Opublikowano 6 komentarzy

Kto zarabia na braku regulacji prawnych?

Jeżeli stanowione prawo jest proste, jednoznaczne, rozsądne i sympatyczne, nie ma możliwości obejścia i każdy je respektuje, chociażby dlatego, że tak wypada. Tam, gdzie celowo powstają ustawy wieloznaczne, z pogmatwanymi interpretacjami, pojawia się przestrzeń dla oszustw, a także możliwości nieograniczone dorabiania dla wielu kieszeni.

Aby było jasnym, Państwo samo jest najpotężniejszym lobbystą w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, zasłaniając się grupami nacisku, korporacjami, tajemniczymi cudzoziemskimi oszustami, wszystko zaś po to, by jego funkcjonariusze mogli do imentu wykorzystać każdą okazję i budować własne potęgi.  I tak polska klasa średnia powstaje, przede wszystkim, dzięki nieprecyzyjnym ustawom.

Dobra ustawa o przedsiębiorczości już była, nazywała się ustawą Wilczka, a dzięki niej przeżyliśmy krótki okres prosperity. Niestety zaraz potem biurokratyczna narośl nazywana u nas Państwem uświadomiła sobie, że można żyć z koncesji i to nie tylko oficjalnie, lecz również z nieformalnych opłat przy celowo zaciemnionych interpretacjach. Rozpoczęła się nieposkromiona gorączka tworzenia wielokrotnie sprzecznych ustaw i wcale tutaj nie widzę różnicy między aktualnymi i byłymi rządzącymi, jako że nie istniały między nimi nigdy rzeczywiste sprzeczności, jeżeli już to pozorne po to, by omamić rzesze petentów do wydojenia.

Koncesje na sprzedaż alkoholu dostarczają kasy (nie tylko Państwu) i tak są zbudowane, aby nikt nigdy nie zaznał spokoju. W ramach takich koncesji istnieje możliwość sprzedaży Online, a raczej taka ustawy interpretacja, aby wszystko zależało od czyjegoś widzimisię.

Dlatego ośmielam się stwierdzić, że sytuacja nie zmieni się na lepsze, jak bowiem wprowadzać dobre zmiany, z których urzędnicy nic mieć nie będą? Tam, gdzie nic nie wolno, można szermować przywilejami, na krótkim pasku trzymać wiernych u nogi i przymykać oczy tam, gdzie to wygodne.  Porządna ustawa o koncesjach, zgodna z literą i duchem współczesności, pozbawiłaby administrację władzy zamykając kanały dodatkowych zarobków. Przestańmy się, więc, łudzić i przygotujmy na kolejne 50 lat pisania o winach, które legalnie winami nie są. I to by było na tyle.

Opublikowano 14 komentarzy

Pytanie wprost o intencje

Nie będzie to żadna filozofia, ani poezja, chociaż ze snem wariata śnionym nieprzytomnie wiąże się moje pytanie, bo czyż ostatnio opisywane w blogach winnych wyroki NSA dotyczące sprzedaży alkoholu Online (patrz tutaj) nie są majaczeniem wariata prowokując wkurzonego koalę do zadawania pytań wprost, bez słów, co zwierciadłem, czy innych wygibasów.

Otóż pytam wprost o intencje. Domyślam się, że Wielki Budowniczy zamiary precyzyjnie wykreślił w cieniu prawej półkuli i buduje stopniowo strukturę rzeczywistą wychodząc z przesłanek logicznych. Takie postępowanie narzuca określony porządek; więcej, w nim nie ma miejsca na bałagan. Cóż, ja tutaj, na tym łez padole, zauważam jedynie bałagan, co nieśmiało sugeruje, iż może Wielki Budowniczy nie ma żadnej koncepcji, a może nawet, że nie ma żadnego Wielkiego Budowniczego, zaś obraz jego wyświetlają nam  na różnych ekranach otaczający oszuści, w bardzo doraźnych i wcale nie ideowych celach.

Zaganianie przeciwników do jednego narożnika nie dając im żadnej możliwości riposty może wynikać z ideologicznego założenia budowy zupełnie nowego historycznego ładu w oparciu o wyłącznie własną formację, która sama się potem podzieli i stworzy nowe konfiguracje i opozycje. Wnioskuję, więc, że przy tak głębokich warstwach myśli nie ma miejsca na codzienne problemy rozkapryszonych inteligentów, którym zamarzyło się, na przykład, kupowanie wina w Sieci. Nie ma nawet miejsca na wino, ono bowiem kojarzy się z niesławnymi ośmiorniczkami i postmodernistycznym wyuzdaniem.

