Opublikowano 1 komentarz

Dialog, wyzwolenie, Franciszek

Uważni czytacze moich filozofujących wynurzeń, którzy nie są jeszcze zupełnie „imbambolati” i którym obca jest kanapa szczęścia, z pewnością zauważą, iż wiele konkluzji nas łączy, dlatego też po wysłuchaniu kazania Jorge Bergoglio w Brzegach chciałbym podziękować losowi, że nie jestem sam na świecie i że dożyłem chwili, kiedy w przechylonej na prawo polskiej łodzi dane mi było wysłuchać, co ma o świecie do powiedzenia teologia wyzwolenia, chociaż wielu głosiło jej odejście po słowach JPII w Puebla.

Przez ostatnie dni ładuję akumulatory przyglądając się pięknej młodości; patrzę na cudowne uśmiechy i odradza się we mnie nadzieja, niezależnie od dziejących się wokół didaskaliów. Nie jestem – przy tym – zupełnie pewny, czy aktualnie nam panujący Suweren dobrze zrobił wpuszczając na naszą ziemię tak wywrotowy zaczyn. Po owocach poznamy, a świat poza mną i we mnie z pewnością nie będzie od teraz taki sam.

Oprócz znudzonych młodych emerytów zasmuca mnie jednak również (może bardziej) wiatr wysiewany przez miłośników burzy, tu i teraz.

Rozbudzanie agresji i poczucia zagrożenia, straszenie każdego dnia i rozdmuchiwanie w tym kraju iskry wyjątkowości naszego nacjonalizmu może obudzić demony, nad którymi nikt nie zapanuje. Dziwi przy tym fakt, że wśród dyrygentów zbiorowego amoku jest tak wielu współbraci, którzy Polakami stali się w pierwszym, drugim, góra trzecim pokoleniu, nie widzę, bowiem, wśród nich żadnego instynktu samozachowawczego.

Manipulacja agresją może, przecież, uderzyć w nich samych, a wiele setek lat współżycia znów może skończyć się  zagładą, nie bacząc na to, jak świetlane są w tym intencje.

Wściekły suweren jest zwykle ślepy i bije tych, których najbardziej nie lubi.  Jak, więc, odnaleźć się w nadziei ze słów Franciszka nadchodzącej i w pokręconych wyrokach nad starym Powstańcem? I to by było na tyle. Koala wybiera się do Włoch. Napić się wina i zapomnieć o naszych paranojach.

Opublikowano Dodaj komentarz

Początki kija bez końców

Czyli: jak spieprzyć najlepszy przepis na szczęśliwość radosną?

Ano zebrać wszystkie dane i oceny, postawić diagnozy, na metę dobiec, lecz pychą się kierując stwierdzić, że wiemy lepiej i zamiast  500 g mąki dać cały kilogram, zamiast 200 g cukru dać 250 i tak dalej. Zamiast ciasta będziemy mieć mamałygę, a marzenia o smaku wyrafinowanym pójdą się rypać gdzieś w śmietniku historii, pycha bowiem zabije wszystko, a jeśli do tego skojarzona z mechanicznym pojmowaniem faktów, zabije wszystko i jeszcze więcej.

To, że kij ma dwa końce, wiemy dobrze od zawsze.

Niektórzy jednak boją się, że wiedza taka zbyt trąci dialektyką, a ponieważ wychowano ich na obrazkach i nie wiedzą, że końce kija to skutek i przyczyna, wolą wymyślać kije jednokończaste. I znów pycha wymyśla kolejne formalne oszustwa, jak wąż zielony w trawach wije się, łeb wystawia i diabelskim podszeptem wmawia nam, że zawsze rację mamy i że kij może być nawet bez końców.

Dialektyki, zaś, boimy się jak diabeł  święconej wody.

Nic nie ma dla nas początku, ani końca, więc wszystko jedną jest linią bez kropek i przecinków.

Tak budujemy sobie szubienicę z własnej pychy, jako że co raz nienawiścią zasiane niebawem wyrośnie.

Ciasto piec, natomiast, należy tak, jak przepis każe, zgodnie z przykazaniami i zdrowym rozsądkiem, a tego nie zmienimy żadnymi zaklęciami. W historii pełno już było błaznów, co miarę zatraciwszy głowy pod topór kładli, najlepsze zamiary marnując.

