Opublikowano Dodaj komentarz

O wyższości Wielkiej Nocy

Przypisując wybitnym jednostkom wyłącznie wyjątkową i sprawczą rolę w historii niejednokrotnie zrzucamy (może nieświadomie) całą odpowiedzialność za własne życie z siebie, o wiele łatwiej jest bowiem stwierdzać: byłbym zupełnie kimś innym, gdyby nie Gomułka, Wałęsa, Świątkowski i tak dalej. Tymczasem dopiero wyjątkowość obcych mi jednostek i jakaś doza mojej własnej bierności, a może nawet lenistwa, regulują możliwość rzeczywistej zmiany losu, zawsze jednak czynnikiem zasadniczym jest wolna wola jednostki. Czy ta wola jest faktycznie wolna, czy też zakotwiczona w różnych uwarunkowaniach, to już inna sprawa. Ważnym jest to, że to ode mnie zależy, co zrobię, a czego nie i nie powinienem się, we własnym życiu, wcale przejmować, kto gdzieś tam na tronie władzę sprawuje w moim, lub cudzym imieniu. Tak zwane wybitne jednostki wcale za mnie nie przyszły na świat, ani za mnie z tego świata nie odejdą, dlaczego więc miałyby one za mnie podejmować decyzje? Trochę w moich słowach jest ideologii, trochę życiowego doświadczenia, za Oceanem uważa się to za oczywistą oczywistość, tutaj – zaś – czeka na fatalistyczne zrządzenia losu, a gdzie rzeczywistość umieściła prawdę? Wystarczy spróbować podjąć decyzję i zobaczyć, co się stanie.

max_weberProtestancka część świata odczarowała w pewnym sensie magię i zwróciła jednostkom autonomię. Właśnie ta część rozwija się lepiej, może rozsądniej, a kryterium prawdy jest dla niej fakt, że to stamtąd czerpiemy dobrobyt i postęp. Natomiast obiektywnie, czy tego chciałem, czy nie, przyszło mi narodzić się w tej części świata, gdzie magia nadal wiąże umysły i szuka rozwiązań nie w typach idealnych, a w wybitnych jednostkach, zapominając, iż one reprezentują jedynie interesy określonych grup społecznych (sam Prezes bez zaplecza nic nie znaczy, a zaplecze tak długo będzie go popierać, jak długo będzie mieć w tym jakiś interes). W magicznej części świata przywiązujemy wagę do zwykłych pierdół, w nich widząc przyczyny własnych nieszczęść (bo czyż nie są pierdołami jakieś podpisy, kwity, teczki wyciągane po to, aby zaciemnić racjonalność dokonujących się wokół procesów?), a tymczasem klucz do realizacji spoczywa w zwyczajnej wiedzy, nic nie ma w tym niezwykłego, i w ustawiczności prób, bo tak długo, jak będziemy mieć siłę do dokonań, nikt nas nie będzie mógł złamać.

I w tym kontekście stawiam, raz jeszcze, przed sobą ważność zagadnienia wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia, czekając, aż bliźni sobie tę ważność uświadomią. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą

Wstałem dziś prawą nogą, prawie w euforii. Przepełniła mnie radość i nawet ołowiane chmury nie są w stanie mnie zdenerwować. Wiosna idzie, niebawem wrócą bociany, w szafce sporo niezłych butelek, w radiu i telewizji ciągle ten sam jazgot. Znaczy się, jeszcze żyję i to dla mnie jest najważniejsze. Potrzeba utrzymania dystansu nakazuje mi zamknąć możliwość komentowania, jeśli ktoś chce do mnie pisać, zawsze znajdzie sposób, ponieważ – jak mawia mój włoski kolega – komentować powinni móc jedynie przyjaciele, a jeśli ktoś chce przy pomocy mojego bloga wyładowywać frustracje, niech uda się do interii, czy innego onetu. Jestem, jaki jestem; piszę tak, jak piszę, a radości istnienia nie powinny mi mącić nieistotne swary. Przejmuję się wieloma sprawami, trudno więc się dziwić, że o nich piszę. Pisząc staram się zrozumieć, chociaż nie zawsze mi to wychodzi.

