Opublikowano Dodaj komentarz

Za oknem śnieg

spacerPowoli padający śnieg zwiastuje dobrą zmianę, powszechny dobrobyt, a dla niektórych nieustanną ruję i porutę. Z wrażenia pomarańczowy bocian umył się dokładnie, a moja stara kotka wpadła za rybką do stawu, widać jej się poziomy w staruszkowatym móżdżku pomieszały. Wyskoczyła z wody i mokra jak szczur stanęła z płaczem pod drzwiami. Koleżanka Małżonka wysuszyła nieszczęsną ręcznikiem, ta zaś uciekła pod śpiwór i do wieczora nikt o niej nie słyszał. Na trawniku stadko szpaków wybiera między płatkami śniegu jakieś bliżej nieznane wczesnowiosenne larwy. W głowie kręci się z podziwu nad różnorodnością Matki przyrody.

Wczoraj kurier przytargał przesyłkę z Lidla, za którą koala dziękuje i o której niebawem napisze, o ile tylko planowana nowa ustawa pozwoli mu bloga prowadzić i starczo w sieci postękiwać. W paczuszce dwa wina, opasły tuńczyk, oliwki i sery z gorącej Hiszpanii (taką – bowiem – ofertą kusi klientów wspomniany Lidl).

W ogóle świat oniemiał, nie wiadomo, czy ogłupiały, czy z wrażenia. Ciotka Julia i skryba szukaliby winy w Albańczykach, a ratunku w sztuce, ja wolę winę topić w winie i cieszy mnie fakt,  że ktoś jeszcze pamięta i do recenzji wina przysyła. Przyjemnie jest czuć się użytecznym, chociaż szpaki (i nie tylko) wolałyby koalę w formie larwiastej, a może jako humus dla każdej dobrej zmiany. Pozostaje wysłuchiwanie wróżbitów w sieci wieszczących od setek lat takie same katastrofy i przyglądanie się samemu sobie w lustrze, złoszcząc się na coraz to nowe zmarszczki.

Na szczęście można posłuchać sobie J.M. Serrata w wersji jeszcze z Hiszpanii frankistowskiej (chociaż już mógł śpiewać po katalońsku na antenie hiszpańskiej TV), oraz z młodą twarzą katalońskiego śpiewania i rozgrzewam w śnieżny wiosenny poranek stare serce słuchając słów o miłości z kraju, który potrafił poradzić sobie z nienawiścią. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Bocian okropnie pomarańczowy

spacerW tak zwanym „międzyczasie” przydarzyło mi się kilka kiepskich win i dwa niezłe, o których w innym miejscu i zgubiłem wenę, a może raczej chęć. To zdaje się być naturalnym u staruszków, chociaż będąc ostatnio na poczcie w Białymstoku spotkałem takiego jednego, który chwalił się wszem i wobec swoim wiekiem (twierdził, iż posiada 84 lata), a robił to ze zwykłej kokieterii rwąc dziewuchy z kolejki aż miło. Dinozaury z epoki post David Bowie trzymają się, więc, zupełnie nieźle i jeżeli kiedykolwiek nadejdzie jakikolwiek ratunek (cokolwiek to znaczy), przyjdzie on ze strony dinozaurów, bowiem młodym mózgi wyprano doszczętnie.

Tymczasem bociany zasiedliwszy gniazdo są nieustannym obiektem naszych obserwacji. Któregoś poranka pan bocianiego domu odbył regularną bójkę z konkurentem, zwyciężył, odleciał i wrócił w zupełnie innym kolorze. Otóż nie był  to od teraz bocian biały, lecz ceglasty i miejscami pomarańczowy, co świadczy jedynie o tym,  iż nawet do kolorów w przyrodzie nie należy się przywiązywać.

