Opublikowano 1 komentarz

Blogowanie i cywilizacja karłów

spacerNie ukrywam, że wpis ten odnosi się do już istniejącego artykułu Pani Karoliny Korwin Piotrowskiej (tekst tutaj), który w  przedziwnej aktualnej sytuacji budzi we mnie równie przedziwne skojarzenia. Sam w moim blogu od trzech lat piszę o Koala_wpisyrewolcie mas; myśl Ortegi y Gasseta pochodzi z pierwszej połowy XX wieku, dlatego dziwi mnie takie nagłe otwieranie drzwi, które – do tego – zostały dość dawno otwarte. W kilku ostatnich wpisach odnoszących się do blogowania i do etycznych imperatywów blogera jako członka współczesnej elity podkreślam naszą odpowiedzialność, chociażby po to, by nie uczestniczyć w tworzeniu tytułowej cywilizacji karłów. Dlatego proszę o wyrozumiałość i cierpliwość moich Czytaczy: mimo iż prześmiewcą jestem z temperamentu, ten wpis będzie po ludzku poważny.

Rozpoczynając dywagacje na temat blogowania z konieczności wyguglowałem hasło: „blogi o blogowaniu” i otrzymałem od wielkiego archiwisty listę nieskończoną adresów, z których zainteresowały mnie niektóre, niektóre z nich polubiłem, zacząłem te teksty czytać i próbuję rozumieć, traktując jako wspaniałe źródło wiedzy o tym, czym stało się współczesne społeczeństwo. Taki staruszek jak ja nie jest już do końca członkiem współczesności, dzielą nas doświadczenia, a przede wszystkim to, że wychowano mnie w cywilizacji słowa, obrazki – natomiast – przyszły potem. Bardzo reprezentatywnym przedstawicielem nowego pokolenia, autorem z epoki obrazków godnym – jednak – zatrzymania się i zastanowienia jest niegdyś Kominek, teraz Jason Hunt (adres bloga tutaj). Skupia on w sobie wszystko to, z czym spiera się wspomniana KKP, a jednocześnie oboje mają wiele cech wspólnych łączących z rewoltą mas i skarleniem, przeciw któremu KKP tak bardzo się buntuje. Oboje są produktem rynku konsumpcji, masowego zapatrzenia w sukces za wszelką cenę, zwiastunami nowej epoki, gdzie nikt nie będzie mógł się wyróżniać z wszechobecnego tłumu, o ile nie przyniesie temu tłumowi określonych profitów.

Przedstawiając własny niepokój KKP sprzedaje produkt w jak najbardziej masowy sposób, poprzez emocje i obrazki, powstrzymując się od jakiejkolwiek refleksji.  Tekst, który czyta się bardzo dobrze, jest nieustannym krzykiem okraszonym agitkami w postaci cytatów z Twittera.  Nawet nie krzykiem, bardziej wrzaskiem. Jest kolejnym produktem stworzonym zgodnie z wymaganiami psychologii marketingu, skierowanym do anonimowego odbiorcy, czyli do tłumu. Marketing tego typu każe unikać pedagogiki i moralizatorstwa, dlatego dobre intencje maskowane są wulgarnością, ta zaś zabija w czytelniku szukającym myśli jakąkolwiek chęć na dalsze czytanie. Na poziomie tekstu, znaku ze znaczeniem, wulgarność funkcjonuje jako wehikuł  emocji, emocje zaś przypominają szamańskie hipnotyzowanie, a nie wysiłek, aby pojąć i przekazać wiedzę (wiedza, zresztą, zastrzeżona jest dla wybranych).

Współczesnym autorom ktoś wmówił, że teksty ich są czytane tylko przez idiotów, dlatego piszą tak, jakby tylko idioci takie teksty czytali.

Odczuwam to u KKP i u Jasona Hunta, gdzie inteligencja topi się w szambie najgorszych przywar karłów, przeciw którym występują, a z których żyją (niekiedy całkiem dobrze). Jak to się ma do roli blogera, czy w ogóle członka elity, który wynurzając się z anonimowości oprócz praw posiada także obowiązki? Jeszcze nie wiem, ale – być może – dowiem się i o tym, kiedyś, napiszę. I to by było na tyle.

