Opublikowano Dodaj komentarz

Chlapanie ozorem

Można byłoby przypuszczać, że jesteśmy w Grecji jakiejś, czy też na Sycylii. Nawet Północne Włochy są mniej wylewne. Każde z nas uwielbia chlapać ozorem i to bez zastanowienia. Na każdy temat wyrzucamy z siebie setki, tysiące słów, a targowisko mylimy z agorą po to, by dziamgać bez opamiętania. Naród przekupek, które nie na straganach przesiadują, lecz w maglu.

Internet to targowisko zwięzłości.

Niczego bardziej nie lubię, jak przewijania ekranu. Tekst powinien być krótki i celny, jak uderzenie pięścią pewnego posła, co to Wałęsę chciał na pięści wyzywać. Czym innym jest pisanie książek, opisy przyrody, czy historie czytane potem w łóżeczku do wtóru dłoni poszukującej przyjemności; czym innym krótki tekst pobieżnie odbierany w autobusie, lub pociągu z ekranu smartfona. Tutaj wieszczów nie trzeba.

Idealny tekst szybkiego blogera powinien streścić się w tytule, jak w szlagworcie popularnej piosenki.

Cała reszta to bicie piany, erudycyjne poskoki małpy usiłującej przypodobać się publiczności, nie rozumiejąc, że publiczność nie ma czasu i że wymaga konkretów. Czasu, zaś, coraz mniej i lepiej nie będzie. Co odczuwając koala ucieka w eukaliptusy. I to by było na tyle.

Opublikowano 9 komentarzy

O blogerach i importerach

siekiera i wino
To taki trochę akademicki kij w mrowisku. Dyskusja, której zwieńczeniem jest ostatni wpis Pana Sławomira Chrzczonowicza w Winicjatywie (tekst tutaj) przypomina poszukiwanie dziurki tam, gdzie rura służąca z natury swojej do melioracji jest perforowana. Zaczęła się od prowokacyjnego stwierdzenia tegoż Pana Chrzczonowicza, jakoby blogerzy winni jemu, jako importerowi, do niczego nie byli potrzebni, co spowodowało oczywiste reperkusje wynikające z urażonych ambicji. Wiem, że tekstem moim wciskam się coś jakby między flaszkę, a zakąskę, jako że środowisko za blogera winnego mnie nie uważa, dając to niekiedy boleśnie do zrozumienia, jednakże sprawa dotyczy pryncypiów i pomieszania pojęć, a mój temperament kiepskiego nauczyciela nie znosi bałaganu w głowach, chyba że jest to bałagan celowy i może przynieść określone profity.

Bloger ze sprzedażą wina nie ma nic wspólnego. Bloger to literat, a blog tworzy, bo w ogóle tworzy.

Skłaniam się tutaj do takiej definicji blogerstwa, jaką można znaleźć chociażby w tekstach Tomka Tomczyka, a więc uważam, że bloger zmierza ku Sztuce, a reklamowanie półek w sklepie może mu być pomocne jedynie jako zabieg artystyczny, lub pozycjonerski. W takim rozumieniu sporo blogów zajmujących się promocją wina zarejestrowanych w Blogosferze wcale blogami nie jest, rzecz dotyczy źle stosowanej terminologii, a nawet szamani słowa powinni być w myślach i wypowiedziach precyzyjni. Nic tak nie psuje powietrza, jak niewiedza o własnych pobudkach, wynikająca z ignorancji. Absolutnie nie znam się na winie, natomiast pisząc o nim, staram się oddzielać takie teksty od reszty i umieszczam je w kategorii „recenzje”, gdyż służą one wyłącznie pozycjonowaniu pozostałych. Inną sprawą jest, że wielu czytających moje strony lubi je, właśnie, i moje wysiłki szanuje, staram się – bowiem – recenzje pisać uczciwie, wcale nie licząc na jakiekolwiek profity od importerskiego zaplecza.