W budowanym bloku historycznym coś trzeba będzie jednak zrobić z kielichem wznoszonym w trakcie Ofiary, wytłumaczyć własnym wyborcom, że Ofiary spełnić nie idzie przy pomocy swojskiego bimberku, dlatego czarno widzę. To znaczy widzę jeszcze jasno, ale zupełnie czarne plamy.

Tak to wspaniałe projekty Wielkich Budowniczych, społeczna inżynieria, obietnice Raju na Ziemi i wieczna szczęśliwość , wszystko to o kant można rozbić stołu, jeżeli zwyczajne sprawy są Demiurgowi zupełnie nieznane. Tymczasem w wyszczekanych pyskówkach akolitów niknie rzeczywistość, a tej krzykiem nie da rady zakląć, malutkie problemy trzeba rozwiązywać rozumiejąc, że każda dobra zmiana dla ludzi jest, nie ludzie dla zmiany. Na razie codziennie słyszę połajanki łobuzów ze Świerklańca i czytam wyroki sądów, które zabraniają mi bąki puszczać, chociażby w Sieci, a nie będzie wcale lepiej (sny wariata śnione nieprzytomnie to mają, właśnie, do siebie). I to by było na tyle.

P.S. Zdając sobie sprawę, że teksty takie świadczą o bezsilności, odmawiam im sensu. Zresztą sądzę, że uważa tak samo i Demiurg, który stwierdzając brak sensu w bezsilnej krytyce pewnego dnia zupełnie słusznie nakaże pisać teksty zupełnie sensowne, nagradzając co poniektórych przymknięciem oka na sieciowo winne zakupy, a wtedy działania niezgodne z prawem staną się, dla niektórych, przywilejem.

Opublikowano 2 komentarze

Serwus Madonna

A tutaj nagle spotkanie liryczne ze szczwanymi gadzinami manipulującymi, a może manipulowanymi, a kto kogo i po co, dowiedzieć się nie zdołałem; zresztą, co by to dało? Ulżyło w bólu istnienia? Przywróciło zdrowie chorym dzieciom? Rozjaśniło we łbach rządzącym? Raczej nie. W zaognionym przez nieodpowiedzialny postęp absurdzie pojawiają się coraz to nowsze i coraz to bardziej absurdalne próby zrozumienia, moim zdaniem prowadzące donikąd, jako że wszystko wszędzie i donikąd zmierza.

Jeśli, więc, świat cały wokół oszalał, to każda próba normalności w tym świecie może zostać uznana za skrajny idiotyzm, a powaga, z jaką wygłasza się odwiecznie banalne sądy, równie jest bezsensowna, jak chichot jakiejś tam jaszczurki.

Młodym będąc przeczuwałem, że za wszystkim stoi (pełzając) zielony wąż mądrości, nie wiadomo dlaczego sądziłem, że ukrywa się pod Burgas (a może w tekstach Radiczkowa), zdziwiony zatem trochę jestem, iż wężem będąc świat cały owinął tracąc przy okazji wiele z gadziego rozsądku.

W takim kontekście wolno jest słowa stosować jak dwustronne lustra, w nich bowiem odbiją się prawdy różne dla każdego, tak samo bezsensowne, jak cała reszta. W mrozie, który krew ścina w rurach, pozostaje koali rola sowizdrzała  i popijanie win dyskontowych, a także tych droższych, bacząc pilnie, czy nie ukrył się w nich kolejny chemiczny spisek i czy niebieskie smugi proszkiem swoim nie psują mi smaku, ten zaś i tak od początku zaprawiony był eukaliptusem.

Gdzieś zapodziałem szary kapelusz kompromisu, ciotka Julia przychodzi do mnie nocą (coś zanadto przypominając nadobną Martę i lata szalone) i szturchając w stare boki przypomina, że czas porządnie ustawić busolę. Cóż, kiedy bieguny się przemagnesowały. I to by było, jeszcze, na tyle.

Opublikowano 11 komentarzy

Lidler na dachu, czyli obciach w sieci

Noworoczna rzecz raczej bezpretensjonalnie o  blogowaniu, nie o jakiejś tam wyższości Świąt Wielkanocnych. Rozważania o tym, czy o Lidlu pisać, czy też o Biedronce są w odkrywczości swojej niezwykłe; wynurzają się jak potwór z Loch Ness wtedy, gdy nie ma o czym pisać, a Sieć z batem nad łbem stoi i nakazuje publikować. No bo jeśli nie ma publikacji, nie ma istnienia, jeśli nie ma istnienia, pustka w głowie i wokół. Tragedia, smutek, serca rozerwane na strzępy. A w Sieci konkurencja, czyli same sępy. Lidlowski bloger, nazwany zręcznie lidlerem jak skrzypek na dachu wygrywa kuranty i wznosi się do chmur nieomal dotykając wieczności.