Opublikowano 4 komentarze

Król na krótkich nóżkach

spacerJak żech już w poprzednim tekście napisał, marzyłem o monarchii w całej matuszce Unii i to o monarchii na światłe, brytyjskie kopyto, no ale widzi mi się, że coś te marzenia kulawymi już u podstaw będąc do portu żadnego nie wpłyną.  No ale pomarzyć dobra rzecz, oj życie Aloszy, oj życie… Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, nie będzie europejskie wino doprawiane angolskim sikaczem, ani też pudding podawany zamiast naszego budyniu (chociaż znam takich, którzy twierdzą, że pudding to nic innego jak białostocka babka ziemniaczana, tylko się Angolom trudno do tego przyznać).  W zasadzie można przećwiczyć jeszcze inną opcję: złożyć polski hołd brytyjskiej królowej (w końcu i tak większość Polaków płaci ubezpieczenie w UK) i poprosić, aby na miejsce wrednej Szkocji przyjęła nas na swoje łono. Byłoby to znakomite uwieńczenie tysiącletniej tradycji i tynkowanie przedmurza.

W ślad za takimi koali myślami w politycznej Europie rozpoczął się wyścig: kto komu wyrwie jak najwięcej. Chodzi chyba o spadek i wyrywanie spod konającej głowy poduszek po to, aby nikt nie zapomniał o miejscu należnym przy sporządzaniu testamentu. Nazwano to w uczony sposób ponownym formatowaniem Unii pokazując, że za ideologię wzięli się informatycy, czeka nas więc okres bicia klawiaturowej piany, ujadania, gonitwy za lisem, który okaże się króliczkiem, a potem z otchłani wyłoni się prawdziwy autor całego zamętu i będziemy wiedzieć (jeżeli przeżyjemy), komu najbardziej na bałaganie zależało. Na razie odnoszę wrażenie, iż moje marzenie o monarchii ktoś ze mną podziela, z małą jednak różnicą: monarchia ta nie brytyjską ma być pieczę nad całą Europą sprawując, a piastowską, tylko taka – bowiem – może zagwarantować Europejczykom powszechną szczęśliwość. Och witaj, Andrzeju Poniedzielski, tworzy się paradoks godny Twoich tekstów.

Pomyka, więc, na europejskie salony kolejny monarcha, ja gębę rozdziawiam zadziwiony wielce i z niepokojem patrzę, czy na tron zdołamy się wdrapać, jako że krótkonodzy jesteśmy raczej i w berła dzierżeniu niezaprawieni. Kciuki, owszem, trzymam, no bo dlaczego nie, w końcu, co nasze, to nasze, kompleksy moje – jednak – nie pozwalają na wiarę w dobry i miękki koniec. Przecież drabina do nieba zbutwiałą będąc nie utrzyma ciężaru naszych ambicji i czeka nas twarde lądowanie, czego nikomu nie życzę. I to by było na tyle.

Opublikowano 1 komentarz

Wolność w getcie

spacerPozostaje pozostawać prześmiewcą i takim nadal będę, jako że w tym znajduję rację najwyższą. Sprowadzać ad absurdum prawdy wyświechtane, wrzucane ludziom z każdej strony po to, aby gawiedź ogłupiać, zmęczyć myślenie i raz na zawsze mózgi skierować do obrazków. Zauważam, przy tym, że wiele różniących się opinii pochodzi od osobników z obcych sobie pokoleń, co – z pewnością – utrudnia zrozumienie, jako że różnice wynikają z zupełnie odmiennych doświadczeń. Otóż, jako stary zgred, nie jestem w stanie zrozumieć opinii małolata, który na świat przyszedł po roku ’89 i nie może – z kolei – pojąć mojej tęsknoty za stabilizacją. Cóż, moje pokolenie (przynajmniej w pewnych kręgach) woli ciepłą wodę od jej braku.

Europa mieć będzie kłopoty nie z powodu ignorancji i braku matury Schulza, a z powodu tego, że do głosu dochodzi pokolenie nieznające wojny.

