Opublikowano Dodaj komentarz

Kochane dinozaury

modzelewskiZ ogromną radością znalazłem w sieci tekst, który wspiera moje domorosłe koali analizy i do którego kochanych moich Czytaczy odsyłam, jeżeli miłe jest im własne miejsce na Ziemi. Tekst ten trzeba czytać powoli i starać się rozumieć każde słowo, bo w czasach ciętej puenty i prostych rozwiązań myśl jest równie ważna i może to ona nas, właśnie, wyzwoli. Każde z nas, niezależnie od tego, czy młode, czy dinozaura. Trudno jest mieć do młodych pretensję, iż nie zauważają własnych ograniczeń, brak im, bowiem, układu odniesienia, dinozaury – jednak – posiadając układ odniesienia odnoszą się do rozwiązań anachronicznych, starożytnych, jak to – zresztą – dinozaury. Tak się składa, że ratujący Rzeczpospolitą Prezes też należy do dinozaurów i mimo posiadania świetnie przygotowanych ośrodków oceny danych filtruje te dane zgodnie z własnymi doświadczeniami „człowieka z tamtych czasów”.

Kochane dinozaury ze wzruszeniem wracają do własnej młodości, zapominając, że przeciw tejże młodości kiedyś się zbuntowały w pragnieniu uwolnienia od zbyt wścibskich rodziców. Buntując się przeciw jednym manipulantom wpadły w ręce następnych, jednakże nie chciało im się myśleć i krytycznie oceniać, a upływ czasu spowodował, że utraciły zupełnie kontrolę nad własną sytuacją. A świat umyka pośpiesznym pociągiem, a my tutaj na szyny rzucamy nasze maleńkie kamyki. Jestem jednym z dinozaurów, któremu los dał ogromną szansę ( w ten sposób zmuszając do myślenia): mieszkam, mianowicie, wśród tych, co z niegdysiejszego buntu nic nie mają, co w Powiatowej żyjąc z dnia na dzień uganiają się po dyskontach nie po to, aby odkrywać w nich winne perełki, lecz po to, by móc przeżyć do pierwszego. Dzieci tych dinozaurów uciekły dawno do Zjednoczonego Królestwa, a to dzięki genialnym rozwiązaniom ministra finansów Vincenta,  na szczęście zaginionego w meandrach historii (nazwałbym go polskim Colbertem, gdybym nie przywiązywał wagi do proporcji i gdyby realnie się polskiej gospodarce przysłużył, raczej – więc – nazwę go współczesnym Colbertem brytyjskim); teraz przysyłają one z UK co miesiąc parę funtów (łatwiej się dzięki nim zmierzyć z samotnością), jednakże nie mają faktycznego wpływu na tutejszą rzeczywistość, stąd – więc- jedynie anachronicznym dinozaurom pozostaje majstrowanie przy niej, nie bacząc na konsekwencje.

Pozostaje cięta puenta i odrobina wina z dyskontów, wraz z dalekim tłem myśli, która niby to filozoficzna, ale – jakaś – taka lelum polelum tutejsza. Myśl ta uporczywie zauważa winy tych, co odeszli i brak chęci tych, co przyszli na faktyczne świata zbawianie, budząc – tym samym – przypuszczenie, że i jedni i drudzy z jednej są gliny, a winą czerwonego niegdyś prokuratora nie jest wcale to, że był czerwony i że śmie dzisiaj żyć i uczestniczyć, a to, że proponuje rozwiązania pozorne, służące – faktycznie – zachowaniu status quo. To samo dotyczy pani profesor, której wolno mieć takie, a nie inne poglądy i pocić się z powodu menopauzy, a której faktycznym problemem jest rozwiązywanie spraw w taki sposób, aby wszystko zostało po staremu. Przypominają mi się, przy okazji, rozwiązania proponowane kiedyś w programie wyborczym komunistów francuskich przez ekonomistę Herzoga, który jeszcze teraz lubi odnosić się do Hilarego Minca. I to by było, na razie, na tyle.

