Opublikowano 2 komentarze

Dylematy klienta dyskontów

spacerTrochę to na marginesie tekstu „Dylematy importera” Pana Sławomira Chrzczonowicza w Winicjatywie (link tutaj), trochę na marginesie innych ostatnio przeczytanych tekstów, które – wszystkie – opisują jakieś tam fragmenty kulturalnej i winnej rzeczywistości. Opisują i dlatego trudno z nimi polemizować. Pod tekstami tymi sieć umieszcza komentarze, z którymi też polemizować nie warto, każdy – przecież – ma prawo do opinii, natomiast odczytywanie takich komentarzy odsłania przede mną rzeczywistość istniejącą, chociaż ukrytą, a z nią, chociaż odzwierciedla ona jakiś trend, kłócę się nieustannie, mimo że to ona zwycięży, obiektywna i nieubłagana. Komentarze do „Dylematów importera” pokazują, jak bardzo niektórzy nie chcą rozumieć sytuacji społecznej, z którą żyjemy na co dzień i jak bardzo ludzie kulturalni, tworzący fakty kulturalne i wyobrażający sobie, na swój sposób, posiadanie tak zwanej społecznej wrażliwości są właśnie tejże pozbawieni, co powoduje, że przepaść między nami staje się coraz głębsza (i to też jest nieodwracalne, jako że takie są koszta każdego rozwoju). Pisząc o winach znakomitych, których nikt nie kupuje i zastanawiając się nad zestawem haseł powszechnych w „powiatowej”, które zwyczajny klient kojarzy z winem (niechcący któryś z komentujących zauważył, że „powiatowa” obecna jest również w Stolicy, bowiem hasła takie pojawiają się również w sklepach osiedlowych) nie chcemy dopuścić do siebie tej najprostszej prawdy, która jasno i wyraźnie powiada, że gusta nasze kształtowane są przez możliwości naszej kieszeni. Chętnie pijalibyśmy tutaj, na drugim brzegu tęczy, wina znakomite i markowe ze wspaniałych piwnic, gdybyśmy nie musieli martwić się o to, za co przeżyjemy do pierwszego. Ciekawe, że prawda ta docierać zaczyna do głów polityków, a jeszcze nie znalazła miejsca w komórkach mózgowych koneserów. No, lecz wszystko jeszcze przed nami, chociaż to zagadkowe „wszystko” staje się, z dnia na dzień, coraz bardziej zagmatwane.

Odczuwam takie zagmatwanie również we własnej głowie, wracam nieustannie do tekstów Ortegi y Gasseta i czytając wszelkie komentarze z przerażeniem widzę, że czas Apokalipsy już tu jest, że rewolucja mas wygrała wszystkie batalie i zmierza do wykasowania wszystkiego, co kojarzy się z ludzką duszą. Widzę to w cyborgach na ekranie telewizorni, które to cyborgi powtarzają w kółko dwa, trzy zdania, ciągle takie same, odpowiadając na setki różnych pytań. W zasadzie, nawet nie tyle same cyborgi mnie przerażają, co zjawisko zgody na nie wśród milionów codziennych odbiorców, klepiących swoje opinie bez cienia zrozumienia najprostszego zdania. Staje przede mną współczesny analfabetyzm technokratów, którzy uwierzyli, że produkcja, konsumpcja (nie dbając już o jej poziom) i piwo do telewizyjnego dziennika wystarczą człowiekowi, zanim ten stawi się na Sąd Ostateczny. Postawa takich wielbicieli technicznej prostoty, odwróconych od inżynierii dusz i zatopionych w rozwiązaniach wymierzalnych w dziwny sposób łączy się z brakiem społecznej wrażliwości, o której wspomniałem w poprzednim akapicie. W komentarzach do wywiadu ze śląskim i świetnie piszącym po polsku Szczepanem Twardochem, z którym w wielu sprawach nie muszę wcale się zgadzać, do szewskiej pasji doprowadza mnie powszechna postawa, która w człowieku kultury, artyście, intelektualiście widzi jedynie pasożyta, lenia markującego działanie, wedle komentujących, bowiem, tylko ciężka praca przy wytwarzaniu dóbr materialnych liczy się, a reszta jest niepotrzebnym bełkotem (czyli tym, czego nie umiemy zrozumieć pozbawieni zdolności myślenia abstrakcyjnego). Otóż to, rewolucja mas wyprała nas ze zdolności myślenia abstrakcyjnego. Przestaje być nam potrzebna literatura, poezja (obrazy może mniej, bowiem jest to cywilizacja obrazkowa), o Gombrowiczu potrafimy dyskutować jedynie w kontekście przywar, a wartości kulturowe, które stworzył, negujemy zupełnie, ponieważ nie potrafimy zrozumieć. Kasując umiejętność myślenia abstrakcyjnego eliminujemy w sobie duszę, jako że trudno jest zauważyć duszę w człowieku, którego można kupić za 500 złotych miesięcznej podwyżki (nie krytykuję takich potrzeb, płaczę, gdyż tylko one nam pozostały).

