Opublikowano Dodaj komentarz

Wino, wina i powinność

spacerPesymizm to tylko realizm. Nie wyklucza wcale optymizmu, który jest raczej skłonnością charakteru i, w moim mniemaniu, odmianą współczucia.  Wszystko zależy od punktu widzenia i z taką banalną prawdą pod rękę udam się za chwilę na hamak wśród eukaliptusów, gdzie koale świętują nieustanne lenistwo. Wada to i przywilej starości (starość zaś jest właściwością obiektywną, zależną od liczby lat i żadnego znaczenia zdaje się nie mieć tutaj fakt, iż czuję się niekiedy jak osiemnastolatek). W tym wszystkim czai się literatura jak chytry Prezes mrużąca żółte oczy gdzieś tam pomiędzy słowami, chociaż pamiętać należy, iż kolejną jest ona iluzją i tak naprawdę nie wiadomo, czy pomaga ludziom, czy raczej szkodzi.

koalowskiKoali zapiski o winie dotyczą raczej winy, której poczucie zasiano w moim pokoleniu, aniżeli wina, to – bowiem – było w tym blogu i jest podpórką, pozycjonerskim zabiegiem, a bardziej w oszustwie swoim przypomina przemysłowe wytwory sprzedawane na półkach dyskontów. Pisanie tutaj spełnia rolę terapii po to, bym po każdym twórczym orgazmie mógł spokojnie zdrzemnąć się w hamaku i o winie swojej, iż istnieję, zapomnieć, a ponieważ za winą zjawia się zwykle powinność zadośćuczynienia jak posmak długa, lub krótka, generuje ona każdy kolejny wpis i tak to trwa stając się przyzwyczajeniem. Pisząc za każdym razem udowadniam, że jestem sobie potrzebny właśnie ze względu na autoterapię, a że przy tym staram się wypić następne trzysta winnych butelek? Niech cieszą się handlowcy, gdyż klientem jestem znakomitym i niech płacze PARPA, gdyż wcale nie zamierzam się poddawać.

Bunt mas wyposażył mnie w masowy instrument, staram się – więc – rozumieć współczesność uczestnicząc w niej popkulturowo, tym bowiem jest blogowanie. Masowość nie wymaga ode mnie głębi i form rozbudowanych, a ćwicząc w gałęziach eukaliptusów słowne wygibasy pesymizmem kaleczę, jak brzytwą po oczach po to, aby chociaż niektórych zmusić do myślenia. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Wszystko to tylko i aż literatura

spacerPogrążony w coraz głębszym pesymizmie, z szarym kapeluszem kompromisu na półłysej czaszce, co miałoby przez słońcem chronić, siorbiąc landrynkowe vinho verde, w tym przypadku zielone, chociaż różowe Casal Garcia, coraz dalej jestem od rzeczywistości. Niestety żadna ciotka Julia nie przybiega, aby uratować mnie przed starczym uwiądem, słyszę w kółko te same zapowiedzi wieszczące wszelakie szczęście w najlepszej Rzeczypospolitej, gdzie amok konsumpcji odbierający rozum i poczucie miary opanował każdą komórkę mózgową, pozostaje, więc, tylko dostosować się do miłościwie panujących trendów, kompromis, zaś, wymaga ode mnie odpowiedniej dozy tchórzostwa, a to się dobrze składa, jako że koala nigdy bohaterem nie był i być – nagle – nie zamierza. Landrynkowatość zielonego wina, co to różowe jest  jak rozcieńczona denatura, potęguje we mnie poczucie rozdarcia, a jedynym miejscem, w którym temperatura uspokaja się i pozwala spokojnie zasnąć, jest fotel z czytnikiem e-booków otwierający przede mną kolejną nieskończoność.

