Opublikowano Dodaj komentarz

Umarł król, niech żyje król

Wypędziłem koalę w eukaliptusy, zaczął mi bowiem zbytnio bruździć, wdawał się w durne polityczne utarczki, brał udział w niepotrzebnych nikomu konkursach, w ogóle tracił energię i czas na podrygiwanie i zbytki, no i ciągle oglądał się za dziewczynami, nawet w Sieci, co w moim wieku i nie uchodzi, i jest niezdrowe.  Głośno o tym fakcie na łamach bloga zawiadamiając miałem okazję przyglądać się potem z niekłamaną satysfakcją, jak – nagle – zaczynają nadlatywać sępy i to w takiej liczbie, jakiej nie byłem sobie w stanie wyobrazić.

Tak to jest, w kraju naszym wystarczy napisać, że ktoś sobie zrobił kukę, albo miał wypadek, albo – najlepiej –wyzionął ducha, aby nad mogiłą jego zebrać tłumy cmokających ze wzruszenia widzów. Kiedyś po jarmarkach jeździło się i pokazywało babę z jajami, czy garbusa, który miał niewieście atrybuty i to najbardziej człowieczeństwo interesowało. Podobnie jest teraz w Sieci. Wystarczyło publicznie pogonić koalę, aby w narodzie internetowym wzbudzić zainteresowanie.

W taki więc sposób zmuszony jestem, pod publikę, kombinować ze zmianą strategii. Obawiam się, jednak, że w ten sposób będę musiał co drugi dzień popełniać harakiri publicznie, co w końcu też znudzi czytaczy i nikt nie będzie chciał czytać moich opowiastek. A te mam zamiar pisać, jak bowiem bloger z urodzenia miałby w ogóle przestać?

Życie przynosi tematy na tacy. Wystarczy pooglądać telebaczenie i spotkać – na ten przykład – rabina Tymoteusza rodem z Woody Allena, który pod egidą „hordy jurnych” wstawia się za drzewem z krzyża, jakoby w teatrach szarganego, zapominając kto, za co i w jakim otoczeniu oddał ducha na takim krzyżu właśnie (i proszę mi winą Rzymian nie obarczać).  Najgorsi zawsze są neofici, zagłuszają swoją pamięć genetyczną wrzaskiem w obronie wartości, z którymi nic lub niewiele mają wspólnego, a biedni niebieskoocy to kupią. I tak już wszystko kupują.

Do tego jeszcze poczciwy karczmarz Jankiel postanowił panem ludzkim zostać, co zapowiada, niechybnie, rychły koniec świata. No, ale coś się w ten sposób dzieje. I to by było na tyle.

Opublikowano 3 komentarze

Przygoda koali z winami jest over

                                                                                                                                        Ten wpis jest tysięczny od początku istnienia bloga. 1000 (tysiąc) wpisów i starczy. To była znakomita szkoła dyscypliny, nabyłem wiele umiejętności, ale przez fakt właśnie, iż była to szkoła (i to podstawowa), poczułem, że staje się ona obrożą z rutyny, a ja obroży nie lubię, dokładnie tak, jak ogólnowiejski piesek Urwis, który spędza noce na naszym tarasie. Pisałem różnie, z początku bardzo ubogo, potem bywało lepiej. Coraz częściej zdawałem sobie sprawę, że mało kto za mną nadąża. Cóż, nie będąc po żadnej stronie, z trudem znajduję sobie miejsce na legowisko.

Pozostawiam ten blog takim, jaki jest. Sam odchodzę. Nie wiem jeszcze dokąd i po co, to znaczy ostateczne rozwiązanie nastąpi, jak u każdego, natomiast Sieć wciągnęła mnie i gdzieś będę istnieć. Tych, którzy zechcą za mną pójść, namawiam, aby szukali, nie daję jednak żadnych wskazówek. Sieć jest ogromna, prawie nieskończona, przede mną sporo dni i kolejnych tysięcy wpisów.

O winie pisałem po swojemu. Poddaję się również dlatego, iż czuję, że nie pasuję do tego, co się teraz wyprawia. Ciągle nie podoba mi się to, co w głowach młodych szkoła pozostawiła, a obawiam się, że mimo reform niewiele da się zmienić. Takie czasy. Cóż, nie jestem poetą, staję się raczej zgorzkniałym piernikiem, a widownia nie lubi takich wzorców. Pozdrawiam – więc – wszystkich i namawiam, piszcie na Berdyczów (zanim wytną wszystkie drzewa).