Opublikowano 1 komentarz

Z winem pod prąd, czyli uparty jak Prezes

Zakupione i, niestety, spożyte wczoraj przeze mnie Motrino Montepulciano d’Abruzzo 2012, za całe 18,36 PLN z supermarketu Auchan, tak mnie beczką zniesmaczyło, że z żelazną klamrą na obolałej głowie ledwie przemieszczam się z jednej myśli do drugiej, znajdując potwierdzenie stwierdzenia, iż za małe pieniądze spodziewać się możemy wielkiego G. Ponadto zauważam stopniowy zanik sympatii Czytaczy w miarę, jak zagłębiam się w meandry współczesności, co – w zasadzie – oznacza, że w tym kierunku powinienem się nadal posuwać, nic tak bowiem nie deprawuje piszącego, jak popularność i aplauz. W społeczeństwie wazeliniarzy nadmiar wazeliny mógłby zupełnie unieruchomić tryby mojej maszyny, wystarczy – więc –oliwa z pierwszego tłoczenia, odpowiednio dodana do spaghetti.

lucacsA że misie koala bywają równie uparte jak niektórzy Prezesi, którym zamarzył się powrót do socjalizmu z ludzką twarzą i to opierając się na nauce Kościoła Matki Naszej (taka koncepcja obecna była w późnych latach osiemdziesiątych w Krajowej Komisji, przegrała jednak z konkurencją odgrywającą, potem, pierwsze skrzypce przy Okrągłym Stole), więc uparty jestem, lecz robię wszystko, by nie być anachronicznym, lub też wydaje mi się, żem różny od wspomnianych tutaj przeze mnie marzycieli, co – bowiem – możliwym być mogło w tamtym czasie, wcale nie jest do wykonania teraz, kiedy to zmieniły się zupełnie warunki zewnętrzne.

Opieranie się wyłączne na woli w psychice ludzi, którym takie rozwiązania mogłyby być miłe, jest powrotem do dawno wyschniętej rzeki po to, by złowić rybę. Najpierw należałoby taką rzekę wodą napełnić (czyli mieć wodę), potem wpuścić tam rybę i wreszcie ją złowić. Zresztą, może byłoby to i możliwe, gdyby z ludźmi ktoś kiedyś porozmawiał, zamiast straszyć ZOMO.

Póki co, w styczniu deszcz pada, buty grzęzną w błocie po kostki i wcale nie widać rozmowy na horyzoncie. Zamiast dialogu przy niezłym, dajmy na to, Saperavi mam w ustach beczkę wyprodukowaną w Chieti i nieład w głowie, krawędzie rozmywają się i zacierają, słowa płyną trochę bez sensu, a sam sens stawia przed sobą niepokojące pytania. Stopniowo wyczerpuje się życie i formuła, Czytacze czują to i przestają czytać, a jako że świat zbudowany jest (również) z gwiazdek optymizmu, odchodzą, bo przecież takie to (jak moje) pisanie wcale optymizmem nie napawa, no i – zresztą – nie zamierza. I to by było,  jeszcze na razie, na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Szydło z worka, czyli kot prawie kupiony

Teraz sobie zaprzeczę, choć może jest to sprzeczność pozorna. Kilka dni temu sam napisałem: „stąd pisanie o winach z dyskontów ma coraz większą przyszłość”. Faktycznym, zaś, problemem jest właśnie to, iż pisanie takie ma coraz większą przyszłość. Przyjmuję, że z racji wspaniałej i winnej istoty wino (prawdziwe wino, nie zamienniki, które na co dzień w Powiatowej pijamy) jest atrybutem elity, nie tylko ze względu na zasobne kieszenie, lecz również z powodu smaku, który elita wspaniale potrafi docenić. Popłakując sobie w tym blogu nad masami zajmującymi należne im miejsce i glajszachtującymi wszystko, co pod but popadnie (chociażby demokratycznie dyktując absolutny brak alternatywy), uważam, że najmniej groźnym, a jakże cudownym nonkonformizmem jest umiłowanie wina, a to z powodu wyjątkowego, rzec można, elitarnego charakteru. W takim przypadku poddawanie się masom i poszukiwanie wartości w produktach, które do wina są podobne tylko dlatego, że ktoś nalał je do butelek, jest zboczonym porzucaniem szlachectwa po to, by w masach zyskać czytelników, a może – też – coś więcej zarobić.