schopenhauerRzeczywistość, gdyby nie było sztuki, stałaby się nie do zniesienia, w zasięgu moim są książki, oraz blogowanie, co zmienić może świat w całkiem przyjemny zakątek, jeżeli uda się wydusić w mojej głowie pluskwy polityków i ideologów, pozostawiając niezbędne minimum miejsca na zabezpieczenie wiarą, jako że szary kapelusz kompromisu wiarę mi podsuwa w zamian za doczesne polisy od cywilnej, czy wypadkowej doraźności. Wiara i wyobraźnia zupełnie wystarczą w starej głowie, młodym pozostawiając uporczywą naukę po to, by nie ośmieszali się w obliczu absolutu. Niedouczony świat młodości spowoduje, z pewnością, zagładę wszystkich światów, brak – bowiem – niezbędnej wiedzy ustępuje miejsca głupocie, a ta depcze wszystko, nie bacząc na to, że w końcu tunelu czeka nas wszystkich samozagłada. Każde słowo napisane w sieci, usłyszane w radiu, obejrzane w tv codziennie potwierdza mój pesymizm, a jedyną nadzieją staje się to, że wszechobecna głupota wolniej kroczy, niż dni moje, zagłada więc mojego ciała będzie wyłącznie naturalna i pozostawi resztę w spokoju przynajmniej na kilka dni dłużej.

Autor Arcydzieła, w którym jedynym ratunkiem staje się sztuka, musiał być sam był artystą o niezmierzonej zawartości rozterek, załamań, rozdygotania w samotności przeżywanego wszechświata. Stworzył coś, co przypomina w każdym z nas Jego udrękę, a teraz przygląda się z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczyma patrząc na to, jak każde z nas przebija się z dnia na dzień przez absurd istnienia. Może dlatego najważniejsze w tym wszystkim okazuje się współczucie, bo tylko ono stawia na jednej płaszczyźnie Stwórcę i jego dzieło. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Ameba w winnym i politycznym sosie

spacerWyobraziwszy sobie nagle ciotkę Julię przyodzianą jedynie w szary kapelusz kompromisu przy półce win z dyskontu i zmęczywszy kolejną butelkę nieszczególnego pochodzenia zacząłem zastanawiać się nad tym, dlaczego z dnia na dzień przestaje mi się chcieć, kiedy nagle koleżanka Małżonka z krzykiem nadbiegła, iż o moją cukrzycę się boi (tak jakby nie było wszystko Koala_wpisyjedno, na co umrzeć przyjdzie), co razem wzięte wcale nie spowodowało, iżbym znalazł szczególną ochotę. Przypomina mi to spotkanie w środku synagogi w Sejnach, której szare ściany ostro odbijały się od okolicznej zieleni, gdzie zagonił mnie wiatr historii po to, bym odgrywał rolę zupełnie do mnie niedopasowaną, no bo jaki związek ma potencjalna cukrzyca z ciotką Julią w szarym kapeluszu?

Zmęczyłem się nieco winami z Faktorii Win, czerwone się skończyły, pozostaje cała seria białych,  te zaś wymagają innego rytuału, dlatego czekam na upał, kiedy to łatwiej będzie kurczaka przepijać jakimś szardonejem. Poza tym szerszenie z włączonego telewizora przypominają mi, jak ulotny jest spokój i bezpieczeństwo, w których od kilku lat żyłem, a wszystko to z powodu innych koncepcji i antykoncepcji wykluwających się w głowach Argentyńczyków udających Albańczyków i Norwegów, szczególnie przejazdem przez Grajewo. Myślowa andropauza dotyka mnie, więc, i wpędza w zakłopotanie, nie tegom się bowiem spodziewał, myśląc, iż wiecznie piękny i młody będę i że picie wina co wieczór nie zmieni wątroby mojej w szary kapelusz kompromisu.

Oprócz tego od Sejn po Bourg en Bresse, od Treviso do Prostek nieustannie mam wrażenie, że ktoś obok mnie się przesuwa, kogo tylko ja widzę i coraz częściej wstyd czuję, nie tylko pod prysznicem. Jeszcze do tego kornik chrupie mój parapet, co zmusza do marzeń o miedzianej trumnie (oprócz ciągłego marzenia o ciotce Julii). I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Faktoria win niewinnie przez Powiatową przywitana