W tv bodajże Robert Gwiazdowski i Jacek Santorski dyskutowali nad psychologicznymi aspektami brexitu, obaj godząc się z tym, iż zbiorowości oceniać nie można, gdyż takowa nie Koala_wpisyistnieje, a do czynienia mamy ze zbiorami jednostek. Przymierzając, więc, psychologię jednostki do zjawisk takich, jak brexit, w trochę kpiarski sposób doszli do wniosku, że stało się to, co w życiu każdego człowieka ma miejsce. Nastąpiło zmęczenie długotrwałym spokojem, błogostanem, ciszą bez wojny i psychika postanowiła zrobić coś nieobliczalnego. Zaszalała. I tylko tak należałoby to traktować. Dodam od siebie, że – moim zdaniem – ktoś ogłosił w UK referendum po to, by policzyć szeregi. No i wynik nie jest wcale taki jednoznaczny, jakbyśmy się mogli spodziewać. Trzeba wziąć pod uwagę fakt, że Brytowie to zbiorowość bardzo specyficzna, niezwykle przywiązana do niezależności w ramach niegdyś posiadanego imperium i że marzenia o powrocie do imperium ciągle są na Wyspach żywe. Po referendum okazało się, jednak, że aż 48% biorących w nim udział (przy bardzo wysokiej frekwencji) opowiedziało się za Unią, a ja to uważam za sukces Unii i za totalną klęskę tradycyjnie brytyjskiego oglądu świata. Ponieważ w tej grupie są ludzie młodzi i lepiej wykształceni, uważam, że proces globalizacji, tutaj wyrażany przez przynależność do Unii, będzie postępował w miarę odchodzenia starszych pokoleń.  Trzeba mieć nadzieję, że ludzie mądrzy w UK wyciągną z tego odpowiednie wnioski.

Wolność ma swoją cenę.

Paradoksalnie taka zapłacona cena może być mocniejszym fundamentem dla nadchodzących pokoleń, niż dziecięce marzenia o niewinności. Przypomnieć, jednak, wypada, że wolność pojmowana jako abstrakcyjna hipostaza jest pustym słowem. Nawet scholastyczna delicja wolności zawarta w katechizmie katolickim (jakże przy tym bliska definicji  marksistowskiej) ściąga na ziemię marzycieli, odnosi – bowiem – ludzkie postępowanie do wolnej woli zanurzonej w obowiązkach wobec drugiego człowieka. Tak to, również, pojmuje Benedykt XVI w encyklice „Caritas In Veritate”. Wolna wola, zaś, o tyle jest wolna, o ile jest świadoma, a więc nie może hołdować głupocie nagłych porywów. Filozoficznie pojmowana wolność, o ile posiada jakiekolwiek ograniczenie, przestaje być wolnością, nie może – bowiem – w sobie samej zawierać sprzeczności.  W dwóch komentarzach do mojego tekstu „God save the Queen”,  autorstwa Kazimierza i Jarosława, przy pozornie przeciwstawnych opiniach objawiła się taka sama postawa. Kazimierz stwierdził, że dla niego UE może nie istnieć, wystarczy brak granic i dostęp do bibliotek (poleciał też Wittgensteinem z tekstem o drabinie, zapominając, że drabiny można naprawiać, a nagłe wyciągnięcie drabiny może spowodować złamanie karku), Jarosław natomiast, jako szlachetny republikanin opowiedział się za UE o głębszej integracji (przynajmniej tak Jego intencje zrozumiałem). Otóż brak granic i dostęp do bibliotek jest najbardziej widocznym owocem istnienia Unii, opiera się natomiast na iluzji (przynajmniej dla mojego pokolenia) wiara, iż powrót państw w pełni niezależnych, a więc konkurencyjnych, taki brak granic zachowa; do bibliotek dostęp zawsze będzie o tyle swobodny, o ile nie będzie zagrażać podstawom systemu. Bardziej prawdopodobnym będzie wybuch serii konfliktów pomiędzy konkurentami do rynków zbytu.

Taka wolność, jaką wybrali sobie Brytowie, jest wolnością w getcie, gdzieś na marginesie zbiorowości. W dzisiejszym świecie ważniejszy jest dostęp do maksymalnie dużego rynku zbytu, niż imponderabilia związane z gwiazdą na pasiaku wyspiarza.