Po drugiej stronie lustra też jest wino i koty są, i dziewczyny, dla niektórych chłopaki. Misiaczki bywają tam równie smutne i radosne, a dobrą nowiną jest to, że wszyscy się tam spotkamy. Do zobaczenia, więc, słowa to tylko słowa, co z tego, że Królowa wywrzaskuje swoje „obciąć wszystkim głowy”? Czy my w to wszystko wierzymy? Czy my się tej Królowej boimy? Przecież żyjemy tak, jakby świat nieruchomy czekał na nasze tylko szczęście i jakby zwierciadła nie było…

Opublikowano 4 komentarze

Wolny rynek winny — wina u koali

Przeglądając różne wpisy znalazłem i ten, który nie stracił na aktualności. Dobra Zmiana obiecywała stopniową eliminację absurdów, cóż – nadal nie ma rozwiązań dotyczących sprzedaży alkoholu Online i komputerowe żuczki, które chciałyby zarobić trochę kasy pośrednicząc pomiędzy producentem i klientem, a wszystko to robiąc z domu, zza klawiatury, niestety muszą wnioskować o pozwolenie, zakładać hurtownie, czy inne punkty konkretnej sprzedaży, rejestrować to w Sanepidzie i innych podobnych po to, aby w końcu ustawa zabroniła im sprzedawania, no bo rozpijają społeczeństwo.

Wolność dotyczy sprzedawców i klientów. W każdej sferze. Legalnie zarejestrowany sprzedawca ma prawo nabywać swój towar wszędzie, o ile popiera to legalnym obrotem dokumentów zakupu-sprzedaży. Może kupować bezpośrednio u producenta, może kupować w hurtowni, a jeśli ceny zakupu są interesujące, to również w innym sklepie, czy sieci sklepów. Nie ma w tym żadnej dziwności, byleby potem cena sprzedaży mogła zadowolić klienta.

Przy wyrobach spożywczych, także alkoholowych, klienta przyciąga cena. Oprócz ceny zaś to, czy określony wyrób mieści się w przyzwyczajeniach. Nie wydam pieniędzy na nic, czego nie poznałem. Jeśli jestem klientem biednym,  nie wydam pieniędzy na nic, czego nie poznałem. Jeśli zaś czegoś nie znam, chciałbym chociaż, by ktoś mi to coś zaprezentował, nawet nie rekomendował, bo jeśli nie ma żadnej prezentacji u tak zwanych autorytetów, to wyrób dla mnie nie istnieje. Tak to działa z winami, na samym dole drabiny. Inne reguły obowiązują u tak zwanych koneserów, oni, bowiem, posiadają zaplecze z wiedzy nabytej w doświadczeniu. Oni mogą pozwolić sobie na ośmiorniczkę, świadomi tego, że nie otrują się natychmiast, (chociaż nie będą jej poszukiwać w barze szybkiej obsługi idąc, raczej, do drogiej restauracji), czy też na Château d’Yquem, rocznik 1787, cena: 65.000 euro i ich nie dotyczą dyskusje na temat zlewek z produkcji soku. I tutaj sądzę, że trzeba znać miarę i nie mylić rynków.

Co na dole drabiny jest, tam będzie i do tamtejszych reguł trzeba się naginać, robiąc wszystko, by smak w narodzie wyszlachetniał. Póki co króluje w nim Kadarka za 7,00 PLN, a ta w mojej nieco wadliwej skali osiąga w porywach  30 punktów.

Od rozpoczęcia działalności winnego blogera karmiłem się (całkiem długo) iluzją, iż przecież tak wielu jest drobnych producentów w winnym świecie, którzy nic innego nie robią marząc o tym, aby docierać do naszych powiatowych klientów. Otóż nie, wchodząc coraz głębiej w sekrety rynku zdaję sobie teraz sprawę z faktu, że wolny rynek został tak zorganizowany, aby marzenia drobnych producentów utrącić i pomóc wielkim, zgodnie z zasadą: będziesz bogaty, jeśli bogaty jesteś, biednym zaś pozostaniesz, jeśli nic nie masz.