ks_twardowskiPochodzę z cywilizacji gorzały, ta zaś wykorzystywana była zawsze przez manipulantów do utrzymywania prostego ludu w ryzach, narkotykiem – bowiem – będąc odbierającym rozsądek odbierała również ochotę buntu. Wino znajdowało się gdzieś na wysokich rejestrach, do których przez setki lat nie mogłem dostąpić, jest – więc – dla mnie do dzisiaj symbolem społecznego awansu, uwolnienia się od jakiejś tam niewoli i środkiem ułatwiającym dialog, czyli rozmowę. Gorzała rozmowę uniemożliwia, skłania do bełkotu i rozkazuje zasnąć. Smakując wino uczę się nowych twarzy świata i otwieram na drugiego człowieka po to, aby wspólnie i w euforii ów świat podziwiać, co nie znaczy, że powinienem przez wino zostać odarty ze zdrowego rozsądku (przyjaciele też mogą wleźć na głowę i próbować dyktować własne warunki). A wokół mnie płynie historia, jak rzeka, której nie da się pociąć na kawałki i powiedzieć: tu skończyło się jedno, a zaczęło drugie. Można się w wodzie przejrzeć, umyć w niej nogi i rączki, wykąpać, można starać się stawiać tamy i pilnować, by nie przelała się i nie zatopiła wspomnień, wiele można, jednego – jednak – nie da się zrobić: pociąć jej na kawałki. Opisując historię nieustannie mamy do czynienia z symbolami, tendencjami, orientacyjnymi datami, lecz zadekretować nie możemy, że skończyła się właśnie, czy zaczęła jakaś epoka. Stąd mój nieznerwicowany uśmiech politowania, kiedy słyszę, że teraz właśnie skończył się komunizm, który – przecież – nigdy nigdzie się nie zaczął. Cóż, uwielbiamy słowa, jesteśmy szamanami słów, możemy sobie – więc – na różne stwierdzenia pozwolić. Gorzej, jeśli sami zaczniemy w nie wierzyć, a jeszcze gorzej, jeśli zechcemy nimi mamić.

Wszystko płynie, odejdę i ja i cała rzesza otaczających mnie przyjaciół staruszków, epigonów przeszłości (każdy z nas jest epigonem dnia wczorajszego), wśród których wielu znalazło uzasadnienie swojego istnienia chociażby tropiąc agenturę (nie jest ważne skąd taka przychodzi i do kogo ucieka). Popijając wino myślę sobie, że jeśli popatrzeć na rzeczywistość w taki właśnie sposób, to każda człowiecza istota jest agentem Wszechmocnego, nawet jeżeli nie chce się z tym pogodzić. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą (Ks. Jan Twardowski). I to by było na tyle.

P.S. Zmarł Umberto Eco

Opublikowano 2 komentarze

Koniec historycznego kompromisu

Co może, ale nie musi, dać początek historycznej kompromitacji. Młodzi czytelnicy nie bardzo wiedzą, o co chodzi, szczątki tej wiedzy można znaleźć tutaj, ja sam stosuję ten termin we własnych rozważaniach i to ułatwia mi zrozumienie wielu procesów dziejących się w Polsce od mniej więcej 40 lat. W dużym skrócie chodzi o porozumienie dwóch przeciwnych sobie stron, które zdecydowały się zrezygnować z walki (a ta mogła skończyć się któregoś dnia bardzo krwawo) i metodą małych kroków znosić sprzeczności. Postawa taka wynikała z oportunizmu jednych i – być może – z historycznej mądrości drugich, gdzieś w tle kryło się przekonanie, że żadna rewolucja nie tworzy burząc (był taki francuski filozof Jacques d’Hondt, który się w latach ’70 ubiegłego wieku tym się, na Lewicy we Francji, zajmował), źródła ideologiczne – z pewnością – wymagają odrębnych poszukiwań. Wbrew temu, co niektórzy zbyt głośno wykrzykują, obóz władzy zgodził się na ustąpienie miejsca z wyrachowania, czyli ze świadomością, iż uzyska coś w zamian. Czytając niektóre komentarze w sieci odnoszę wrażenie, iż wielu z nas zapomina o tym, że za obozem władzy stały wówczas całkiem silne interesy grupowe, których nie można było w prosty sposób wyeliminować. No, oczywiście, wszystko można, ale prosta eliminacja wszystkich tych, którzy wtedy władzę popierali, oznaczała ich unicestwienie, w zwykłym, fizycznym sensie. Kompromis historyczny à la polonaise wydawał się być, więc, konieczny.