Blogerem nie jestem z powodu tego, że piszę o winie, lecz dlatego, że w ogóle piszę i publikuję w Sieci, a importerzy wina nie są mi do niczego potrzebni, chyba że czasami się z którymś napiję (za moje własne pieniądze).

Trochę w tym winy Winicjatywy, która określa nazwą „blogosfera” wszystkich tych, którzy zarejestrowali się w portalu i publikują raz na jakiś czas wlewając wino do tekstów. Rozumiem taki zabieg, z punktu widzenia obecności w Sieci ma on dla Winicjatywy kapitalne znaczenie (także pozycjonerskie), jednakże wrzucanie wszystkich do jednego worka tworzy bałagan, a w brudnej wodzie żerują bakterie i drapieżniki. Świadom poza tym, że i tak świata nie zmienię, zresztą wcale nie zamierzam, oddalam się (po zjedzeniu budyniu doktora Oetkera) teraz w koronę eukaliptusa po to, by strzelić sobie drzemkę. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Polując z Jazonem w poszukiwaniu optymizmu

spacerGdzieś w tym wszystkim jest sens. Nawet po karnych z Portugalią (a mecz piękny był, zaiste). Deszcz, również, pomógł w nocy i trawnik się zazielenił (co ma złe strony, bo trzeba go kosić). Przyducha metafizyczna na moment ustąpiła, a to z powodu e-booka, com go na stronie Jazona Myśliwca nabył. Słowa Mistrza nanizane misternie jak paciorki blogerskiego różańca połykam od wczoraj z wypiekami na twarzy, łysiejąca czaszka dymi z wrażeń nadmiaru, a nawet dochodzę do wniosku, że zakup tego e-booka był najlepszą inwestycją, jaką kiedykolwiek uskuteczniłem.  Nie twierdzę, że wszystko, co w książce znaleźć można, jest prawdą absolutną, sporo w słowach Mistrza marketingowej pozy, jednak wyjaśnienia autora pozwalają mi lepiej zrozumieć sieciowe zjawiska, a nawet w jakimś zakresie usprawiedliwić niektóre wulgaryzmy, chociaż kłócą się one z dobrym smakiem. No, ale kto dzisiaj przejmuje się dobrym smakiem?

Płacz nad karłami, załamywanie rąk przyglądając się zalewowi mas i głupieniu jednostek ma sens o tyle, o ile czemuś służy.

Histeria w ogóle jest bez sensu, jak bez sensu jest wrzucanie do tekstu wulgaryzmów co drugie słowo. Jeżeli natomiast jest to wszystko początkiem namysłu: co zrobić, aby wszystkim było lepiej, odzyskuje sens, jako że każda refleksja potrzebna jest po to, by dobrze posługiwać się wolną wolą. Blogerstwo to początek świadomego uczestnictwa; z czasem blogerzy stając się świadomymi członkami elity uznają własne powołanie i wartość i zaczną zastanawiać nad etycznymi implikacjami dokonywanych codziennie wyborów. Do tego, jednak, potrzebny jest czas i dystans.

Tak to za słowami Jazona dojrzałem śmiejącą się gębę optymizmu, co spowodowało, że nawet kiepski sikacz spożywany wczoraj wieczorem wydał mi się szczytem winnych możliwości. Potem przez pół nocy śniły mi się sutki, którymi mózg Jazona jest zapchany, a właścicielki tychże starały się namówić mnie do igraszek, które w pewnym wieku skończyć się mogą zawałem. Pomiędzy karesami zastanawiałem się, w jaki sposób połączyć ogień z wodą i nadać blogerskim technikom etyczny wymiar, tutaj jednak wkroczyłem na tereny grząskie, poza Siecią i raczej w dziedzinie socjotechniki, pedagogiki, reform nie-reform oświaty, religijnych przykazań i różnych takich innych, co wyczerpało mnie do reszty, bardziej aniżeli sutko-przytulanki. Potem o czwartej rano kotka obudziła mnie, bo na tarasie grasował jej kolega i wstałem dziwnie zadowolony. I to by było na tyle.