W ten dziwny sposób rozwój zakreśla przede mną kolejny krąg, klientom dyskontów (wśród których się znalazłem) uświadamiając uparcie ich idiotyczną prostotę gustów i odmawiając podmiotowości. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Głosujmy na blogerskie koleżeństwo

Sugeruję mojego kandydata. Blog, z którego powiało świeżością, kiedym poczytał sobie co ciekawsze kawałki. Oczywiście, jest to blog o winach, pisany przez zdolnego literacko Koala_wpisymłodzieńca, który pisze głównie o Argentynie, chociaż nie tylko. Tim Atkin namawiał nas do pisarstwa, do tworzenia historyjek, tutaj więc mamy takie historyjki i z pewnością pisarstwo, w dodatku staranne, bez obrażania czytających niechlujnością literówek i bez chlapania ozorem na próżno, a przy tym podane w czytelny sposób na niezłym tle graficznym. Wypada mi złożyć gratulacje, żałując, że przede mną nie ma tylu lat do niezbędnego rozwoju. Głosujcie na www.wtangozwinem.blog.pl, a głos możecie oddać tutaj.

Opublikowano Dodaj komentarz

Dekadencja, indolencja, kontredanse i niuanse

Rozczulająco polski tytuł, prawda? Polski źródłosłów jest w spójniku „i”, oraz w interpunkcji. To tak na marginesie czających się na mnie ameb i pierwotniaków. Ciekawe, że kraj ten od Koala_wpisyblisko tysiąca lat przyjmował do siebie uciekiniero-emigrantów, którzy zwykle tutaj zamieszkiwali oddzielnie, a tam, gdzie mieszkali, rządzili się swoimi prawami. Cóż, jakoś tak się dzieje, że teraz to oni gardłują najgłośniej, również i tacy, którzy na początku ubiegłego stulecia z niedalekiej Odessy przez graniczne, wówczas, Grajewo do stolicy dotarli. Czyżby jedni emigranci, ci starsi, zazdrościli tym potencjalnie nowszym? Tylko czego? Czort wie. Znany wszystkim Jankiel, w desperackim geście zaczyna sobie z brody włosy rwać, przerażony, że przyjdzie mu teraz „habaytak bisaif” wygrywać, zamiast dumnych polonezów. Ot, czai się w tym wszystkim kolejna manipulacja historii wykrzywiającej gębę w ironicznym grymasie. W ogóle strach i zawiść są znakomitą przyczyną wszelkiej hejterskiej nienawiści (jakież to piękne masło maślane) i dotykają nas wszystkich, a jak już kiedyś tutaj napisałem, najbardziej boję się tego, co nas wszystkich dotyka, bo troszkę ze strachu upodabniać się zaczynam do takichże wszystkich i sam hejtuję, zamiast dialogiką zajęty ludzi kochać. Brak hejtu, przecież, trąci dekadencją, ta zaś rodzi indolencję.

I tak stopniowo mój mózg opanowuje wszechobecna papka zwyczajności, a nawet rozpędzam się (jak wszyscy) do wyścigu szczurów i dobrotliwie przyjmuję wszystkie idiotyzmy, również i te, które powstają na fali tak zwanej politycznej poprawności.