W politycznej przestrzeni Matuzalem Morawiecki namieszał przyzwyczajony do permanentnej rewolucji zapominając, jednak, że czasy i kraj już nie takie. Też dinozaur, nawet jeśli pod kopułą kotłują się mu wręcz młodzieńcze ambicje. Zamiast wiosennego ciepła co rano mam szron, mimo to pąki na winorośli mojej lisiej trzymają się jeszcze i obiecują wytrwać. Może i ja wytrwam. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Za sensem wina z dyskontu

spacerPo zdjęciu szarego kapelusza kompromisu sprawa ma się tak: mój Teść staruszek, z którym dywagujemy nad wypijanymi butelkami, rzucił się (prawdopodobnie kierowany szacunkiem do grubych woluminów) na dzieło Piketty’ego leżące przy telewizorze i odkrył, iż nic się dlań nie zmieni, niezależnie od tego, czy wprowadzą podatek od wielkich fortun, czy też nie. Koala_wpisyZauważył, też, istnienie zasadniczego prawa nierówności, a mianowicie, iż będąc bogatym, czyli posiadając kapitał (wszystko jedno jakiego pochodzenia), automatycznie stajemy się coraz bogatsi (innej opcji nie ma), natomiast nie posiadając żadnego kapitału pozostaniemy zawsze tam, gdzie jesteśmy, jako że zero generuje zero. Z tego dziadunio wnioskuje, całkiem słusznie, że skazani jesteśmy do końca dni naszych na sikacze, a Chateau Pétrus pozostanie mirażem, symbolicznie wskazując możliwość i odbierając ewentualność realizacji. 99% światowej populacji zerami, więc, pozostanie, zaś 1% kumulować będzie rosnące praktycznie w nieskończoność bogactwo.

Dodajmy do tego perspektywę całkowitej automatyzacji stanowisk wytwarzania i niespotykaną zdolność rozrodczą, jaką charakteryzują się króliki, a pozostanie nam jedynie łza krwawa pod okiem i sikacz kolejny na kolację.

Zakładając, natomiast, szary kapelusz kompromisu czarne chmury znikają, słoneczko pojawia się na nieboskłonie, ptaszki kontynuują utarczki nad stawem, sikacz smakami otacza godnymi recenzji na blogu i nawet świadomość nieuchronnego końca słodką się staje. I to by było na tyle.

Opublikowano 1 komentarz

A Chateau Pétrus i tak pozostanie

spacerTe moje niewinne rozważania i obserwacja wydarzeń prowadzą na manowce, gdzie woda czysta i bezdroża pełne łąk zielonych,  a w oddali Chateau Pétrus, jako punkt odniesienia.  Jasnym stopniowo się staje, że celem są, właśnie, manowce, czyli drogi, po których strach się poruszać, tak bezdrożne są one i prowadzące do nikąd. Tylko tam spodziewam się, że nikt doczesny nie zechce mnie karać za cudze zrządzenia losu, za coś, co stało się i nie odstanie, za nieobliczalną konsekwencję Stwórcy ukrytą w zdarzeniach dokonanych. Zmienia się tło, bezdroża z nizinnych w pagórki przechodzą, zawsze jednak na horyzoncie jest jakieś marzenie, sił tylko coraz mniej i stopniowo w kurzu znika sens (jeżeli kiedykolwiek istniał).  Na manowcach człowiecza konsekwencja pokazuje, jak pustą jest i do niczego nieprowadzącą i to właśnie chciałbym sam sobie unaocznić. Każda – otóż – idea, każdy logiczny ciąg znaków, każda droga zbyt jasno wykreślona i zbyt konsekwentnie, chociaż po ludzku, uczęszczana, do absurdu prowadzą, jeśli chciałbym z nich wyciągać po ludzku logiczne wnioski. Za wszystkim stanie, w końcu, wiara, która z logiką nic wspólnego nie ma i w którą chronię się, coraz częściej, w obawie przed obłędem.

