tematu, czy też w pewnej swoistej terminologii). Ponieważ w fachu literata wzorce, też, są potrzebne, życzę naśladowcom wyłącznie sukcesów, ja będę dreptał własną drogą. Nie będę się, w każdym razie, kalibrował na wino, ani na cudze teksty, sam, bowiem, powinienem zbudować własny zamek, w którym miejsce znajdzie każdy i wszyscy po równo, bo łeb mam szeroki i wiele się, jeszcze, w nim pomieści. Radzę, jednak, naśladowcom: dbajcie o styl i przecinki, męczące, bowiem, jest czytanie tekstów pogiętych błędami.

Opublikowano Dodaj komentarz

Czy Włochy to tylko Piemont i Wenecja Euganejska?

Przyglądając się etykietom na butelkach włoskiego wina można odnieść takie wrażenie. Co to, właściwie, znaczy? Drobna sprawa uwidoczniona w Koala_wpisyetykietach pokazuje, w ogromnym skrócie, rzeczywistość gospodarczą tego pięknego i sympatycznego kraju. Po prostu, te dwa regiony (oraz Lombardia) są gospodarczo najmocniejsze, najbardziej przedsiębiorcze. Nie należy, więc, dziwić się, że tam skupiają się wszystkie bardziej znaczące inicjatywy. Piemont był taki zawsze, Wenecja Euganejska stała się taka od lat 60 ubiegłego wieku, bardzo korzystając z pomocy unijnej, bowiem przedtem był to region, raczej, biedny (chociaż ludzie tam mieszkający są wyjątkowo pracowici).

Ustawy stanowi Matka Unia i Rzym. Stolica Włoch należy, geograficznie, do Południa, uwarunkowania tamtych terenów w tradycji administracji kościelnej i kolonialnej administracji hiszpańskiej do dziś są widoczne w mentalności i w sytuacji gospodarczej, nie należy, więc, dziwić się, że tak dynamiczne regiony, jak Piemont (wraz z bardziej turystyczną Ligurią), czy Wenecja Euganejska, szerzej widziana wraz z Julijską i Triestem, korzystają z południowego niedostatku (a nawet na nim pasożytują). Napis na winnej etykiecie wskazujący na miejsce rozlewania w Piemoncie wina wyprodukowanego na Sycylii po prostu odzwierciedla rzeczywistość i nie należy się tego czepiać, o ile – oczywiście – nie ucierpiała jakość wina. A to, co biurokracja wymyśla, niekiedy kierowana iluzją działania dla dobra obywateli? Wydaje mi się, że czas przestać się tym przejmować i robić swoje. Czas wyprostuje wszystko i piaskiem zasypie każdy absurd, w jego miejsce wstawiając nowe (absurdy, oczywiście).

Opublikowano Dodaj komentarz

Nie ma co wybrać w dyskontach

Klienci na Święta zupełnie wyczyścili półki dyskontów i win, którymi można byłoby się zainteresować nie ma, prawie wcale. Poza tym, zaczęła mnie Koala_wpisyuwierać formuła nieustannego powtarzania mantry recenzji. Dlatego gniazdo uwite przestało być wygodne, więc je – powoli – zmieniam. Zauważam, przy okazji, że takie powtarzanie w kółko, przy bałwochwalczym kulcie tanich zamienników, obejmuje, stopniowo, wszystkie (no, prawie wszystkie) blogi o winach. Prawdopodobnie tak jest najłatwiej, sytuacja ekonomiczna blogerów nie pozwala na zakupy z górnej półki, przygotowany szablon recenzji przyspiesza pisanie, więc, pragnąc pozostać w sieci z ciągle nowym materiałem, włączamy sztampę i sztancę i drukujemy, jak z taśmy. Przyzwoite prowadzenie bloga wymaga godzin ślęczenia przy kompie, czyli kosztuje (kosztują, również, serwery, domeny, bajery), a blogerów, którzy starają się, jak mogą (patrz, na przykład, blurppp), różni „niedzielni sommelierzy” wbijają w glebę tylko dlatego, że tamci nie przylegają do sztancy. Jedyne, co można robić, to swoje, nie przejmując się, zbytnio, małością tego światka. Wiatr życia, i tak, nas wszystkich wywieje, pisać, zaś, każdemu wolno (tak, jak krytykować).