Jestem anglofilem, wszystko, co związane z kulturą anglo-saksońską jest dla mnie wyrocznią, a monarchia ze stetryczałym władcą jest dla mnie lepszym rozwiązaniem, niż rozpasane w źle rozumianej demokracji republiki (tylko w nich możliwy jest suweren oparty o 17% całości). Marzyłem o tym, że Brytowie skolonizują kontynent w ramach Unii (która stanie się monarchią), co byłoby dla nas jedynym ratunkiem. Tymczasem dzięki doraźnym interesom pseudo-architektów stchórzyli oni i skazali nas na wykonywanie poleceń typków utalentowanych wprawdzie, ale bez matury, czyli na asystowanie w kolejnych konwulsjach przy porodzie nowego świata. I to by było na tyle.

Opublikowano 7 komentarzy

God save the Queen

spacer
Przyszło nam żyć w takich czasach, kiedy to o interesach krajów decydują kundle, one bowiem najgłośniej szczekając zajmują miejsca przewodników stada. Wilkom już się nie chce, wyleniały i zainteresowane są tylko lizaniem własnego podogonia. W Zjednoczonym Królestwie takim kundlem jest osobnik o nazwisku wymawianym identycznie, jak wymawiali je jego hugenoccy przodkowie w zawsze wobec Anglii antagonistycznej Francji; o duszy Prusaka, który zaplątał się się gdzieś pod Londyn i zaczął szybko zatrącać koknejem czując pismo nosem. Nie będę wskazywał innych krajów, Zjednoczone Królestwo zajęło dziś w mojej głowie najwięcej miejsca, lecz kundle podobne żyją także w pobliżu, niektóre nawet katolikami stawszy się niedawno bardziej od Papieża są katolickie (co chyba trudnym nie jest). Wśród piesków kundle są najsympatyczniejsze, chociaż jazgotliwe, wśród ludzi nic nie jest bardziej zawzięte i ograniczone.

Kundle bardzo by tego chciały, lecz nic się od dzisiaj nie zmieni.

Londyn uzyskał następne dwa lata do kolejnego referendum, zwolennicy Unii dostali kopa, który  może wyjść na korzyść, jeśli potrafią zacisnąć pośladki, przemyślą błędy i zabiorą do roboty, Szkoci wypracowali sobie sobie lepszą pozycję w negocjacjach, Hindusi zatarli łapki, bo łatwiej będzie założyć firmę w Manchesterze i zalać Europę badziewiem, natomiast skamlać ciągle będą kundle, gdyż im jest głośniej, tym większe ze stołu spadną kości. Irlandczyków z Północy jak zawsze nikt nie zapyta o zdanie.

Na szczęście to w Anglii powstał Monty Python. Do dziś czytamy Dickensa i Szekspira, słuchamy Rolling Stonesów, czy Beatlesów. Niewiele wobec tego znaczą manipulacje, którymi oplatają nas kundle z całego świata; czy tego chce, czy nie chce, Anglia kulturowo jest ciągle częścią Europy, a fizycznie bez Europy sama sobie rady nie da. Podśpiewując więc  „Boże chroń Królową”  stwierdzam, że to by było na razie na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Page Rank o kant blogerskiej duszy

spacerI tak to Pan Gugiel przewrócił sieciowy świat do góry nogami, chociaż – jak znam życie – większość nie zdała sobie z tego sprawy. Nie ma już rankingu stron i nie bardzo wiadomo, czy coś Koala_wpisytaki ranking zastąpi. Tymczasem biegam sobie po blogach rozmaitych, przeglądam i czytam i zastanawiają mnie zauważalne sprzeczności. Nie wiem, czy są one wytworem celowej działalności autorów, czy też spowodowane są niewiedzą, chociaż w czasach powszechnej ignorancji wszystko, w zasadzie, jest możliwe. Często chcemy w dobrej wierze przekazać czytelnikom naszą najlepszą wiedzę, wydaje nam się jednak, że przekazując ją jesteśmy zwolnieni ze stosowania przez siebie głoszonych reguł.

Sami nie wierzymy własnym zaleceniom.

Autorka w niezłym artykule udziela wskazówek, jak napisać dobry tekst i stwierdza (za statystykami), że do końca tekstu wytrzymuje zwykle maks. 28% czytających.  Wypowiadając taką najprawdziwszą prawdę sama swój tekst ciągnie w nieskończoność, krasząc – w dodatku – dziesiątkiem zdjęć (pięknych, a i owszem,  chociaż każde z nich oddzielnie jest dobrym materiałem na kolejny wpis). Następny autor w tekście zawierającym 4000 znaków wypowiada prawdę o smacznym winie, którą można zawrzeć w jednym zdaniu (niekiedy wydaje mi się, że staliśmy się najgorliwszymi spadkobiercami łacińskiej retoryki, a Włosi przy nas to pikuś).