compromesso_storicoDzięki takiemu kompromisowi władza uprzednia i jej całe społeczne zaplecze wtopili się w nową rzeczywistość wykorzystując – co jest oczywiste – uprzywilejowaną pozycję. Nie mam zamiaru oceniać tego, czy było to dobre, czy złe, jedno jest pewne, niektórzy ludzie postępowali w bardzo inteligentny, niekiedy wręcz wyrafinowany, sposób (co nie powinno budzić zazdrości, a raczej skłaniać do naśladowania). Druga strona przejąwszy atrybuty władzy tak długo, jak tylko mogła, kompromis respektowała. Czas upływał, zmieniało się otoczenie i polski kompromis historyczny funkcjonował całkiem nieźle, wyczerpały się – jednak – zupełnie jego przesłanki. Przestali, z obiektywnych przyczyn, istnieć antagoniści (chociaż niektórych, nagle, wyciągają z grobów), za to pojawiły się nowe sprzeczności i zupełnie inne strony walczą o zupełnie inne pozycje.

To, co się ostatnio wokół nas dzieje, odnosi nas jednak do spraw zamierzchłych i pokazuje, jak bardzo anachroniczne są niby nowe rozwiązania oparte na starych pretensjach. Nie można zabrać jednej czwartej narodu tego, co uzyskała dzięki umiejętności przystosowania, chociażby dlatego, że ci ludzie – obiektywnie – znaleźli się wszędzie. Nie można chcieć rozwiązywać problemów świata, którego nie rozumiemy. Można jedynie mieć do siebie pretensje, że mając złoty róg nie potrafiliśmy wykorzystać szans. Jeśli mieliśmy kiedyś ochotę wzajemnie się wydusić, nie udało się to także dzięki temu, iż ktoś potrafił w tej grze być sprytniejszy, a ubliżając mu teraz niejednokrotnie plujemy do własnej zupy. Tańszego wina w dyskontach to nam nie przysporzy, a skończy się – kolejny raz – głuchym śmiechem następnych pokoleń. Tym tekstem koala kończy wzywając do dialogu po to, by młodych Polaków chronić przed prącymi do rządzenia staruszkami. I to by było już nie na tyle. Szlus.

Opublikowano 4 komentarze

Kazania ciąg dalszy, czyli o tym, jak to wino winnym się stało

wolna_murarkaPrzy całym tym rozgardiaszu faktycznie zapomniałem, że grunt to trzymać dystans, do siebie, do innych, do zdarzeń, do pomysłów, do frustracji, do sanacji, do demokracji, do trumtadracji, do smaków, do niesmaków, do marychy, do maków. Ciągłe bicie pustym łbem w mur zapominając, że ten mur wcale niczego nie odgradza, że za nim nic nie ma, mrzonki jeno i nadrealistyczne stworki rozdające karty w grze, której i tak pojąć nie zdołam, no więc takie bicie łbem powoduje utratę krwi i siniaki, niczego nie rozwiązując. Ciekawe, czy umierając lepiej czuć się będę ze świadomością, że nieustannie ktoś mnie robił w konia? A może w bramie raju, czy piekła ktoś powie, żem życie strawił na czczych swarach, zamiast cieszyć się nim i przypomni, że stworzył nas Pan na obraz i podobieństwo Swoje, i kazał iść i kochać, rozmawiać i tworzyć? Stworek jakiś spojrzy i powie, że – przecież – dał nam Pan, nawet, filozofów, którzy w myśli boskiej (jak Theilard de Chardin, Karol Wojtyła, Józef Tischner, Martin Buber i wielu innych) zawarli człowieka, każdego człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Pana, aby tenże chwałę Jego głosił, nie niszczył, nie jątrzył, nie histeryzował. A że przy okazji stworzył też politykę złożoną z wielu warstw, w których różne siły różnie na człowieka mogą działać, lecz tylko z jego własnej woli i mocy? Czyżby był to kolejny powód do płaczu? Wątpić i kpić, śmiać się do rozpuku i popijać pod wieczór patrząc na kaczki pływające w stawie. I kochać ludzi, nie zwijać się w złości, jak wystraszony robak wyrwany spod ziemi.