Opublikowano Dodaj komentarz

Je suis Charlie

Przez kilka lat siedziałem na Placu Beaubourg i zarabiałem na życie rysując karykatury. Wiele to lat było temu, nie przyszłoby mi wtedy do głowy, że przyjdzie czas wspólnej żałoby i że solidarnie założę krepę z napisem Je suis Charlie. Nie ma żadnego znaczenia to, że nie ze wszystkim się z Charlie Hebdo zgadzałem. Nie ma, nawet, żadnego sensu cytowanie różnic, gdyż byłoby to ukrytym zwycięstwem napastników. Wypada, tylko, pochylić głowę i pomodlić się za przyszłość. Abyśmy mogli, wszyscy, różnić się pięknie i żyć, pić wino i żyć.

Opublikowano Dodaj komentarz

Szukając wina nie wolno równać w dół

Przyczytałem w Winicjatywie tekst znakomity Pana Sławomira Chrzczonowicza (tutaj). Godząc się, z grubsza, z jego wnioskami, dorzucam – Koala_wpisyniniejszym – moje skromne trzy grosze. Nawyk nauczycielski z dawnych czasów nakazuje mi powtarzać w kółko pewne sformułowania (może to, wreszcie, zacznie do głów Nowym Rokiem podchmielonych docierać). Nie równajcie w dół. Nie chodzi wcale o wino, to znaczy, raczej, nie chodzi tylko o wino. Chodzi o Wasze całe życie. Zatrzymując się na poziomie dyskontu, czyli w istocie dochodu umożliwiającego jakieś mizerne przeżycie, godzicie się z tym, że do końca życia zaspokajać będziecie własne zachcianki zamiennikami, miazmatami, które zatrują wam świadomość i zahamują rozwój. Tymczasem współczesny świat, technologia, kultura, społeczeństwo, dały Wam tyle sposobów pozwalających rozwijać się, bogacić, zmieniać na lepsze w sobie, dla siebie i innych, no i, korzystać z życia nie poprzez zamienniki pełne koncentratów udających smak wina. Godząc się na codzienną butelkę taniej winiawki z poziomu młodego inteligenta przechodzicie, stopniowo, na poziom uzależnionych od chemii menelików, a Wasze prośby o recenzję z jak najtańszego i najbardziej dostępnego napoju ze sklepu za rogiem w niczym nie różnią się od „Pan da na bułeczkę” pod niektórymi śmietnikami. Przyjaciel wino, przyjaciel winiawka potrafią zmanipulować, zastąpią całą resztę i będą domagać się coraz częstszych wizyt w Owadzie i coraz mniej będzie siły do walki o lepsze jutro, a pieniądze zamiast na Pomerole, zaczniecie – w końcu – wydawać na jabole. To jest pułapka zastawiona przez współczesny świat, który dorabia się dzięki wielkiej liczbie biednych uzależnionych od konsumpcji, a przecież ten sam świat, z drugiej strony, otwiera nam wszystkim takie same możliwości, pod warunkiem, że nie zapomnimy o wzorcach ze szczytów. Nie jest to, wcale, żadna religia ukryta w winie, nie jest to, wcale, żadna pogarda dla mniej zasobnych. To, co tutaj wypisuję, wynika, raczej, ze współczucia i świadomości, że równając w dół każdy z nas, w końcu, w dole kończy. I to by było na tyle.

2015-01-06

Opublikowano Dodaj komentarz

To jest mój blog, a nie witryna dyskontów

Takie noworoczne olśnienie spowodowało, że mam zamiar podchodzić do wina trochę inaczej. Ponieważ uważam, że prawdziwe wino jest częścią sacrum, Koala_wpisyco nie idzie w parze z tanimi wynalazkami, ani z wyzyskiem klientów, nie będę, już, biegał do Owada po to, aby stworzyć na siłę tekst, którego oczekują ode mnie szerokie rzesze czytaczy. Czas mój staje się, dla mnie, coraz cenniejszy. Jeżeli mógłbym coś komuś doradzić, to portalom takim, jak Winicjatywa, odejście od schlebiania, za wszelką cenę, szerokim masom opisując dyskontowe wrażenia. Wino jest zbyt dobre, zbyt arystokratyczne, bądźcie, więc, Panowie, arystokratami, a masy szanując prezentujcie wysokie wzorce, nie, zaś, tanie zamienniki. Profanum zostawcie lichwiarzom.