Strona internetowa jest w założeniu plakatem, a czytając plakat oczy czytającego muszą ją objąć przy pomocy jednego ruchu w formie litery Z.

Jeżeli takich zet będzie więcej, trudno czytającego do strony przekonać. Ucieknie tam, gdzie nie będzie musiał zbytnio się napracować. Jest to tak oczywiste, jak oczywiste są wymiary monitora. Jeżeli, więc, zamierzam napisać jeden wspaniały, ale długi tekst, lepiej, abym ten tekst podzielił na krótkie i dosadne fragmenty, a każdy z nich powinien mieć trzy części: wstęp, rozwinięcie i zakończenie, zwykle z mocną puentą. O tym uczyli kiedyś w szkołach i aż dziw bierze, że takie reguły umykają w kosmos większości współczesnych blogerów. Ciągną się potem takie teksty, jak tasiemce w nieskończoność, każdy  zaś autor tworzy we własnej świadomości dzieła epokowe, chociaż czas dzieł epokowych już dawno przeminął. I to by było na tyle.

Opublikowano 1 komentarz

Czytajmy Jancis Robinson

spacerI to nie tylko po to, aby dowiedzieć się mądrych rzeczy o winie, ale także, aby nauczyć się zwięzłego i prostego wyrażania myśli. Mało kto posiadł umiejętność jasnego formułowania opinii, wielu z nas komplikuje najprostsze sprawy w niedopuszczalny sposób, dlatego też przypominam o istnieniu wzorca, a takim wzorcem są teksty Jancis Robinson. Zakupiłem ostatnio w Amazonie e-booka, miałem spory wybór, ale – jak zwykle – zdecydowała cena i przeczytałem z wypiekami na twarzy jednym haustem i to nie dlatego, iżbym znalazł w tej książeczce jakieś nowe, fascynujące informacje. Odkryłem niezwykłą prostotę, być może charakterystyczną u wszystkich, którzy wiedzą, o czym mówią, lub piszą.

Wśród powszechnych mitów o winie jednym z najczęściej powtarzanych jest to, że im wino droższe, tym lepsze. Za Jancis Robinson wypada mi stwierdzić, że cena najlepszych Koala_wpisybutelek wina kształtuje się w przedziale między £8, a £20. Poniżej 8 funtów zwykle trudno jest handlowcom znaleźć miejsce na marżę ponad stałymi kosztami i podatkami, więc łatwiej jest tutaj znaleźć wino kiepskie. Powyżej 20 funtów ryzykujemy wydanie pieniędzy na snobizm, a więc podtrzymanie wartości własnego ego, koszty ‘pozycjonowania’ marki i inne marketingowe ekstrawagancje. Drugie stwierdzenie, które ucieszyło moją starą głowę dotyczy kieliszków, o których Jancis Robinson powiada, iż nie ma praktycznie żadnego znaczenia stosowanie oddzielnych do win białych i czerwonych i że można pić wszystkie wina z takich samych. W książeczce są również bardzo rozsądne stwierdzenia dotyczące temperatury spożywania wina i wiele innych ciekawostek (zainteresowanych odsyłam do oryginału).

Ze stwierdzenia dotyczącego cen wina wynika, że plonk, jaki spożywamy po zakupach w dyskoncie, jest owocem okazji, nie zaś zwykłej gry rynkowej. Dlatego też picie takich winiawek zawsze będzie przygodą, poszukiwaniem tajemniczego Graala, jako że cena tych butelek jest wypadkową spotkania się wiatrów północnych ze wschodnimi i radości o poranku jakiegoś Prezesa. Nie warto więc kruszyć kopii z tego powodu, pisać elaboratów, wypada raczej skromnie popijać marząc o tym, że jakiś biały gołąb przyniesie w dziobie los na loterię i wreszcie będziemy mogli spróbować mitycznego Pomerola. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Autonomia blogera

spacerOtóż to. Osobniczka/osobnik posiadłszy większą dozę ambicji stają się szczurami silniejszymi i sprytniejszymi, w wyobraźni swojej goszczą pomysły nie z tej ziemi i gonią gdzieś do przodu jak odrzutowce jakieś. Samiec/samica alfa. Przywódcy. Radośni, albo sfrustrowani, a jednak zawsze twórcy, a jako tacy członkami elity się stają, wybrańców, którzy sami z siebie wybrani manipulują, lub będą manipulować innymi. Oto, więc, blogerzy (czy tego chcą, czy nie, takimi są i basta).