spacerBywalcy w moim blogu być może pamiętają wysiłki koali, który z radością witając inicjatywę POLOmarketu usiłował doradzić to i owo. Prawdę mówiąc Faktoria Win  jest – nieskromny jestem wielce – realizacją kropka w kropkę tamtych wskazówek, być może dlatego, że pewne pomysły rodzą się naraz  w wielu głowach, nie ma więc co do ich pochodzenia przywiązywać wagi, ważniejszym jest to, iż z pewnością skorzysta na nich Powiatowa, w której winny rynek zmonopolizowały wielkie (i w zasadzie obce) sieci. Faktoria Win jest inicjatywą rodzimą, wielkopolską, a jako franczyza (gdyż domyślam się, iż jest to franczyza) wpływa na dobrobyt wielu powiatowych przedsiębiorców. Oczywiście, można z wyrafinowania czepiać się marketingowych wygibasów, jednak słuszność inicjatywy zasadza się w jej ogólnokrajowej powszechności, w zamiarze zbożnym dotarcia do wszystkich mieszkańców tego pięknego kraju.

faktoria_menuPowiatowa nie składa się z samych misiów koala z dziurawą kieszenią. Mieszkają tutaj także obywatele zamożni, którym bliżej jest do stoiska Faktorii Win, niż do specjalistycznych piwnic w Stolicy. Jeżeli za inicjatywą Faktorii Win stanie znający się na winach handlowiec, a odpowiednio dobrane wina będą promowane należycie zachowując odpowiedni poziom, to wszyscy będziemy zadowoleni.

Dostałem od promotorów inicjatywy 12 win do degustacji, które będę spożywał ciesząc się, że w taki konkretny sposób przyczynię się rozwoju mojej Powiatowej. Zapraszając na wynikające z tego recenzje stwierdzam, że to byłoby, tym razem,  na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Melancholijna ciotka Julia przy pustych i brudnych kieliszkach

spacerJako że przyszło żyć w pozbawionych precyzji czasach, gdzie zamiast papieru oczy bolą od przewijania kciukiem, a ekran nie ma aromatu wylanej na kartkę kawy, pojawiają się niezwykłe w swojej niepotrzebności zamienniki, gadżety, bidule, za które dalibyśmy sobie głowy uciąć, a co najmniej sprzedalibyśmy wolność, tę bowiem już dawno pomyliliśmy z witrynami wypełnionym takimi właśnie gadżetami . Buntujemy się niekiedy, udajemy wielkie zainteresowanie losem zanurzonych w tradycji, aczkolwiek niespełnionych, marzeń, faktycznie jednak otwieramy gęby na widok każdego nowego bajeru, ten zaś służy tylko i aż do upychania w głowie minut uzupełniających pustkę, w której ani Argentyńczycy nie zajmują miejsca Albańczyków, ani Norwegowie o przedziwnych wyrokach nie uderzają w klawisze Remingtonów, jako że takich Remingtonów już nie ma. Coraz częściej takie „już nie ma” przemyka po głowie i staje się jedynym pewnym elementem w tym naszym czasie bez papieru.

Na szczęście horyzont wypełniony jest teraz konkretną żółtą plamą kwitnącego na potęgę mleczu, taką niby tropikalną egzuberancją na łąkach pośród szarego pola. Do tego rytm wczesnych poranków, zaparzanych ziółek, jajecznicy z parówkami na śniadanie, zakupów po południu, każdego dnia zupełnie tak samo i tylko pogoda raz deszcz, raz słońce przynosi,  w kółko Macieju zbliżając do tego, co nieuniknione i co każdego wieczora w kieliszku, do którego ciotka Julia nalewa kolejne krople merlota, równie śliwkowe, jak okrągłe słowa skryby, a ten maleńki i kogoś przypominający dyskursem krągłym i obiecankami, tańczący pokrętne tango przewrotów i powrotów, na które po raz setny każdy z nas daje się nabierać. Pozbawiony precyzji czas i kraj wokół zabudowany kontenerami dyskontów z półkami gadżetów i winem niewinem, chlebem bez zakwasu, kaszą z kamieni, majtkami w stertach masła.

Przy drodze wielebny z wieśniakiem, w komży białej święcący pole, na asfalcie obok dwa merce i ta brunatna ziemia, aż po horyzont, ja natomiast przelotem w hyundaiu moim do następnego dyskontu, wina przecież zabraknąć nie może, a nawet jeśli ciotki Julii nie stanie, kieliszki umyć trzeba. Ot kraj rewolucyjny, ot moje obyczaje. I to by było na tyle.