Wina opisywać będę na Fejsbuku (nadal stosując pozycjonerskie chwyty), natomiast wina specjalnie na to zasługujące umieszczę na moim +Google. Nie muszę ich pić codziennie, mój przyjaciel wino nie nauczył się, jeszcze, mną manipulować, dlatego, też, dziesięć tanich butelek będę mógł zamienić na jedną, z której, rzeczywiście, będę zadowolony i którą polecę wszystkim pozostającym przy moim blogu, fejsbuku, plusguglu z sympatii, a nie szukając sensacji.

Zauważyłem, że w zastosowanej konwencji stawałem się stopniowo błaznem na dworze dyskontów. Szanując ich wysiłki i wcale nie zazdroszcząc bogactwa, nie muszę, jednak, być ich darmowym heroldem, tylko dlatego, że zachciało mi się być popularnym. Wszystkich radośnie z Trzema Królami pozdrawiam.

2015-01-05

Opublikowano Dodaj komentarz

Pożegnanie z Winicjatywą

Wszystko kończy się kiedyś i trzeba uznać nieuchronność końca. Kiedym rozpoczynał blogowanie o winach, odkrycie istnienia Winicjatywy oraz jej Koala_wpisyblogosfery było dla mnie olśnieniem, szczególnie, kiedy po zarejestrowaniu się w tejże blogosferze zauważyłem, jak wielu gości  Winicjatywa gościnna mi przynosi. Rozpoczynając z pozycji zero i uzyskując obecność na uznanym przez Pana Gugla forum, otrzymałem od losu (no, od Winicjatywy) prezent, z którego musiałem nauczyć się korzystać. Natura obecności w sieci zmusiła mnie, jednak, do własnych wysiłków i poszukiwań i w pewnym momencie poczułem, że odrywam się od matki Winicjatywy i zaczynam żyć o własnych siłach (niezależnie od tego, czy moje życie podoba się komuś, czy nie). Wspaniały pomysł Winicjatywy polegający na udostępnianiu na swoich łamach kanałów RSS zarejestrowanych tam blogów nie jest, do końca, przedsięwzięciem bezinteresownym. Sieć jest tak zbudowana, że obie strony na tym korzystają, do pewnego momentu. Ulepszający się algorytm Pana Gugla jest stworkiem radosnym, chociaż na tyle bezosobowym, iż nie rozróżnia natury wzajemnej obecności i w pewnym momencie zaczyna za rozbuchanie karać, uważając, że nadmiar linków jest zwykłym spamem. Tutaj widzę główną przeczynę przebijającej się w Winicjatywie na światło dzienne chęci wprowadzenia selekcji w zarejestrowanych blogach. Po prostu, nadmiar linków zaczyna uwierać przy próbach uzyskania wyższego rankingu.

Moje uzależnienie od Winicjatywy trwało około 6 miesięcy. Doświadczenia z przeszłości i chęć samodzielnego istnienia kazały mi pisać każdego dnia nowe teksty, odchodząc od kopiowania Wikipedii, Pan Gugel, bowiem, sowicie wynagradza płodność i indywidualność i karze za kopiowanie (nawet, jeśli jest ono przepuszczone przez filtr tłumaczenia). Doprowadziłem do tego, że każdy mój wpis jest indeksowany przez wyszukiwarkę mniej więcej w 10 minut od publikacji i że pojawia się na pierwszych miejscach, (jeżeli uda mi się spełnić określone kryteria formalne). Po 6 miesiącach istnienia liczba gości przychodzących na moje strony z wyszukiwarek przerosła liczbę gości z Winicjatywy (tych ciągle jest około 150, czyli tyle, ile blogów zarejestrowała blogosfera).

Dojrzałem, więc, do tego, aby całkowicie się usamodzielnić i pójść wyłącznie własną drogą. Istnieje w narzędziowni blogera wtyczka, która nazywa się Ultimate Category Excluder odcinająca twórczość od propagacji RSS i za kilka chwil ją włączę, pozostając sterem, żeglarzem, okrętem na własnym utrzymaniu. Chciałbym, więc, podziękować Winicjatywie, za pomoc i cierpliwość i życzyć rozwoju, zgodnie z własnymi interesami. Koala, od dzisiaj, skacze po eukaliptusach wyłącznie na własną odpowiedzialność.