rabelaisWysłuchałem wczoraj w Trójce opowiadania o parze Szwajcarów, którzy poszukując ekologicznego absolutu wynieśli się ze Szwajcarii i osiedlili pod Suwałkami, nad jeziorem, we wsi. Żyją tam sobie spokojnie i robią sery. Zgodnie ze starożytną szwajcarską tradycją robią (nie produkują) sery. Na własne potrzeby, ewentualną nadwyżkę sprzedając. Sery te są najprawdziwsze w serowatości swojej i znane się stają w okolicy z powodu niepowtarzalnego szwajcarskoserowego smaku. To samo dotyczy wina, którego nie wolno traktować tak, jak traktuje się powielane w milionach sztuk wytwory mechaniczne, czy elektroniczne. Dlatego nie rozpisujmy się o zaletach straconego czasu, czyli o tym, iż po dziesięciu godzinach poszukiwań udało się znaleźć w Owadzie pijalne Alentejo. Piszmy o tym, co i jak zrobić, by uzyskać dostęp do tego, co winem faktycznie jest.

Kształtujmy wzorce. Stwierdzenie, że masy, same w sobie, są rzeszą rozpychających się ignorantów, niczego nie zmienia. Ignorant, natomiast, nie jest wcale osobnikiem głupim, znam wielu wielce uczonych idiotów. Ignorant jest jedynie egzemplarzem niedouczonym i zadowolonym z tego, że takim jest, a nie innym. Ratunkiem przed ignorancją jest proponowanie wzorców, tych jednak nie znajdziemy na półkach dyskontów. Ratunkiem przed ignorancją jest rozbudzanie ciekawości świata, nowych smaków, ludzi i dialogu, rozmowy wbrew leniwie nam panującym trendom. I to by było, na dzisiaj, na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Wina i anachronizm

tischnerUważny Czytacz zapyta: koalo drogi, po co w to wchodzisz? Czyż nie wystarczy ci wino, nawet jeśli nie całkiem fachowo opisywane? Pakując palce między drzwi możesz je połamać, czy – jednak – warto? Otóż, już to kiedyś napisałem, piszę, aby nie stać się stetryczałym staruszkiem, upierdliwie narzekającym, że pielucha przepuszcza. Wino pozwala (bo jest jak soczewka) zauważać pewne sprawy, których inaczej nie zauważyłbym, a wszystko, co mnie otacza i tak jest zanurzone w rzeczywistości, czy tego chcę, czy nie. Zresztą, nie staram się zajmować stanowisk kategorycznych, nadrzędne jest dla mnie nieustanne wątpienie, nawet w słuszność własnych sądów, uważam, bowiem, że rozum krytyczny jest jedynym godnym człeka rozumem, a człowiekiem chciałbym stać się przynajmniej pod koniec dni moich i jest to wyzwanie moralne, które sam sobie zakreśliłem.

Co do nieustannego wątpienia, wszystko (jak wiadomo) jest względne. Otóż koleżanka Małżonka moja doniosła mi – po kolejnej niedzielnej wizycie w świątyni-, iż usłyszała od głoszącego kazanie wielebnego, jakoby Wszechmocny pomylił się był w doborze narodu, co to potem został nazwany wybranym. Tenże wielebny w kazaniu, w którym – w zasadzie – wątpić nie powinien, a już szczególnie we wszechmoc Wszechmocnego, stwierdził, iż – jego zdaniem – były inne godniejsze narody, chociażby tacy intelektualiści Egipcjanie, gdzie i myśl i kapłani, i w ogóle, natomiast wybór zwykłych pastuchów? Tak powiedziawszy wielebny: naród wybrany toż to przecie zwyczajne pustynne pastuchy. Należy, więc, wątpić nawet w pewne wątpliwości, szczególnie zaś w takie, które wygłaszane ex cathedra pretendują do rangi (lub sortu, jak kto woli) prawdy najwyższej. Ponieważ wino jest napojem dialogu, a z racji notorycznie pustej kieszeni dociera ono do mnie jedynie z dyskontów, trudno jest mi nie widzieć prawidłowości świadczących o kondycji mojego świata, chociażby dlatego, że ludzi biednych będzie coraz więcej, a bogaci będą chcieli im coraz więcej sprzedawać. Niedawno recenzowałem pewne wino, które koali smakowało. Jeden z uporczywych moich Czytaczy, stwierdził, jednakowoż, że rzadkie ono i wodniste, zapominając, że z dyskontu pochodzący napój z trudem utrzymuje standardy, jeśli w trakcie kilku sekund na świecie przybywa kolejne kilkadziesiąt milionów potencjalnych klientów.