W strasznych żyjemy czasach. Nieustannie przejściowych, a w nich grzęźniemy, bo to bagno niepewności, jako że wszystko, co tradycyjne i wymagające wysiłku (nie tylko umysłowego) poszło sobie w przeszłość, to zaś, co przed nami, tak niepewnym jest i mało zrozumiałym. Dawniej było prościej, król był nagi, czy inny dyktator, którzy za nas decydowali, do gara dorzucali, abyśmy siły mieli pracować, uczyć się do tego kazali, bo nie lubili smrodu głupoty, a my w nich wzorce mając przez życie całe wznosiliśmy się, niekiedy w szczęściu umierając.

Dzisiaj są nas miliony jednakowo głodnych konsumentów, a  gdzieś ukryci w 2 procentach zarządcy pociągają za sznurki po to, abyśmy ciągle nowe gadżety kupowali. Nadszedł, bowiem, świat mas i gadżetów, w masach roztopiły się stare elity, zabrakło wzorców, królów prawie nie ma, wszyscy tacy sami i w zasadzie wszystko wolno, jako że bóstwa pogrzebano na cmentarzysku wolności, równości, no i braterstwa (chociaż tego ostatniego nie rozumiejąc wolimy braciom szyby powybijać, przynajmniej od czasu do czasu). Szkoły przystosowano do potrzeb społeczeństwa masowego, więc wytwarzają bezkrytycznych zjadaczy gadżetów, pozbawionych refleksji, ci zaś nie zadają pytania: dlaczego, obce są im bowiem związki skutku i przyczyny (tak usunięto groźbę buntu), oni bezkrytycznie wierzą w jednoznaczność php, htm, C++, a powstałe dzięki temu ikony i plakaty segregują w komórkach mózgowych, jak rejestry w archiwach.

Na szczęście istnieje jeszcze ambicja,  ta zaś napędza silniki bardziej zakompleksionych jednostek  w drodze do upragnionych 2 procent zarządców świata i tak powoli kształtują się nowe elity. Blogerzy, w rozlicznych swoich odmianach, mniej lub bardziej świadomie, stają się częścią tych elit. Rzekłbym elit-jelit, one bowiem jak kiszki trawią i wydalają to, co im masowa społeczność w pokarmie podrzuca.

Ideałem byłoby, gdyby ich świadomość umiała połączyć to, co najbardziej wartościowe w tradycji z najbardziej odżywczymi mikroelementami masowego pokarmu, jako że częścią elit będąc pełnią blogerzy rolę również wychowawczą. Stają się krótkotrwałym wzorcem dla własnych odbiorców, którzy czytając teksty-ikony uznają, że tak właśnie trzeba.

Bloger wzorce przekazuje przy pomocy języka. Język ten można traktować różnie, pisząc jednak i angażując osobowość w to, co chcemy światu ogłosić przechodzimy od sfery profanum do sfery sacrum.  Jakie, więc, ma być to sacrum, jeżeli profanum pomyliliśmy z vulgus, z wulgarnością plebsu? Jak możemy propagować wzorce, jeśli słowa w głowie wymieszamy z łajnem? Szczególnie jest to trudne w naszym języku, gdzie wulgarność okrutnie uboga i gdzie możemy ją odmieniać w trzech, góra czterech słowach, a bloger pisarzem będąc powinien takich słów mieć setki i w nich wybierać po to, by gawiedź oszołomić.

Wulgarność sens miała kiedyś, kiedy tradycyjne elity stosowały odświętny język po to, by zniewalać innych; wtedy dobrze użyty wulgaryzm wybuchał jak bomba. Dzisiaj wszyscy jesteśmy na co dzień wulgarni, granatem więc stać się może jedynie język odświętny, w przeciwnym przypadku skończymy jak petardy w Łomiankach. I to by było na tyle.

A ludzi trzeba, kurwa, kochać.

P.S. Dołączam wyjaśnienie, po przeczytaniu w Facebooku komentarza Roberta Szulca: „Wyjaśniam precyzując: nie drażni mnie wcale pisanie o produktach z Lidla, czy Biedronki, bo taki mamy rynek i nic na to nie poradzimy, wkurza mnie – natomiast – pisanie o pisaniu, czy też cenzurowanie pisania (tak jako to ostatnio w paru wpisach blogerskich znalazłem) o produktach z Lidla, czy Biedry. Wystrzegam się, jak mogę, wypowiadania o tym, co i jak piszą inni blogerzy (no może formę mogę krytykować, zresztą tak jak i mnie krytykują, bo wulgaryzmów nie znoszę – patrz wpis w tym winnym blogu). Nie wolno mi jednak cenzurować tego, co inni piszą. Mają takie prawo i już. Ktoś próbuje nas wmanewrować w konflikty między konkurencją, nie dajmy się.”