Masy chcą spożywać, nie chce im się myśleć, nawet pracować im się nie chce, byleby tylko ktoś dał im na wikt i opierunek. W zasadzie nie warto mieć o to pretensji. Każdy jest, jakim chce Koala_wpisybyć, wolna jego wola i niech sobie istnieją miliony w masach pogodzonych z losem za jakieś niewielkie pieniądze, o ile tylko system pozwala na oderwanie się ambitniejszym od tych mas (pod warunkiem, że będzie to w jego najjaśniejszym systemowym interesie). Na powstanie nowej elity, w której łatwo zaistnieć i jeszcze łatwiej zniknąć (samooczyszczenie niepozwalające na twardnienie struktury, na gnicie, jak to w starych elitach bywało). Oderwać można się dzięki inteligencji i uporczywej pracy. Bloger coś o tym wie, siedząc każdego ranka nad klawiaturą i zmuszając zaspany mózg do myślenia. Poważnie pojmujący świat bloger publikuje nieomal codziennie, do tego robi to z własnej, tylko własnej, woli. Nikt go do niczego nie zmusza. Jest wolny, jak ptaszęta.

Im większa swoboda i autonomia, tym większy obowiązek wynikający ze świadomego pełnienia misji. Odpowiedzialny bloger zna miejsce swoje w świecie i kodeks etyczny pozwalający tworzyć zgodnie, chociażby, z Dekalogiem, czy nawet ze zdrowym rozsądkiem. Ciekawi mnie jednak, iż w Sieci tak niewiele miejsca poświęcono etycznym implikacjom istnienia blogerskiego zjawiska, chociaż jest to nisza, w której wiele ciekawych roślin można byłoby wyhodować. O wiele przecież ważniejszą jest dyskusja nad etycznym przesłaniem członkostwa w elicie, niż rozważanie, jak wiele błędów ortograficznych można na stronie pomieścić. Elita, przecież, to szlachectwo, a noblesse oblige. I to by było, tym razem, zupełnie na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Przykazania blogera

spacerInternetowych odbiorców można podzielić – z grubsza – na dwie kategorie. W pierwszej, która zajmuje około 10% wszystkich odwiedzających, umieściłbym „czytaczy” odwiedzających celowo określoną stronę, znających autora takiej strony z poprzednio przeczytanych tekstów, nieszukających niespodzianek, ani doraźnych informacji, krótko mówiąc fanów strony. W drugiej (a tutaj umieściłbym około 90% gości) znajdują się odwiedzający poszukujący informacji, kierowani na adres strony przez wyszukiwarki,  w dużej mierze przypadkowi i pokrywający się – w pewnej mierze – z wyobrażeniem o wszechobecnych masach. Do nich to właściwie odnosi się pozycjonowanie, gdyż im wyższe miejsce strony w wyszukiwarkach, tym więcej przypadkowych odwiedzających w poszukiwaniu informacji.

Bloger ma do czynienia z obiema kategoriami i od jego woli zależy, czy przywiązuje większą wagę do pierwszej, czy do drugiej. Bloger literat, filozof, czy artysta woli stałych odbiorców (oby ich było jak najwięcej), a w jego przypadku strony mogą być długie, przypominać eseje, rozdziały powieści, wystawy obrazów; bloger sprzedawca, marketingowiec, czy importer goniąc za klientami woli kategorię drugą i cały wysiłek wkłada w pozycjonowanie strony, zasady zaś takiego pozycjonowania w pewnej chwili zaczynają przysłaniać zdrowy rozsądek, upodabniając stronę do katalogu fraz kluczowych, jednorodnego znaku graficznego, lub też plakatu reklamowego. Długi tekst w tym przypadku staje się zupełnie niepotrzebny.