Tutaj, zaś, pojawia się zjawisko, z którym powinniśmy zacząć się mierzyć i tylko w odniesieniu do tegoż rozwiązania nasze mają szansę uniknąć anachronizmu. Żyjemy w epoce ogromnego wzrostu populacji na świecie (nie sądzę, aby ten świat był do tego przygotowany), co z jednej strony powoduje wzrost liczby konsumentów, z drugiej zaś zwiększa konkurencję na rynku pracy. W tym samym czasie ludzki intelekt w pędzie technologicznym wymyśla coraz to nowe udogodnienia, gadżety, automatyzmy, szmery i bajery, powodując, że praca staje się coraz bardziej skomplikowana i coraz mniej człowiecza. Skutkuje to coraz mniejszą liczbą miejsc pracy. I jak to rozwiązać? Coraz więcej potencjalnych pracowników i coraz mniej miejsc pracy? W jakiś pośredni sposób zetknęliśmy się z jedną z twarzy tego problemu przy okazji fali emigracji z tak zwanego niegdyś Trzeciego Świata, mój Czytacz zetknął się z tym przy okazji picia wina, co to zbyt wodniste (no bo produkowane dla milionów), natomiast – jak dotąd – nie słyszałem, aby ktokolwiek dyskutował na ten temat, nas – bowiem – dotyczą sprawy, które przestały być ważne w XIX wieku, kiedy to kapitał był jeszcze narodowy. Nie będzie wcale lepiej, ludzi będzie coraz więcej, towarów na sprzedaż też, choć pieniędzy coraz mniej, gdyż miejsc pracy nie przybędzie. I nie uda nam się od tego odgrodzić, uciec na wyspę narodowej szczęśliwości, a przy tym nie zdołamy się do tego przygotować udając, że sprawy, po prostu, nie ma. Zaklinanie Wszechmocnego, aby tym razem już się nie pomylił i łaską otoczył nas właśnie, nie jakichś pastuchów, niczego nie da. Nie rozwiążemy tego, jednak, bez dialogu, a dialog najlepszy przy stole, z winem z Somló, albo z Katalonii, i to by było – na razie – na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Na obrzeżach wina.

ortega_y_gassetZabierając Szanownych Czytaczy w podróż pełną przygód po obrzeżach wina, filozofii, socjologii, a szczególnie polityki powinienem wyjaśnić założenia, na których oparłem rozumowanie, a których jest niewiele, w zasadzie tylko dwie, no może trzy, sztuki. Otóż, po pierwsze każda sytuacja społeczna jest tak specyficzna jak jej epoka i poziom rozwoju sił wytwórczych. Obrażając się w pewnej chwili na podobne truizmy tylko dlatego, że wynikają one z myśli niejakiego Marksa i wpadając w drugą skrajność, przypisującą jednostce moce nadludzkie w kształtowaniu dziejów ryzykujemy budowanie konstrukcji zawieszonych w próżni, czyli ideologii bez żadnych przesłanek w praktyce. Mało by mnie to obchodziło, gdybym żył na Księżycu, gdzie próżnia jest bardziej naturalna (chociaż nigdy do końca maksymalnie próżna). Niestety przyszło mi żyć tu i teraz, w miejscu, gdzie nagle masom rządzącym zgodnie z demokratycznym wyborem przyszły do głowy rozwiązania anachroniczne, chociaż wynikające z poprawnej diagnozy i z maksymalnie dobrej woli (nie mam podstaw przypuszczać, by było inaczej). Jeżeli starczy mi siły, wyjaśnię to dokładnie, teraz jednak wyliczam przesłanki, z których pierwsza to „anachroniczny charakter proponowanych rozwiązań”.