Nie trzeba zbyt głęboko kopać (wpadając w łatwą przesadę) i szukać w pokładach tak przepastnych, że aż zawrót głowy. Tam, być może, są jakieś byty, jakieś siły pracują, lecz ciągle reprezentują one ludzką, nie diabelską, moc, a więc i interesy, interesy, zaś, należy nazywać i rozumieć, dostosowywać się do nich, lub im przeciwstawiać. Na poziomie jednostki, czyli wartości najwyższej dla każdego z nas z osobna, rodzimy się – bowiem – i umieramy oddzielnie; na tym poziomie liczy się jednak to, co jej najbliższe i naprawdę łatwo jest spełnić jej najprostsze wymagania. Z jednostki wynika jej autonomia związana z pragnieniem swobodnego działania, przedsiębiorczości, w której wszelka podległość powoduje frustrację, zależność, gnuśność i beznadzieję. Państwo ma stać na straży niezależności każdej jednostki, ma zapewnić jej możliwość przedsiębiorczego rozwijania skrzydeł, w przeciwnym razie jednostka umknie, przeniesie się tam, gdzie warunki są odpowiedniejsze (tak stało się z milionami młodych Polaków, którzy stąd wyjechali). Lecz żadne Państwo nie może jednostki zastąpić, chociażby dlatego, że z nią nie umiera. I wcale nie ma tu znaczenia, czy siły jakieś tajemne działają przeciw, czy za, bo nawet jeżeli istnieją, o co innego im chodzi, inne rozgrywają interesy. A jednostka? Co do tego ma mały, skromniutki żuczek, czy nawet koala? Ona ma nieustannie swoje tylko prawa, oraz obowiązki, by walczyć o siebie, tak jak koala ma prawo skakać sobie po eukaliptusach. Zwalanie winy na mityczne i wrogie siły pomaga znajdować zapomnienie o tej właśnie podstawowej odpowiedzialności (niektórzy nazywają ją wolnością). Że to slogany? A kto powiedział, że slogany to kłamstwa?

Wydaje się, że wraz z narodem moim w historii nieco się pogubiłem i zgubiwszy jednostkę przenoszę potem jej frustracje na całe społeczeństwo. Ciągle walczę, we własnej głowie, o jakieś interesy grup, klanów, partii, zapominając o człowieku, o tym, że Pan nakazał mi w Jego imieniu rozmawiać z drugim człowiekiem i w dialogu tworzyć wartości. O tym Panu katolikom w każdą niedzielę przypomina także wino z przemiany krwi, to wino właśnie, które potem powinno ułatwiać rozmowę i budowanie, każdego z każdym, przy całej różnorodności, a tam, gdzie nie ma rozmowy, niewinne wino winnym się staje i sens traci wszelkie swoje znaczenie. I to by było, na dzisiaj, na tyle.

Rozmawiać, nie zalewać innych żółcią własnych frustracji…

Opublikowano 11 komentarzy

Rozdziobią nas kruki, wrony

teatrAż kusi napisać „mrówki stratują”, ale nie uchodzi. W końcu estetą będąc i pięknoduchem, nie polityką zajmującym się, a pisaniem dla zabicia czasu, powinienem odznaczać się łagodnością jak największą, bo wtedy łatwiej będzie ów ἀγών zrozumieć i w politycznej obserwacji zdarzeń zewnętrznych, jak sam Makiawel się wyćwiczyć. Polityka jako agon dopuszcza istnienie biernych widzów, ja, natomiast, inaczej politykę pojmuję. Nie jako teatralne gesty po to, aby obudzić w widzach uczucia, a raczej jako zespół działań celowych po to, by obywatelom lepiej się żyło i dzięki którym obywatele uczestniczą.

