Opublikowano 1 komentarz

Partyzancki Melnik i co dalej, blogerze?

Wszystko wokół wskazuje, że wiosna tuż, tuż. Przyleciały  żurawie. Wrzeszczą niedaleko na bagnach. Wczoraj wydawało mi się, że widziałem bociana, w dodatku w locie, co – podobno – zwiastuje rok z workiem szczęścia, lód na stawie uparł się jednak i nie chce odejść, zalewany coraz wyżej przez wodę z pól, w której podskakując kąpie się ogólnowiejski piesek Urwis.

Przybiega co rano do michy, w sierści hoduje pęczniejące kleszcze, te zaś staram się wyrywać, chociaż psu nie podoba się bardzo moje wyrywanie. Spuszczam je z wodą, podskakują w rurach skazane na pożarcie przez bakterie i tak z dnia na dzień wszyscy posuwamy się do przodu.

Zdarzenia w świecie mówią wiele o braku planu i rozsądku,  mimo to nie mam zamiaru o nich pisać, temperament przecież bardziej skłania mnie ku literackim dywagacjom, a karkołomność polityków coraz mniej mnie interesuje. Czas i tak wszystko zmieni, bawi mnie tylko pycha niektórych, którym wydaje się, że bogami zostali  i że o wszystkim mogą decydować. Marność, Panie, jeszcze raz marność.

Optymizmu szukam, poza tym, w codzienności, w zwierzętach, w przyrodzie, w wypijanym niekiedy, coraz rzadziej, winie, chociaż zdaję sobie sprawę, że za każdym uśmiechniętym kwiatkiem czai się pesymizm. Nic na to nie poradzę, ten typ tak ma i nawet setka bocianów w locie nie może temu zaradzić.

Zresztą nawet wino uwzięło się, by zdołować moje podniebienie. Ostatnia seria zakupów jest wielkim nieporozumieniem, Madiran nie stworzył w sobie wystarczającej goryczy i piołunowatości, aby o nim pisać,  Melnik party zone natomiast trafił do zlewu i gdzieś tam w rurach upija zagubione w przestrzeni kleszcze. Stanowczo odradzam bidakom i bogaczom ten napój, który  tyle ma wspólnego z party strefą, co ja z partyzantką. Nawet cena nie powinna być w tym przypadku zachętą. Zdegustowany więc i mimo nadchodzącej wiosny zmarznięty stwierdzam, iż to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Połamana jaszczurka

Czuję się trochę jak jaszczurka, która oberwała kijem bejsbolowym. Po prostu doszedłem do miejsca, skąd nie ma już powrotu. Nagle zabrakło środków i sposobów, aby iść do przodu. Jako przedstawiciel pokolenia, które trzydzieści lat temu dostało kopa w tyłek od wygłodniałych młodych wilków pędzących w przestrzeń za sławą i stanowiskami, jestem przyzwyczajony do niewygód, potrafię pracować i nie skarżę się na los, mam bowiem to, na com zasłużył, są jednak momenty, kiedy już lepiej nie można, dalej nie da rady i wtedy trzeba się poważnie zastanowić nad sposobem istnienia.

Uświadomiła mi to wczoraj Monia (albo Fil, jak kto woli) jednym zręcznym komentarzem pod odgrzewaną recenzją z  Château Dereszla. Otóż czytacze sądzą, że każdy tekst o winie w tym blogu dotyczy wina aktualnie obecnego na półkach sklepowych, czyli – w konkluzji – że autor nic innego nie robi, tylko ciągle kupuje nowe wina po to, aby o nich pisać.

Tak – owszem –  było, aż pewnego dnia przyszło mi zapłacić jakiś spory rachunek prowajderowi i zauważyłem, że nie mam już na wino, a jako że wino przyjacielem moim jest i nie pozwalam przyjaciołom włazić mi na głowę, postanowiłem przyhamować i zacząłem korzystać ze starych tekstów odgrzewając je, jak kotlety, co mogło wprowadzić zamęt w głowach niektórych czytaczy nieprzywykłych do pewnego poziomu abstrakcji.

Ratunkiem mogłaby być popularność; po to jednak, by taką się cieszyć, trzeba zrezygnować ociupinkę z własnych archaicznych zasad i przychylić do gustów „szerokiego odbiorcy”, co w niszy wybranej przeze mnie jest niezmiernie trudne. Chociażby dlatego, iż należałoby być aktualnym, odwiedzać imprezy, bywać na salonach. Na to nie pozwala mi wiek, no i zasoby, a przy okazji: czy ktokolwiek zastanawiał się czytając dowolny tekst w dowolnym winnym blogu, ile rzeczywiście taki tekst kosztuje?

Z czysto handlowego punktu widzenia patrząc stać na pisanie o winach tylko zawodowców, a czytacze powinni przyjąć wreszcie do wiadomości, że u zwykłego blogera jest to tylko hobby i tak do tego należałoby podchodzić. Nie budować na nim, broń Boże, marzeń o ekonomicznej szczęśliwości, bo skończy się to stwierdzeniem, jakie ostatnio wypowiedział pewien prezydent: „no tak, wy macie wasze zasady, my natomiast fundusze strukturalne”. W moim przypadku fundusze strukturalne znajdują się po stronie czytaczy, im więc winienem schlebiać, problem w tym jednak, że nie bardzo jestem w stanie. I to by było na tyle.