Będąc jednak członkiem elity, o której wspomniałem w poprzednim tekście, każdy bloger, czy to literat, czy spec od marketingu, posiadają takie same obowiązki. Wynikają one zarówno z uwarunkowań struktury bloga, jak z uwarunkowań społecznych blogera i podlegają takim samym etycznym przykazaniom, jak wszystko, czym powinna kierować się uczciwa jednostka w życiu społecznym. Imperatywy etyczne obowiązują – przecież – przedsiębiorców, blogerów, zwykłych zjadaczy chleba, dlatego też należałoby do nich przywiązywać większą wagę. W Sieci wcale nie istnieje „hulaj dusza, piekła nie ma”. Dobrze się Sieci przyglądając można zauważyć sporo obowiązków i kanonów postępowania. O tym – jednak – kiedy indziej. I to by było na tyle. Nie wolno czytacza nużyć zbyt wieloma słowy.

Opublikowano Dodaj komentarz

Niezaprzeczalnie dumny los blogera

spacerPęd do konsumpcji, tempo życia, specjalny system oświaty tak zorganizowany, by produkował jak największą rzeszę konsumentów nie przeszkadzając w funkcjonowaniu społeczeństwa, jako że wszelka refleksja, każdy cień indywidualizmu mogą być w podobnie ustawionym systemie zagrożeniem; to wszystko powoduje, że jednostce nie chce się myśleć, a nawet jeśli, nie ma na Koala_wpisyrefleksję czasu, gdyż narzucany przez system pęd do konsumpcji generuje najgorszy znany we wszechświecie wyzysk: wynikającą z subiektywnej potrzeby każdego z nas konieczność zarabiania na coraz to nowe gadżety. Jodi Dean w swoich rozważaniach o blogowaniu znajduje etykietę, panujący system nazywając informacyjnym kapitalizmem (communicative capitalism – zdaję sobie sprawę, że moje tłumaczenie może do angielskiego tworu nie przylegać), ja natomiast uważając, iż liczą się tylko konkretne jednostki i ich związki w rzeczywistym świecie, czy też zjawiska z tymi związkami połączone, uważam, że niczego nowego nie wnosi wprowadzanie kolejnych etykiet, gdyż przypomina bardziej szamańskie zaklinanie świata przy pomocy słów, w których nie muszą kryć się jakieś pojęcia.

Otóż – na szczęście – w zglajszachtowanym świecie, w takich jak najbardziej pozbawionych refleksji jednostkach istnieją ambicje, wynikające – właśnie – z woli najszerszego posiadania. Ambitne jednostki pragnące odróżniać się od innych posiadaniem większej liczby gadżetów odcinają się od reszty dzięki woli. Wyścig szczurów generuje nowe elity, być może szybciej przemijające, a jednak elity. Pojawiają się one w masowym społeczeństwie właśnie na poziomie instrumentu informacyjnego, czyli w Internecie, gdyż do takiego instrumentu każdy z nas ma dostęp. Internet jest najbardziej demokratycznym sposobem kreowania elit. Swoistą kuźnią arystokracji, która w sprzężeniu zwrotnym kształtuje wzorce zgodne z celami wyznaczonymi przez funkcje systemu. W kapitalizmie powstał zupełnie komunistyczny podsystem, służący  do utrzymania takiego kapitalizmu, który zaspokaja potrzeby każdego dzięki rynkowi konsumpcji. I tutaj, właśnie, widzę ratunek.

Nadal ważna jest wola i nie jest ważne, co ją napędza, czy też czyim jest napędem. Subiektywna wola każdego z nas i nieograniczone, praktycznie, możliwości czerpania wiedzy w Sieci powodują, że ambitniejsze jednostki uczą się i uzyskują samoświadomość. Takimi jednostkami są blogerzy, nowy typ pisarza w świecie masowych instrumentów. Nie zawsze uświadamiają sobie ważność własnej roli, przyjdzie to z czasem, z nabywanym doświadczenie, jednakże w samych sobie kształtują nową świadomość, a to dzięki  obowiązkowi codziennej twórczości po to, by stać się innymi, wyróżniać od reszty, przekazywać informacje po to, by mieć dostęp do większej liczby dóbr. Bloger jest elementem nowej elity i to brzmi dumnie. Będąc członkiem elity, nie tylko w sensie większych możliwości zarabiania na życie (u niektórych bardzo dobrych możliwości), bloger plasuje się na zupełnie innym poziomie, co – zresztą – generuje nowe obowiązki, a o tym kiedy indziej (bo tekst powinien być krótki po to, aby czytacz oczu nie zmęczył). I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Bloger jako kto?