Drugą przesłanką jest to, że przypisuję postawie dialogicznej wartość nadrzędną, prawie imperatywu kategorycznego. Patrząc, jednak, na rzeczywistość odnoszę wrażenie, iż współcześnie ideologowie praktyki, czyli politycy zbyt duże znaczenie przywiązują do konfliktu, jako siły napędzającej społeczeństwo. Do konfliktu odwołują się poprzednicy i następcy, zapominając, że teorie konfliktu znajdują swoje uzasadnienie przy opisie sytuacji w socjologii, stosowane zaś dynamicznie w polityce powodują skutki zwykle odwrotne (chyba że makiawelizm o to właśnie zabiega). Wprowadzanie rozwiązań w drodze konfliktowania stron jest sprzeczne z najprostszą zasadą gospodarności, porozumienie dałoby identyczne rezultaty i szybciej i taniej. Ponieważ jednak dopuszczam tutaj dobrą wolę, wnioskuję, że stosowane metody biorą się z ignorancji, czyli po prostu z nieuctwa. Nie jest to wcale ocena, żadne wartościowanie, jeżeli przywołam tutaj doktrynę mojego ulubionego myśliciela, który już w latach 30-tych XX wieku przedstawił stojące przed światem zagrożenia. Gorąco namawiam do przeczytania Buntu Mas José Ortegi y Gasseta, tam – bowiem – odnajdziemy wyjaśnienie wszystkiego, co się wokół nas teraz dzieje, a rozumiejąc lepiej rzeczywistość odrzucimy stereotypowe oceny i, być może, uda nam się wyrwać z kajdan zacietrzewienia. Tutaj pojawia się trzecia przesłanka: niegdyś zbuntowane masy konsumują przejętą władzę.  Z pewnością najlepszym towarzyszem przy lekturze hiszpańskiego wizjonera będzie kieliszek wytrawnego Penedès, a i postawa dialogiczna nabierze, wtedy, odpowiednich rumieńców. Aby zakończyć przywołam dwa cytaty z Buntu Mas:

„Być może mylę się, ale wydaje mi się, że obecnie pisarz, kiedy bierze do ręki pióro, by napisać coś na znany mu gruntownie temat, powinien pamiętać o tym, że przeciętny czytelnik, dotąd tym problemem nie zainteresowany, nie będzie czytał dla poszerzenia własnej wiedzy, lecz odwrotnie – po to, by wydać na autora wyrok skazujący, jeśli treść jego dzieła nie będzie zbieżna z banalną przeciętnością umysłu owego czytelnika. Jeśli składające się na masę jednostki uważają się za szczególnie uzdolnione, to mamy wówczas do czynienia tylko z błędem jednostkowym, nie z socjologicznym przewrotem. Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucania tych cech wszystkim innym. W Ameryce Północnej powiada się: być innym to być nieprzyzwoitym. Masa miażdży na swojej drodze wszystko to, co jest inne, indywidualne, szczególne i wybrane. Kto nie jest taki sam jak wszyscy, kto nie myśli tak samo jak wszyscy, naraża się na ryzyko eliminacji. Oczywiście, „wszyscy” to wcale nie „każdy”. Normalnie rzecz biorąc „wszyscy” to całość, na którą składają się masy i wyróżniające się pewnymi szczególnymi cechami mniejszości. Obecnie wszyscy to tylko masa. Taka właśnie jest straszliwa prawda o naszych czasach, przedstawiona brutalnie i bez osłonek” (Ortega y Gasset Bunt Mas).

„Proszę teraz zauważyć, że w momencie, kiedy coś, co dotychczas było ideałem, staje się składnikiem rzeczywistości, to od razu, w sposób nieunikniony i nieodwracalny, przestaje być ideałem. Prestiż i magiczny autorytet, owe oddziaływające na człowieka atrybuty ideału, nagle się gdzieś ulatniają. Zrównujące ludzi prawa, owoc szlachetnej inspiracji demokratycznej, przekształciły się z dążeń i ideałów w potrzeby i wymagania, często nawet nie uświadomione.” (Ortega y Gasset Bunt Mas).

Ideał wolności, o który niegdyś walczyliśmy, po osiągnięciu przestał być ideałem, stając się składnikiem rzeczywistości. Niektórym wydaje się, jednak, że po to należy podgrzewać konflikt, aby rzeczywistość znów wróciła do sfery ideałów, czyli wyznaczała dążenia. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Czyżby koniec pisania o winach z dyskontów?