Przebudzony dzisiejszą informacją o Nicei, a jeszcze w pamięci mając wczorajsze idiotyzmy, oddalam się w moje gąszcze załamany, bo lepiej nie będzie. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Kobyła o blogowaniu i pieczarkach

Czyli trochę mniej o kupie, więcej o literatach.

Kobyła zastanowiła się i podpowiedziała: „Założyć powinieneś menażerię krasnoludów i pisać codziennie o ich dokonaniach, przynajmniej ta twoja kupa do czegoś się przyda. Ja mam z tego pieczarki”. Tak, niechybnie, zrobię, na razie przygotowuję do tego psychę, czuję się jak niewinna, choć już rumiana, panienka przed spożyciem nocy poślubnej. Wynurzenia o kupie oparte na blogerskiej rzeczywistości są preludium, fuga – natomiast – nastąpi.

Oskarżono, bowiem, pewnego blogera, że w nieustannym ekshibicjonizmie jest jak publiczna defekacja.

Ciekawe, że nikomu nie przychodzi takie oskarżenie do głowy wobec, dajmy na to, Prusa, który tym się różnił od piszącego codziennie blogera, iż nie znał Internetu, a pisał każdego dnia. Nie przychodzi nikomu do głowy wylewanie własnych kompleksów na papierowych literatów, blogera natomiast traktuje się z góry, mimo że w masowej kulturze wszyscy jesteśmy, po równo, zanurzeni. Dlategom się uniósł nieco, do kobyły udał, a ta, jak co rano, wykład mi wygłosiła o wyższości pieczarek łąkowych nad sztucznie hodowanymi, podkreślając nieodzowność własnego nawozu i mimochodem rzucając: „przecież w sieci więcej cię ludzi czyta, niż w nakładach książek”.

Sądziła, że mnie wesprze, podbuduje, ja jednak przeraziłem się trochę takiej rzeczywistości, no bo faktycznie: moją kupę rocznie ogląda jakieś 180 tysięcy osób, powinienem więc ją jakoś przystroić. Dlatego pomysł kobyły z krasnoludzią menażerią wydał mi się strzałem w dziesiątkę i przez noc całą myśleć będę, jak role poprzydzielać. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Sadzenie kupy na centralnym placu

Jak powiada znajoma kobyła z łąki za drogą: nie uchodzi, Panie, nie uchodzi.

Kobyła woli posadzić za drzewkami (tam też rosną najlepsze pieczarki), a najbardziej uwielbia kradzież kanapek rybakom, którzy ścieżką przekradają się nad brzeg jeziora. Ale żeby na centralnym placu?

Przede wszystkim należałoby określić dokładnie, czy taki plac centralnym jest, gdzie się znalazł i czyim jest centrum. Jeżeli w tym mieście wszyscy sadzą kupy centralnie, to plac taki nie placem jest, a kiblem publicznym i nie ma o co kruszyć starych zębów. Jeżeli  natomiast to tylko zabłąkany Jazon Wędrowiec po prostu przelotem posadził sobie kupkę malutką, gwoli okolicznych much satysfakcji, to o co się kłócimy? O muchę, czy o fetor? Wiatr rozniesie każdy smród, a jeżeli jeszcze to biały szkwał, to nawet kobyłę wymiecie, nie tylko malutkie gówienka. A mucha? Właśnie ją packą zatłukłem, w ramach ochrony życia.

Sadzenie kupy w zamkniętej toalecie trąci staropanieństwem i notoryczną samotnością.

Wynika z tego, że nikt nie chce tyłka samotnika oglądać, a i nawóz z tego żaden i pieczarek nie będzie. Nawet budyniu Dr Oetkera samotne przygotowanie jest smutne z zasady, no bo co to za satysfakcja budyniem się delektować i nie móc pochwalić, bowiem nikt nie słucha?

Dlatego nie godzę się ze znajomą kobyłą, uważam bowiem, że każdy może sadzić tam, gdzie mu najserdeczniej.

Im więcej zaś braci zasadzeniem moim zachwycać się będzie, tym zdrowszym się stanę, a więc i świat okoliczny będzie spokojniejszy, jako że ja szczęśliwym będąc nie będę po opłotkach latał z siekierą, coby swój porządek wprowadzać.

I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

I odpuść nam nasze

Winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.