Drobni producenci nie są zainteresowani sprzedażą w polskiej powiatowej (jeśli są, to są ich promile), gdyż tak ustawiono biurokrację, aby przestało się to opłacać. Na nasz rynek sprzedawać mogą tylko tłuste koty, tak postanowiły przepisy i basta. Dlatego małym pozostały sztuczki w rodzaju zakup w kolejnej hurtowni, albo nawet w supermarkecie i cała reszta kombinacji po to, aby uczciwie zmieścić się na rynku. Mali mogą operować tylko u dołu drabiny, a jeśli się na to nie godzą, zostaną strawieni przez system.

Tutaj wkracza Jego Wysokość Narodowy Charakter, pełen sprzeczności i pokręcony jak resztki komunizmu w wolnorynkowej koszulce. Przyjaciel mój włoski konsultant, który lata całe strawił starając się w Powiatowej doradzać naszym biznesmenom, do dziś nie może zrozumieć, dlaczego najbogatszy budowlaniec w regionie mieszka w bloku, na Zachodzie – bowiem – bogactwo wymaga znamion bogactwa, u nas zaś jest raczej synonimem starego Mercedesa. Opowiadanie o niezmiernych kosztach, podatkach, marżach, akcyzach tylko w części jest prawdziwe. W Polsce trzeba narzucić 250% marży, ponieważ jutro przyjdą i zabiorą i już nie będzie można być bogatym. Stąd dziwnym wydaje się zwyczajny włosko-polski handlowiec, który wrzuca na towar ustalone gdzieś we włoskiej tradycji 20% marży, mając nadzieję, że za 30 lat będzie mógł sobie wybudować dom i wykopać studnię. My, raczej, zaczynamy od budowania domu, a potem biegniemy do banku po kredyt.

Poza tym, więcej do tego wszystkiego trzeba mieć dystansu. Smak każdego jest tak zmienny, jak opinie o nim i uczucia małolatów, co mając na uwadze, oddalam się w przekonaniu, iż należy robić wszystko, by mentalność naszą zmieniać, bo może wtedy i winne marże zmniejszą się i Powiatowa będzie mogła pić Château Mouton-Rothschilda za normalne pieniądze (jak znam życie, nigdy to nie nastąpi). I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Pożegnanie z bronią

A moja Bronia ciągle w defensywie, wymyśliła sobie  – bowiem – immunitet, czyli jakiś stan uprzywilejowania związany z istotnością, czyli z własną osobą, a nie z funkcją, jaką doraźnie pełni. Do czego Koala zmierza? Ano do tego, że jak Koala zostanie ministrem, to funkcję pełnić będzie tylko wtedy, kiedy ją pełnić będzie i wtedy będzie miał określone przywileje, natomiast jadąc do kochanki będzie tylko osobą prywatną, nie jakimś tam zimmunicieciałym ministrem, nie pełniąc  zaszczytnej funkcji ministerialnej, choć równie zaszczytną funkcję osoby prywatnej. No, ale Bronia ciągle broni się, jako że w palec boży uwierzyła i w namaszczenie.

Postanowiłem się, tedy, pożegnać. Z Broniami, bronią, bronami, czytaczami, kotami, psami, ptaszkami, flaszkami, com je tak chętnie z Teściem i Małżonką popijał, z pisaniem bez składu, ni ładu, no i z ambicjami, które niczemu nie służą. Wiek jest, niestety, płotem nie do przeskoczenia, nikt z nim nie wygrał, posypuję – zatem – łeb swój popiołem skruchy i zamykam kramik. Już nie chce mi się posłusznym być własnej dyscyplinie i wstawać co ranek o piątej, by bzdury wypisywać, dbając o ich, w miarę, poprawność.

Pozostaje, więc, tylko praca, jako że ani emerytury, ani ubezpieczeń żadnych nie posiadam, żyjąc w najlepszym z krajów, gdzie Dobra Zmiana rozbijając drzewa wyrzuca w błoto kredyt zaufania otrzymany od takich miśków, chociażby, jak ja. Nie stać mnie na pracę 24 godziny na dobę i na wydawanie pieniędzy prowadząc bloga o winie, nie lubię – zaś – dostawać cokolwiek za darmo. Tym natomiast, którzy odwiedzali cierpliwie  moje strony, dziękuję, dla nich – bowiem – istniałem, a od teraz istnieć będę wyłącznie dla siebie. I to by było, zupełnie, na tyle.

P.S. To wcale nie oznacza, że pisać przestanę, zastanawiam się jednak nad całkowitą zmianą charakteru bloga i szukam w zagubionych mózgowych komórkach pomysłu, lecz ten – póki co – nie przychodzi.