mounierWino jako zjawisko wobec mnie zewnętrzne łączy poprzez wrażenia smakowe moje niezależne ja ze światem zewnętrznym. Jasnym jest, że zamiast wina mógłby to być dowolny inny element, dowolne zjawisko, w winie – jednak – połączyły się tak ciekawe i różne elementy, iż samo w sobie zasługuje na specjalne miejsce, dzięki niemu, bowiem, lepiej widzę drugiego człowieka, który to w nieustannym dialogu ze mną staje się dla mnie bliźnim, a w miarę jak nim się staje, wypełnia mnie treścią, wypełniony zaś treścią sam staję się rzeczywistym człowiekiem. Otóż to, staję się (człowiekiem przecież, rodząc się, jeszcze nie jestem), moje całe życie jest drogą do człowieczeństwa, stawaniem się. Będąc niepowtarzalnym, absolutnie wyjątkowym ze względu na wyłączne moje narodzenie i śmierć (nikt za mnie urodzić się nie może i nikt za mnie nie umrze) staję się przez całe życie człowiekiem, a więc mam wartość – właśnie jako stawanie się – tylko aktywnie, twórczo, tworząc w życiu samego siebie, dla siebie i dla innych (a każdy z nas równie wolny i wyjątkowy). Największy cud życia z innymi polega na tym, że każdy z nas niezależnie i oddzielnie wolny i wyjątkowy staje się dynamicznie przez całe swoje życie sobą wobec innych równie wolnych i wyjątkowych, problemem zaś nieustannym jest naruszanie równowagi w tym, co jednostkowe i społeczne.

Przed wielką transformacją walczyliśmy przeciw przesadzie, która centrum wszechświata widziała w tym, co społeczne, symbolicznie uznawaliśmy, że uwolnienie wartości każdego z nas, jako jednostki, jest walką o wolność, stopniowo – jednak – zapominaliśmy, czym taka wolność jest w istocie i po zwycięstwie znaleźliśmy się dokładnie w tym samym miejscu, z którego przedtem uciekliśmy. To, co społeczne wróciło nagle w postaci rynku, my zaś zapomniawszy, że żyć mamy po to, by każdy z nas stawał się człowiekiem, pomyliliśmy wolność ze swobodą konsumowania, a nasz wolny wybór stawał się stopniowo wyborem bezrefleksyjnego próżniactwa, zastygnięciem w fotelach z pilotem od telewizora i z puszką piwa, wolność więc stała się jedynie umiejętnością połykania, przeżuwania i trawienia, a jej wytwór zwykłą mierzwą w historii, którą zawłaszczyć potrafili sobie najsprytniejsi i najaktywniejsi. Większość przestała mieć pojęcie o tym, iż ludźmi stawać się trzeba przez całe życie, co oznacza nieustanny wysiłek i naukę.

Większość sterowana tak sprytnie i umiejętnie, iż nawet bunt pojmuje, jako walkę o szerszy dostęp do konsumpcji , wybrała bezruch, a więc ignorancję (ignorancja, bowiem, to nie tylko niewiedza, to także rezygnacja z uczenia się w przekonaniu, że świat – mityczni oni – za nas wszystko zrobi). Przed transformacją walczyliśmy o wolność, po jej uzyskaniu tak zbudowaliśmy system, aby wytwarzał jak największą liczbę konsumujących robotów, a rzesza takich robotów powinna jak najwięcej kupować. Ponieważ jednak roboty są biedne, kupować mogą jedynie tam, gdzie łaska pańska na to pozwoli. Paradoks sytuacji wynika z tego, że wino należy do świata mądrych i aktywnych, nas stać zaś jedynie na to, co dostępne w sektorze dla robotów. Nikt nie chce tego zmieniać, wydaje mi się, nawet, że taki jest nieodwracalny los współczesnego świata. Uzyskawszy wolność sami dla siebie wybieramy niewolę bezruchu, więc nie reform chcemy od władców, a coraz więcej kasy po to, by coraz więcej kupować. Stąd pisanie o winach z dyskontów ma coraz większą przyszłość, chociaż niektórzy sądzą, że temat już został wyczerpany. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Pomysłów PARPY ciąg dalszy

puzzleJeżeli ktoś myśli, że inicjatywa PARPY umarła śmiercią naturalną, myli się, bowiem 14.01.2016 Redaktor radiowej Trójki Kuba Strzyczkowski o godz. 12:05 w rozmowie z zaproszonym Krzysztofem Brzózką usłyszał, iż walka trwać będzie aż po skruszenie kopii ostatniej, aż wszyscy produkujący i kupujący alkohol zbankrutują i zwrócą się do rządzących o kolejny zasiłek. I tak kwitnie nam przy okazji księżycowych pomysłów księżycowa ekonomia, a ci, którzy myśleli, że nadeszła ekipa dbająca wreszcie o interesy tutaj zamieszkałych, obudzą się za kilka lat w takiej samej rzeczywistości, gdzie szczęśliwe będą tylko bardzo tłuste koty, nie z naszych – jednak – terenów.