Otóż te słowa znamy chyba wszyscy. Obojętna strona, z której przychodzimy i historia, jaką za sobą ciągniemy. Jakoś tak zauważam, że nieliczni komentatorzy moich wpisów chcieliby, abym określił się raz na zawsze. Wygodniej byłoby mnie szufladkować.

Blogerem będąc subiektywnie tnę po oczach i nadal tak będę ciął, ale nie za to, co w zawartości.

Mnie interesuje wyłącznie forma. Każdy ma prawo do własnych przekonań, ja zaś mam prawo wyłącznie do krytyki sposobu, w jakim te przekonania są wyrażane. Nie znaczy to wcale, że zgadzam się ze wszystkim, co miniony czas w sobie zawierał; też, na przykład, jestem przeciwny aborcji, ale świadomość istnienia Dekalogu i wolnej woli każdego z nas oddzielnie każe mi przypuszczać, że nie moim jest zadaniem zastępowanie Pana Boga. Wolałbym miłosierdzie i takie narodu wychowanie, aby każdy z jego członków na swój Sąd Ostateczny mógł stawić się z podniesionym czołem. Jest to sprawa każdego z nas, lecz nie nasza. W nasza kryje się manipulacja w celach doczesnych, a więc w założeniu niecnych.  W nasza kryje się polityka.

Piękna forma uszlachetnia treść.

Forma zdegenerowana z powodu wulgarności (a wulgarnością nie są wcale poszczególne słowa), oskarżeń, czy łajania powoduje dezintegrację treści i nawet najlepsze intencje zalewa łajno, co zamiast treści daje smród.

W polityce wygrywają dzisiaj gówniarze.

Mogą mieć dobre intencje, prawidłowe rozpoznanie problemów, dalekosiężne programy, lecz forma, w jakiej starają się światu przekazać własną wartość smrodem przesłania dobrą wolę. Nie treść ich komunikatu krytykuję, lecz formę, jakem bloger, a więc w pewnym sensie moralista.

I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Na czkawkę czytaj blogi

Lajfstylowe, stylowe, niestylowe, winne i niewinne, czytaj, ucz się, pisz i żyj.

Właśnie skończyłem kolejną książkę Tomka Tomczyka „Bloger i Social Media” i wraca do mnie Pan Optymizm. W odmóżdżonym świecie kciuka i fejsbuka są jeszcze młode wilki, które nie ciumkają długopisów i piszą, a pióro mają takie, że wszystkie laski świata chciałyby się do takiego pióra przytulić. Pan Tomczyk przywraca nadzieję, a jednocześnie potwierdza moje przypuszczenia. Przez blogerowanie do elity, choć jest ona zupełnie inna niż poprzednie, będąc elitą dokonań, nie zaś przywilejów.

Próbowałem zaczepić Jazona Myśliwca, lecz próba zbyt była ryzykownie wczesna.

Postąpiłem mianowicie jak ten durny szczeniak i w jakimś statusie, czy komentarzu podpisałem się linkiem do bloga. Sorry, Mr Hunt, nigdy już więcej tego nie zrobię i jeżeli dotrą do Pana kiedykolwiek te słowa: przepraszam, nie takie były moje intencje. Trochę na skróty chciałem wzbudzić zainteresowanie. Tych, którzy pragnęliby  dowiedzieć się, com uczynił, iż teraz przepraszać wypada, odsyłam do książki.

Warto ją przeczytać, nawet jako beletrystykę, gdyż facet pisząc unosi się nad wodą, a do tego jeszcze sprawia, że ciężkie tyłki w fotelach także jak pióra ptasie się stają.

Ja zaś czuję, żem po przeczytaniu lepszy, co można traktować jako rekomendację (nie zwykłem żadnych tyłków lizać i nie mam w tym interesu).

Piję więc dialogiczny toast za blogerów, na względzie mając szczególnie tych zajmujących się winem, tak wiele, przecież, im zawdzięczam. Niech czytają inne blogi, także kominkowe (niezależnie do ksywki) pamiętając, że wino sens ma przede wszystkim jako wehikuł dialogu, nie marketingowe narzędzie do nabijania kabzy, a blog jest instrumentem wyrażania własnego zdania (jak kto woli: subiektywnej opinii).

I to by było na tyle.