chateau_petrusBocian, co przez dwie noce w gnieździe skrzydła stroszył, zniknął i pozostawił puste miejsce. Był i go nie ma. Kogo za to ukarać? Boga? Za to, że zabrał coś, co nawet moim nie było? Gniazdo pozostaje szare i smętnie przyjmuje stada wróbli, nie po to – jednak – zostało przez bociany kiedyś zbudowane, by szare i smętne pozostawać, nie po to ja zbudowałem w sobie konstrukcję z gniazdem takim w tle, aby teraz siebie na nice przewracać. Chateau Pétrus pozostanie na zawsze poza zasięgiem, a wyobraziłem sobie, że bez niego wykreuję się na maestra winnej formy. Też, może, należałoby świat ukarać, że w tym miejscu mnie postawił ambicje ostrzącego, skąd do Pomerola tak daleko, iż nieosiągalny i że nie stanę się Parkerem, koalą jeno będąc? Wiara pozostaje, bo jeśli logicznie to wszystko zechcę ogarnąć, udowodnię, że Stwórca pozbawił sam siebie sensu, a więc, że Stwórcy nie ma i kogo za to ukarać? Własną głowę, chyba, z powodu nadmiaru wyobraźni.

Dlatego założyłem szary kapelusz kompromisu, aby uczynił mnie niewidzialnym, pewnie też bez właściwości (nie ma, zresztą, czego żałować)  i po to, bym na manowcach mógł żeglować jak najdłużej i najspokojniej. W nim, od chwili przymiarki, godzę się na miejsce w szeregu i na setki codziennych bikaverów z dolnych półek dyskontów, w nim przestaję widzieć to, co chociaż niewypowiedziane, tak okrutnie boli. W nim potrafię nawet przełknąć własne słowa, przyklęknąć w piasku ścieżki i zapytać: czyżbyś rzeczywiście błogosławionym był Panie, Królu Ziemi, który bezsensem zamalowałeś cień własnej logiki? I oto w puste miejsce po dawnym bocianie przed chwilą przyleciały dwa następne i zwyczajnie klekocząc rozpoczęły kolejny sezon. Te, przynajmniej, historią się nie podniecają. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Wypitego wina nie odwrócisz

spacerLogika rządząca zdarzeniami wszechświata nieubłaganą jest, a przy tym prostą i przezroczystą. A może być tylko A, B zaś B i nie da rady z kota zrobić czołgisty. Przyjmując jej czyste zasady zgadzam  się ze Stwórcą, który stosuje je w sobie wiadomych celach. Próbując odrzucić zapisany przezeń los sądzę, że mogło być inaczej, gdyby, i tak dalej. Otóż, nie mogło, jako że nie było. Realną jest jedynie ta flaszka, którą wypiłem, marzenia o setkach innych, jeśli niedostępnych, pozostaną marzeniami i mogą – najwyżej – przeszkodzić w pogodzeniu się z losem, który dla każdego z nas takim był, jakim się rzeczywiście w naszych dniach zapisał. Ta sama logika nakazuje przyjąć bezdyskusyjnie wszystkie wyroki  Stwórcy, o ile się w życiu moim zdarzyły, a wolność w połączeniu ze świadomością kierować ku przyszłości, tam bowiem ma prawo istnieć nasza wolna wola, która bzdurą się staje przy rozpatrywaniu dokonanej przeszłości.

malkovitch

Bunt pogan przejawić się może w różny sposób, zawsze jednak skierowany jest przeciw Stwórcy, jeżeli kwestionujemy to, co już zdarzone, wypitego – zaś – wina odwrócić nie można z tej prostej przyczyny, że go we flaszce już nie ma. Cóż da mi zastanawianie się nad tym, czym byłbym, gdyby w roku 1550 Najjaśniejszy Pan skierował konia w całkiem inną stronę, jeżeli wszystko, co potem stać się miało, stało się, a jeśli stało, to przecież musiało? Te zupełnie niewinne słowa piszę, aby pamiętać nieustannie, iż każda inna konkluzja prowadzi do niewiary, do pogańskiego – w istocie – przekonania o wszechegoistycznej mocy człowieka. Za słowami tymi, dla tych, którzy zrozumieć je zechcą i nad nimi zastanowić, kryje się wybór, a jego konsekwencją jest wiara, ta zaś  – jak miłość – bezwarunkową być musi i pozbawioną pretensji.