No bo po co mają być pieniądze na każde dziecko? Owszem, w pierwszym odruchu można przyjąć, że po to, abyśmy zaczęli mnożyć się, jednak – jeżeli dobrze się nad tym zastanowić – będą one służyć pobudzeniu konsumpcji. Tak się jednak składa, że najbiedniejsza część społeczeństwa konsumuje właśnie i zwłaszcza alkohol, pieniądze – więc – wrzucone do ich kieszeni wrócą do kasy Państwa w postaci podwyższonej akcyzy, a dyrektor Brzózka i tak będzie mógł napić się piwa w krajach ościennych, gdzie nikt takich durnych pomysłów nie wygłasza (no bo przecież, będąc częścią grupy uprzywilejowanych kotów, będzie miał kasę na nabycie drogą kupna dowolnej odrobiny luksusu). My, zaś, tutaj z Powiatowej raczej nie wyjedziemy, aby spokojnie piwa się napić, bo nie będziemy mieć na bilet. Dziękuję, więc, za takie reformy, wolę chodzić bez nich i świecić gołym tyłkiem.

Powoli otwierają mi się oczy i zaczynam zauważać (chociaż ślepy jestem, jak kura), że nie ma żadnych różnic pomiędzy tymi, którzy nas z kraju na saksy wypędzali w poprzednim rozdaniu, a tymi, co to stan ten utrwalają szermując jedynie głośnymi hasłami, które niczego konkretnego nie zmienią (oprócz podwyżek cen, bo trzeba znaleźć pieniądze na hasłowe obietnice). I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Nowe pomysły PARPY

parpaOsławiony Dyrektor PARPY Krzysztof Brzózka ogłosił nową inicjatywę, prawdopodobnie po to, aby komuś się przypodobać. Szczegóły tutaj, nie mam zamiaru z pomysłem polemizować, żyjemy – w końcu – w demokracji i każdy ma prawo zgłaszać pomysły. Zastanawia mnie jednak inna sprawa. Jakim cudem każde kolejne ekipy wymiatają to, co da się wymieść, a tacy funkcjonariusze zdrowia nie tylko psychicznego, pozostają? Czyżby posiadali jakiś wieczny mandat? Może poznali dla zwykłych ludzi nieodgadnione sekrety szczęścia? Może są wysłannikami Najwyższego i w Jego imieniu sprawują władzę na tym łez padole? Widzę tutaj, mimo wszystko, sprzeczność , a szczególnie zastanawia mnie, czy ewentualnie wprowadzona nowa akcyza na wino dotknie wina mszalnego?

Nie jestem w stanie pojąć głębi myśli funkcjonariuszy PARPY, chcących zniszczyć wszystkie ziemniaki, z których robi się gorzałę i wyrwać z korzeniami wszystkie winne rośla, a przy tym (część przynajmniej z nich) chodzących co niedziela do kościoła i uczestniczących w ofierze krwi i wina. Trzeba się zdecydować, Panowie, albo chcemy, by społeczeństwo nasze było trzeźwe i wychowujemy, albo drobnymi kompromisami z tradycją powodujemy, że dusze nasze i ciała ulegają zgniliźnie.

Chyba, że chodzi o to, aby zatrzymać apanaże z racji zajmowania określonych społecznych stanowisk kreując w świecie opinię, jakoby PARPA jedyna była i niezbędna. A Pan Minister Finansów, zanim podniesie akcyzę i opodatkuje całą sprzedaż w Internecie, proszę, niech przed tym pomyśli, jak umożliwić uczciwą sprzedaż wina, właśnie w Internecie. Może będzie to warte wyższej akcyzy? Wtedy uznam, że jest w tym rządzeniu jakaś logika i przestanę, chociażby w snach moich, ujadać jako ten spsiały koala. I to by było na tyle (aha, a to zdjęcie na górze to z konferencji PARPY, na którą pójdą pieniądze z podwyższonej akcyzy).

Opublikowano Dodaj komentarz

Teraz uprawiam narrację

uprawiam_narracjeW przerwie, oczywiście, pomiędzy przypominaniem sobie, jak się uprawia seks i uprawianiem ogródka (z oczywistych wegetariańskich pobudek). Czasami zdarza mi się uprawiać kolarstwo (czyli jestem cyklistą), chociaż wolałbym uprawiać biegi (gdybym miał wystarczająco dużo siły). Uprawiam, niekiedy, uporczywe myślenie, ocierające się o filozofowanie, gdzieś pomiędzy Buberem, Fukuyamą, Ortegą y Gassetem, czy Marksem, z domieszką Toibina, a także uprawiając swoistą politykę blogera, uprawiam oportunizm. Nie uprawiam, za to, poezji (nie chce mi się).