Opublikowano 4 komentarze

Ciumkanie długopisu

Porównując, jednak, języki używane w różnych obozach adwersarzy (ciągle w tle mając rewoltę mas, zmiany w oświacie, czy konsumpcjonizm) widzę jeszcze inne konsekwencje. Fakt, że zachwyciły mnie wypowiedzi Pani Profesor Łętowskiej, a nie podoba sposób ekspresji stosowany przez określonych i wszystkim znanych przedstawicieli suwerena, nie oznacza, że jednoznacznie popieram obóz przeciwny. Mój gust skłania mnie do Profesor Łętowskiej, ale zdaję sobie sprawę, że większość takiego języka nie rozumie, tak jak nie jest w stanie myśleć rozpoznając związki przyczyny i skutku. Rozwój technologiczny i błędy notorycznie popełniane w oświacie stworzyły takich ludzi, z jakimi mamy do czynienia i nie ma co się na taką sytuację obrażać.

Trzeba, jednak, zdawać sobie sprawę z faktu, że jeśli cywilizacja obrazkowa do reszty zabije zdolność myślenia abstrakcyjnego, pozostawiając ją u kilku wysoce wyspecjalizowanych jednostek, członków wąskiej elity, to jak skorpion ugryzie się we własny tyłek i zejdzie z tego świata, wcale nie w chwale.

Nie rozumiejąc, więc, języka inteligencji, masy automatycznie ustawiają się po stronie tych, którzy taką inteligencję mają za nic, ci – bowiem – mówią słowami prostymi aż do bólu i niekiedy wulgarnie opisują życie tak, jak je codziennie widzimy. Nie owijają makaronu nic nieznaczących dla nas słów wokół uszu, a więc nie manipulują, gdyż tam, gdzie nie ma zrozumienia, pojawia się manipulacja, lub chociaż strach przed manipulacją.

Zasadniczym błędem naszej inteligencji jest to, że w trakcie transformacji przestała myśleć w kategoriach zbiorowości, oderwała od mas, zamknęła w złotych klatkach dokonań, z których Powiatowa nic nie miała, aż wreszcie nastąpiło ostateczne pęknięcie i masy pogoniły dawnych bajerantów sądząc, że ci nowi przestali bajerować, jako że mówią po ludzku.

Faktycznie słowa Joachima, czy innych jakich ni-jakich są proste i tną równo tak, jak specjaliści od politycznego marketingu kazali, a słowa ich poprzedników wyświechtanymi będąc nad miarę niczego za sobą nie niosły.  Analiza sposobu komunikowania pozwala wykryć każde kłamstwo, nie moją, jednak, jest rolą odkrywanie Ameryki (ta zresztą sama do nas przybyła i dała mocnego kopa). Stwierdzam tylko, że z aktualnie rządzącymi długo nikt nie wygra, jeżeli nie wrócimy z obłoków i nie nauczymy żyć bliżej ludzi.  I mówić prosto, a marzy mi się, że i gramatycznie.

Młodych trzeba uczyć od nowa myślenia, pokazać istnienie przyczyn i skutków i sprawić, że poczują w sobie moc tworzenia bez wyszczekanych pośredników. Na razie jednak wszyscy ciumkamy długopis. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Leśne dziadki i język Pani Profesór

Udało mi się znaleźć następne tanie wino miesiąca, tym razem w Intermarché, ale o tym napiszę jutro, no może pojutrze, przejmuję się bowiem bardzo wskazówkami Jazona Myśliwca i staram pisać codziennie, ale wszystko podlega zużyciu, nawet koala. Dzisiaj pociągnę temat leśnych dziadków, chociaż zdaję sobie sprawę, że temat to trudny i nie bardzo nadaje się do prześmiewczego opisu prostym językiem. No, ale jakie czasy, taki język. Właśnie.

Trochę przypadkiem obejrzałem wywiad Redaktora Morozowskiego z Panią Profesor Łętowską, dawniej rzeczniczką praw obywatelskich i wywiadem tym byłem zachwycony. Nawet nie ze względu na treść, z wieloma sformułowaniami można dyskutować, zachwyciła mnie przede wszystkim forma; język, jakim się Pani Profesor posługuje i swoboda, umiejętność wypowiadania bez zacietrzewienia, starając się zrozumieć wszystkie strony. Zastanawia mnie, jednak, co wspólnego ma taki język z tym, czym posługujemy się – wszyscy –  codziennie. Z drugiej strony pojawia się, przecież,  język o wiele bardziej znanej Pani Profesór, która wypowiada się na zlecenie tytułowych leśnych dziadków.