Ostatnio nabyte drogą kupna butelki posiadają, więc, wartość wynikającą z ich istnienia, z rzeczywistości przeliczanej na realni  hroszy, i nawet jeżeli każda z nich gorszą była od poprzedniej,  to i tak nad najlepszymi winami górują one tym, iż faktycznie były, a wybór mój przy ich zakupie pozostanie idiotyczny i niczym przed sobą się usprawiedliwiać nie mogę, głupim – bowiem –  byłem w przekonaniu, iż w dyskoncie znajdę całą serię trunków dobrych. I tak oto nadchodzi prawda najprawdziwsza, że z przeszłości i z nabytego doświadczenia uczyć się należy po to, by nie powtarzać wciąż tych samych błędów. Lepiej, więc, cierpliwie oszczędzać i raz na jakiś czas coś dobrego wypić, zaś płacz za niebyłym pozostawić politykom, których jedyną umiejętnością jest bicza kręcenie z takich – właśnie  -łez, te zaś, umiejętnie do kanki zbierane, w złoto zamienić się mogą. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Szary kapelusz kompromisu

spacerPo kilkudniowym urlopie dopadł mnie szary kapelusz kompromisu. Nie przywitał się, nie spytał o zdanie, usiadł przy stole, otworzył Zinfandela, nalał sobie nie zwracając uwagi na pozostałych, co – oczywiście – spowodowało określone protesty, wypił, otarł usta dłonią i tak pozostał przy stole nie zmieniając pozycji, z zamiarem pozostawania na zawsze, chociaż u mnie „zawsze” tak niewiele znaczy. Oderwał w ten sposób myśli od pewnej nadobnej Margot, co do której kształtów i ja i Teść wzrokiem wyraziliśmy zainteresowanie w pół na pół, łącząc ukryte pod płatem czołowym rozłożyste pragnienia we wspólnych marzeniach o tym, co mogłoby być, lecz nie będzie. Szary kapelusz kompromisu, jednak, nie poczęstował nas Zinfandelem, pozostało – więc – oczami dotykanie tego, co w Margot nie całkiem ukryte.

woody_allenTak posuwamy się z Teściem, ani do przodu, ani w tył, starając się śledzić zewnętrzność, lecz coś bez zbytniego zainteresowania, Margot obiecuje wspólnotę pragnień za lat następnych dwadzieścia, drozdy walczą ze srokami, wspomagane przez parę zacnych kaczek, które gniazdować nad stawem nadleciały, modrzew przycięty w menorę wypuszcza kwiatów początki, bocian samotny do gniazda przyfrunął, dwie noce w samotności skrzydła czyszcząc, po czym gdzieś zniknął na pobliskich łąkach, wypijane kolejne butelki wina coraz mniej smaku mając z butelki na butelkę zmuszają do zastanowienia nad sensem alkoholizmu bez smaku i nadziei, kaszel dusi pomimo ton imbiru, wizyta – więc – niespodziewana szarego kapelusza kompromisu postawiła mnie przed pytaniami, sprowadzającymi  – wszystkie – do jednego, a mianowicie: jak długo jeszcze, już nawet bez uzupełniającego potrącenia o sens Świąt Wielkiej Nocy.

Za szarym kapeluszem pozostaje w kolejce szkarłatna wyobraźnia, z miejscem na mizianie po dniu obłym, czy po nocy za krótkiej. Coraz częściej szkarłatne stają się wszystkie wspominane wieczory w sadzie za szkołą i powroty do domu z pierwszym świtem po to, by Matkę na spacer wyprowadzić dookoła bloku, a wycieczka przedłuża się w powtarzalności swojej i trwa do teraz, co rano, gdzieś o czwartej, choć pamięć wyciera twarze i pozostają zaledwie ruchome plamy przyczepione do jakiejś wewnętrznej czasoprzestrzeni, za którą zjawi się, z pewnością, świetlisty tunel po to, by znów odzyskać ostrość kształtów przeżytych. Tak więc, szary kapelusz kompromisu ze swym magicznym lustrem, gdzie schować się można i bezpiecznie czekać, dopadł mnie i uchwycił i zostanie do końca po to, by było na tyle, co kształtu mieć nie musi.