spacerPrzez stulecia masy walczyły o zajęcie należnego miejsca, nie zawsze uświadamiając sobie, czy takie należne miejsce istnieje. Powstawał mit, wraz z tym mitem kolejne zbudowane z marzeń podpartych na kulawych hipostazach, umożliwiające coraz to nowe manipulacje ze strony cwaniaków uwielbiających masy wykorzystywać. Potyczki mas i manipulatorów Koala_wpisykształtowały historię, rewolucje następowały po okresach zastoju, a technologia rozwijała się dostarczając coraz to nowych narzędzi wyzysku. Masy stawały się coraz liczniejsze, świat kretyniał, mądrzał, znów kretyniał, aż nadszedł moment, kiedy jakość ustąpiła przed ilością i znaleźliśmy się w dniu dzisiejszym. Przedziwne sploty okoliczności spowodowały, iż rewolta mas udała się, nastąpiła epoka praktycznie nieograniczonej wolności, masy zaś ze względu na masową naturę rozpoczęły stopniowe eliminowanie dotychczasowych zarządców, utożsamiając wyzysk z elitami, tradycyjnie złożonymi z osobników uprzywilejowanych.

Masy elit nie cierpią, boją się – bowiem – powrotu do stanu przed rewolucją, a ponieważ nie są podatne na jakąkolwiek refleksję, nie można im wytłumaczyć, iż powrót taki jest po prostu niemożliwy. Masy, oprócz tego, wyposażono w demokrację czyli w ich mniemaniu narzędzie awansu społecznego i, jak dotąd, najlepszy sposób na utrzymanie równowagi w społeczeństwie. Ktoś jednak przeoczył  to, że masy jako takie są kolejną hipostazą, tworem pozbawionym bytu, praktycznie nieistniejącym poza językiem. W rzeczywistości mamy do czynienia z miliardami pojedynczych osobników, z których każdy reprezentuje własne interesy (ponieważ nawet w hipostazie narodu interesów jest tyle, ile jest jednostek).  A przy tym im więcej jest jednostek, tym więcej dóbr trzeba dla nich wytworzyć. Ktoś sprytnie zauważył, że jedyną wolnością faktyczną jest wolność dostępu do nieograniczonych dóbr,  co wiąże się z konsumpcją stającą się automatycznie jedynym wspólnym mianownikiem w nieograniczonej liczbie sprzecznych interesów jednostkowych. Wywalczyliśmy więc sobie wolność po to, aby w nieograniczony sposób konsumować, dlatego też masy po zlikwidowaniu elit, które kiedyś wyznaczały cele i po wyniesieniu na ołtarze idola konsumpcji, oddają się takiej egzystencji, w której jedyną wartością jest posiadanie, coraz więcej i coraz bardziej. Wolność stała się narzędziem konsumowania, po konsumowaniu następuje trawienie, a po trawieniu wydalanie, produkt zaś wydalania dostosowywany jest do kolejnych wcieleń tak, by i inni mieli zeń jakąś satysfakcję.

Technologia zaoferowała masom Internet, który oprócz wielu znakomitych zastosowań  spełnia przede wszystkim rolę platformy informacyjnej ułatwiającej dostęp do ciągle nowych dóbr konsumpcji. Internet jest realizacją marzenia o równym dostępie do wszystkiego, a nieograniczony w istocie dostęp do Internetu pozwala masom poczuć się prawdziwym zarządcą świata. Poczuć się, nie być, jako że – jak już napisałem – mas po prostu nie ma. Są natomiast ich przedstawiciele, czyli kolejna rzesza konkretnych manipulatorów obracających na swoją korzyść zbiorowe wyobrażenia. Trendy, mody, zjawiska kulturowe i kulturalne ewenty, a wszystko to w imię powszechnego dostępu (im jest powszechniejszy, tym większa konsumpcja i tym większe po strawieniu  łajno, które należałoby posprzątać). Z takich to manipulatorów wyłania się nowa elita, nowa sól ziemi, na której oprze się w przyszłości nowy porządek świata. I cóż, blogerzy (wszyscy, nie tylko ci od wina) – czy tego chcą, czy nie – są takiej elity częścią i o tym, w istocie, mam zamiar w przyszłości pisać. I to by było na tyle.