Problemem zasadniczym, jednak, jest to, że to słynna Pani Profesór jest słyszana, dociera do mas, do  potencjalnego elektoratu, a ludzi takich, jak Profesor Łętowska masy – po prostu – nie rozumieją, przyzwyczajone do obrazków w telewizorni i na monitorze komputera, lub smartfona kupionego dziecku na komunię.

Paradoksalnie, leśne dziadki pociągające za sznurki są bliższe kulturowo Pani Profesor Łętowskiej (znam ich dobrze, jeszcze z PRL, zwykle są to przemiłe miśki o wielkich ambicjach), ponieważ, jednak, cynicznie wykorzystują zbuntowane masy, muszą posługiwać się takim rejestrem języka, jaki jest powszechnie rozumiany. Zresztą leśne dziadki same nie pokazują się na powierzchni, posługują się – raczej –  w polityce młodymi wilkami , wyszkolonymi w wyścigu szczurów profesjonalistami, a ci są już z cywilizacji kciuka i obrazków i mają trudności z myśleniem abstrakcyjnym. Docierają do mas stosując zrozumiałe myki, ale popełniają kardynalne błędy właśnie dlatego, że zbytnio odrywają się od abstrakcji, po prostu mówiąc zbyt chamscy są i przyziemni (być może w tych błędach jest cała nasza nadzieja). To, że leśne dziadki trafnie opisały dręczące nas problemy, wcale nie oznacza, że poprawnie potrafią je rozwiązać. Na razie wszystko to bardziej przypomina magiel, niż rozwiązywanie problemów.

Co to ma wspólnego z winem w dyskontach, blogowaniem i masami Ortegi y Gasseta? Otóż wszystko to stanowi jedną całość, którą kiedyś włoscy filozofowie Benedetto Croce, Giovanni Gentile i Antonio Gramsci z różnych stron barykady i każdy z innego punktu widzenia (jeden jako światły mieszczanin, drugi jako ideolog faszyzmu, trzeci jako żarliwy komunista) opisywali jako „blok historyczny”, ja zaś po prostu nazywam bagnem, w którym jesteśmy wszyscy zanurzeni.

Nasz blok, więc, to zdegradowane do roli konsumujących mas społeczeństwo, którym manipulują różne leśne dziadki, wykorzystując do imentu wady i przywary, do manipulacji zaś zatrudniając ścigające się szczury, roboty wychowane w cywilizacji kciuka.

I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Lizanie witryny

Powolny demontaż pseudo liberalnej republiki kolesiów trwa. Dokonywany przez wynajętych speców od socjotechniki, wcale nie w białych rękawiczkach, ale widać takie są koleje historii, iż każda transformacja ma swoją kontrrewolucję. Ancien régime trzymał się mocno w ukryciu, leśni dziadkowie przez ćwierć wieku szykowali desant przyglądając się, jak nieumiejętne rządzenie przygotowuje grunt pod ich nasadzenia, no i mamy nagle suwerena w postaci 17 % wszystkich uprawnionych do głosowania. Wcale mnie to nie dziwi, sporo w życiu przeczytałem i sporom widział; prawdopodobnie jeszcze zobaczę, dziwi mnie – jednak – wzburzenie pojawiające się tu i ówdzie z powodu, jakoby, niskiego poziomu propagandy, języka z rynsztoka, którym spece od politycznego marketingu posługują się, aby zniszczyć adwersarzy.

Pisząc sobie tutaj o różnych rzeczach, chociażby o winiawce, opieram się na diagnozie Ortegi y Gasseta, wieszczącego w latach trzydziestych ubiegłego stulecia rewoltę mas. Otóż te masy, ze względu na dość skomplikowany splot okoliczności, doszły do głosu i w kraju naszym znalazły przedstawicieli w postaci stęsknionych do sprawowania władzy leśnych dziadków. Sam Prezes nic nie znaczy, jest tylko umiejętnie wystawiany na pierwszą linię, spece bowiem zrozumieli, że masom potrzebny jest autorytet. Masy z Powiatowej są, jakie są. Mają tyle, ile mają. Trzeba było o nich pamiętać w odpowiednim momencie. Leśni dziadkowie dobrze zrozumieli bunt wyrażony w pojawieniu się outsiderów od wielkiego rockmana i wyciągnęli natychmiast wnioski, no i mamy to, co mamy. Outsiderzy od wielkiego rockmana to tylko druga twarz zaniedbanych i zbuntowanych mas;  taka, której przestraszyli się wszyscy. A stopniowe ogłupianie dotknęło cały naród po kolejnych reformach oświaty, jeszcze od ministra Kuberskiego.