Uprawiając grządki w różny sposób robię to zgodnie z zasadami frazeologii w Polszczyźnie-Ojczyźnie, która dopuszcza setki upraw, w zależności od pojemności komórek mózgowych. W ten sposób dociera do mnie, że język nasz – w istocie – uprawia swoją odrębność odnosząc się do ogrodnictwa, płodozmianu i orki i wcale nie odbija się w nim dumna postawa rycerzy spod Grunwaldu. Chłopy my, Panie, z dziada pradziada, co – podobno – lepszym ma być, niż gdybyśmy byli jakimiś pastuchami gdzieś z pustyń szerokich. Uważny czytacz tego tekstu może spokojnie stosować na co dzień tylko jeden czasownik i popijać wino (sorry: uprawiać kiperstwo). W ten sposób, z pewnością, wyrazi bogactwo myśli swojej, o ile takową posiada.

Otwieram telewizornię, tam – zaś – uprawiają stosunki (tym razem międzynarodowe). Kościół uprawia duszpasterstwo, MSZ kultywuje (czyli uprawia) tradycje dyplomacji. Za nimi tajemniczy osobnik uprawiając politykę uprawia konspirację, uprawiam, więc, i ja narrację moją dbając, aby mi w ziemi korzenie za szybko nie zgniły. I to by było na dziś.

Opublikowano 1 komentarz

Wino bezalkoholowe i nowomowa

winkologiaPo Świętach wróciła koleżanka i oznajmiła, że siostra jej, co to potomka się spodziewa, dostała od męża pod choinkę wino bezalkoholowe, które ohydne było, bo bez smaku. Wiem, że wynalazki takowe istnieją, w Winicjatywie wyczerpująco je opisano (tutaj), nie zmienia to jednak faktu, że przypomina mi to masło ze smalcu, cukier z soli, wodę z kamienia, zacząłem – więc – interesować się losem zjawiska w nomenklaturze unijnej i jestem bliski załamania. Otóż, jeśli producent we Włoszech zrobi napój z vitis labrusca (winorośl lisia), to nie wolno mu na butelce umieścić nazwy „wino”, chociaż ów napój więcej ma z winem wspólnego, niż wino bezalkoholowe. Dotyczy to fragolino (uva fragola) i innych winnych wynalazków, ciężarnym natomiast dajemy wino bezalkoholowe. W Matce Naszej, Kościele rzymskim i wielce katolickim ktoś super politycznie poprawny próbował wprowadzić wino bezalkoholowe do rytuału, na szczęście wielebni, znając się na smakach i żadnych zamienników nie uznając, sprzeciwem swoim pozostali przy winie.

Nowomowa wkracza i wraz z ignorancją zaczyna kształtować pojęcia, co świadczy o tym, że stopniowo przestajemy myśleć posługując się papką wysmażoną przez kiepsko przygotowanych szamanów. Przyglądam się karierze, jaką robi skromny czasownik „uprawiać”, niegdyś stosowany przy pługu i motyce, teraz zagarniający wszystkie obszary uprawy. Uprawia się, więc, seks (już nie kopulując), uprawia stosunki międzynarodowe (łączyć tego z seksem nie wypada), uprawia się konsensus, przyzwolenie, obstrukcję i Bóg wie jeszcze, jakie figury. Można, więc, uprawiać winorośl i robić z niej wino bezalkoholowe. Californication.

Muł, wodorosty i ogólny bałagan, no bo przepisy dopuszczają stosowanie nazwy „wino bezalkoholowe”, chociaż nikomu nie przyszłoby do głowy umieszczanie na opakowaniu nazwy „cukier słony”. Ponieważ niewinne wino w towarzystwie bezalkoholowości zajmuje nieskromnie miejsce w podświadomości obywateli, co źle wpływa na ich komórki mózgowe, a może moralność, sugerowałbym PARPIE zajęcie się tym problemem i wyjaśnienie przyszłym matkom, że picie zwykłego soku z żuka zdrowszym od bezalkoholowego świństwa jest i radośniejszym. I tak w jednym zwrocie zawarto całą hipokryzję politycznej poprawności i pogodzono ogień z wodą. I to by było na tyle.