Do teraz, na przykład, wydawało mi się, że przynajmniej w handlu rządzą zasady zdrowego rozsądku. Do teraz, bowiem i to zaczyna się zmieniać. Idę do supermarketu, gdzie spodziewam się znaleźć to, czym supermarkety zwykle się zajmują, czyli produkty dla biedoty i na półce po oczach mi daje wyśmienity bordos za 130 PLN. Pukając się w czoło uciekam, więc, do następnego supermarketu, gdzie powinno być taniej, a tam dowiaduję się, że firma zmieniając profil kierować się będzie od zaraz ku wyższej półce klienckiej. Chryste Panie, lub jak kto woli Mazeł Tow, czy wyście już wszyscy zupełnie rozum potracili? Z kolegą moim, menelikiem, nie będziemy przecież na jeden zakup wydawać połowy naszej emerytury i pozostaniemy przy zwykłej denaturze, jako że picie tejże na skwerku w Rzeczypospolitej jest prawnie dozwolone! Jeśli wygramy w loterii niefantowej, pojedziemy do samego Mielżyńskiego, czy innego Kondrata i tam sobie każdego, dowolnego bordosa wypijemy. Zastanawiam się tylko, co chciał udowodnić spec od marketingu dobierając wina do takiej oferty? Że się na winach zna? A może chodziło mu o zdobycie dwóch kolejnych klientów, tych bogatszych, tracąc w ten sposób dwustu biedniejszych? Dlatego nie będę prześcigał się w recenzjach opisując dyskontowe perełki za 150 złotych, nie do takich – bowiem – odbiorców kierowany jest mój dekadencki i dyskontowy blog. W zasadzie to by było na tyle.

Tych, jednak, którzy takie pisanie, w pewnym sensie, lubią, zapraszam do głosowania na mój blog w konkursie Czasu Wina. Głosujcie, również, na inne blogi. Głosując odróżnicie się od miłościwie nam panującego hejtu, a nam dodacie siły. Adres do głosowania tutaj.

Opublikowano Dodaj komentarz

Syrah, shiraz i pospieszne opinie

Dowiedziałem się przypadkiem przeglądając wikipedyjne blogi, że zostałem mianowany do konkursu Czasu Wina, co mile łechce moją próżność, chociaż nie liczę na jakiekolwiek Koala_wpisyapanaże. W naturze mam bycie na uboczu, świadome, lub ze strachu unikanie tłumów i nie sądzę, bym potrafił dać sobie radę z sukcesem, albo z jego brakiem, chociaż sam fakt, że znalazłem się w nominowanej dwudziestce, oznacza, że ktoś mnie – jeszcze – czyta i sam w sobie jest wystarczającym sukcesem (konkurs organizowany jest co rok, a szczegóły o nim tutaj). No, ale to miłe, więc dziękuję.

Przy okazji rozważań o wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad nieznośną lekkością bytu zwróciłem uwagę na opinie kilku znakomitych blogero-recenzentów, piszących o Val de Salis Syrah z lidlowskiej oferty. Wczoraj sam miałem wątpliwości pijąc Val de Salis Malbec i dopiero zmiana temperatury je rozwiała, dzisiaj więc, przed degustacją wspomnianego Syraha, postanowiłem oprzeć się na solidnych opiniach samej Jancis Robinson, która rozróżnia w szczepie dwa smaki: australijskiego Shiraza i tradycyjnie francuskiego Syraha, o rozmaitych temperaturach i temperamentach. Taki sam szczep w innych warunkach, w różnym terroir, daje zupełnie odmienne wina. Wydaje mi się, chociaż mogę się mylić, życie bowiem omylnym jest i nic na to nie poradzimy, że opisując tradycyjne wino z Langwedocji, gdzie syrah ma prawo mieć taki, a nie inny smak, szukamy w nim owocowego wyuzdania rodem z Nowego Świata. Pierwsze podejście do francuskiego Val de Salis Syrah wcale nie prowokuje we mnie negatywnych uczuć, a nawet, przynajmniej na razie, uważam, że jestem częścią „metro-seksualnej” (cokolwiek to znaczy) większości i ten, właśnie ten, Syrah mi pasi. Przekonam się, więc, dziś wieczorem, jaki onże Syrah będzie w drugim podejściu, wtedy bowiem pić go będę, słuchając andante spianato i oglądając młodziutką Miyako Arishima w żalu, że Jej w trzecim rozdaniu konkursu chopinowskiego nie zobaczę.

Póki co, naturalna starcza powściągliwość zmusza mnie do zastanawiania przynajmniej z dziesięć razy przed formułowaniem opinii i zamieszczaniem jej dla tak szanownego gremium, jakim są moi czytacze (czego, zresztą, życzę wszystkim innym, nic tak bowiem świata nie psuje, jak bezmyślne ozorem chlapanie). I to by było na tyle.