Profesór Krystyna wcale nie jest wulgarna, ani płytka, ona jedynie mówi językiem rozumianym przez jej elektorat i robi to na zamówienie. To samo Marszałek, czy były czerwony prokurator, czy rozedrgany minister.  Po to, by dla mas istnieć, trzeba dostosować się do ich poziomu. Prezes też tak mówi, w zależności od tego, co pragnie osiągnąć. Nie ma się co dziwić, są oni wytworem sytuacji,  w którą wpędzili nas ich poprzednicy.

Dla ludzi z wyższej półki spece od socjotechniki mają innych zawodowców, których słucha się przyjemnie i którzy wiedzą, o czym mówią. Ich jest sporo w szeregach siły rządzącej, wystarczy obejrzeć program Macieja Wierzyńskiego w TVN i posłuchać zaproszonego Ministra Konrada Szymańskiego. I wiedza jest i rozsądek. Ale to tylko dla wybranych.

Rządzą nami zawodowi geniusze. Potrafią wykorzystać wszystko, co przynosi procenty u wyborców, więc należy mieć nadzieję, że rzeczywiste rządy również będą genialne. Nie trzeba im dawać kredytu zaufania. Sami sobie taki kredyt wzięli i nigdy go nie oddadzą. Są produktem obiektywnej historii. W telebaczenii od kilku dni lansują wywiad, jakiego udzielił człowiek z zupełnie innej bajki, były prezes NBP prof. Marek Belka. Dałem się nabrać na lep, kupiłem Forbesa wydając 15 PLN (teraz rozumiem, dlaczego to reklamują) i z zainteresowaniem przeczytałem, jak to Marek Belka w istocie zgadza się z podejmowanymi przez władzę działaniami. Znakomity sposób na zagospodarowanie kolejnych wyborców. Pociągnięcie słuszne i  genialne, choć  Powiatowej w aspekcie win nadal pozostaje lizanie witryny, czekając aż spełnią obietnice. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Dwa kije w barszczu, czyli mrowisko z akcyzą

Tytuł odzwierciedla kosmiczny bałagan, jaki zapanował we łbie koali po lekturze blogerskich tekstów i komentarzy przy okazji „Kija w mrowisku”. Dyskusja mnie dobiła, leżę więc sobie w konarach eukaliptusa i rozważam, czy nie lepiej byłoby pisać o przesławnym budyniu Dr Oetkera. Trochę ta dyskusja przywołuje na myśl rozważania o chlapaniu ozorem, trochę o wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem, mieści się w każdym razie w kanonie wystąpień ogólnych i narodowych.

Wracając do meritumu. Przeszukałem archiwa Komisji Europejskiej i Izb Handlowych w prawie każdym kraju Wspólnoty, sprawdziłem w starczej głowie przepisy i muszę z ogromną przykrością stwierdzić, że Redaktor Wojciech Bońkowski ma rację piętnując nielegalność zakupów Online za granicą (chodzi, oczywiście, o wino), a nie jest tutaj, bynajmniej, winne prawo RP, lecz brak odpowiednich regulacji wspólnotowych. Gdyby takie istniały, zawsze można byłoby przywołać nadrzędność prawa wspólnotowego nad przepisami lokalnymi, no tutaj Panowie gwiździec, nic takiego nie ma.

W Śtraśburgu i Brukselach wolą unikanie problemów (co potem skutkuje exitami).

Pozostaje więc świadomie oddawać się konsumpcji wyrobu przemysłowego, który ja zwę winiawką, a który dyskonty wciskają nam w imię naszych smakowych ambicji. Tłuste koty nie mają się co obawiać, dzięki takim przemysłowym wynalazkom jesteśmy rasą skazaną na wymarcie na skutek chemicznie wywołanej marskości wątroby. Owszem, czasami zdarzają się w dyskontach rodzynki, jak na przykład mianowany przeze mnie winem miesiąca Markiz z Karasków, ale poszukiwanie takich rodzynków w marketach przypomina taniec muchy w pajęczynie; ja wolę jednak konary eukaliptusa. I to by było na tyle.