Dwa, zaś, są największe problemy współczesnego świata (kraj mój, chociaż ucieka od nich, nie uniknie poważnej rozmowy, a rozwiązania, czy tego chcemy, czy nie, przyjdą z zewnątrz). Po pierwsze przeludnienie, po drugie (co związane także z przeludnieniem) postęp technologiczny powodujący znikanie tradycyjnie pojmowanych miejsc pracy. Można na świat patrzyć globalnie, można zamknąć się w Dziewiętnastym Wieku i robić wszystko pod prąd. Można – również – nie wiedząc, co robić, działać pozornie i to od kilku lat wyczyniają, całkiem zgrabnie, nasi wybrańcy. Pisząc, że nie zajmuję pozycji, powiadam, że ani z jednymi, ani z drugimi się nie zgadzam, a ponieważ wolnym koalą (jeszcze) jestem, wolno mi nie zgadzać się, podkreślając – jednocześnie -, że zarówno jedni, jak i drudzy mistrzami są w działaniach pozornych. Resztę proszę sobie czytać pomiędzy wierszami. Nie zgadzam się z dawaniem ryby, wolałbym mieć wędkę. Nie zgadzam się z zasiłkami, może niesłusznie przypuszczając, że ludzie egoistami z natury leniwymi będąc przestaną poszukiwać, zajęci konsumpcją, a chodzi, chyba, o społeczną aktywność, nie o rzeszę bidaków na zasiłkach.

Przyjęty programowo- na starość – formalizm uczy dyscypliny. Dbając o formę muszę zastanawiać się po sto razy nad sensem tego, co piszę. Wolałbym jednak, aby politycy zastanawiali się po sto razy nad sensem tego, co robią. Na razie młodzi nadal z Polski uciekają. I to by było na tyle.

Opublikowano 2 komentarze

Panie Miller, wszystko po staremu

millerGdyby spodziewał się ktoś po mnie, że zajmę nagle pozycję, zawiedzie się srodze i nie dlatego, że – w zasadzie – oportunistą jestem i, w ogóle, wygodniej pozostawać na uboczu, lecz po prostu, uważam, że żadna ze stron nie ma najmniejszej ochoty reformować, a nam reformy są potrzebne, jeżeli poważnie traktujemy Rzeczpospolitą. Ani też, nie będę starał się szukać rozwiązań, nie po to jestem, wielu jest mądrzejszych i młodszych. Ja chciałbym dożyć czasów, kiedy to proporcje się zmienią i nagle w 80% populacji pojawią się rzesze osobników zasobne i szczęśliwe, o czystych kołnierzykach i chłonnych umysłach, rzucające się na wina wszelakie nie w dyskontach, lecz w zwykłych winiarskich salonach. 80% Polaków sączących Pomerola i swobodnie dialogujących przy stołach kwadratowych, okrągłych, owalnych, czy jakie tam jeszcze znaleźć można.

Na razie skaczą sobie do gardeł niczego nie rozwiązując, lecz – przecież – o to chodzi. Im głośniejszy konflikt, im piskliwsze i bardziej przenikliwe wrzaski, tym bardziej zapominamy o faktycznych problemach, zagubieni wśród głosów, co jeden to lepszych. W jazgocie gawiedzi niknie myślenie, marzenia o Eldorado, które – jak złoty róg – mieliśmy już i zgubiliśmy, przysłaniają nam zdrowy rozsądek i byle cwaniak robi nam wodę z mózgu, obiecując każdemu państwowy etat, lub – chociaż – zasiłek. Jeżeli, zaś, tego nie ma, cykliści są winni i wegetarianie (jako że żydami jesteśmy już wszyscy).

Oprócz tego w Lidlu, jak to w Lidlu. Co dobre było, nadal jest dobre, Allini Prosecco Superiore z Oderzo trzyma fason, o Primitywie z Mandurii, tym razem, dobrze nie napiszę, erotyzując piłem – bowiem –  zwykłe, nie rezerwę, na półce dla biedaków standardowe zestawy z nieśmiertelnym (mnie ono smakuje) Montepulciano d’Abruzzo i wszystko nastraja rewolucyjnie raczej, chociaż nie w stylu partii Razem (tam, bowiem, zupełnie jak w Peace, jen nestydí se předků). I to by było, na razie, na tyle.