Opublikowano Dodaj komentarz

Rywalizacja gwiazdek, czyli: wino musi zajmować pozycję

Przyzwyczailiśmy się do konkursów, a więc rywalizacji, a więc wszystkie marketingowe, w istocie, zabiegi po to, aby zainteresować czytelników opisywanym winem kończą się pytaniem: jak dalece obiektywną jest skala i czy ciągłymi zachwytami nie spowoduję rozdarcia dachu w drodze do nieba?

Cóż, tak się składa, że większość ostatnio wypijanych przeze mnie win to wina bardzo dobre. Nie pochodzą one wyłącznie z jednej piwniczki, są wśród nich i wina chociażby z Lidla (o nich niebawem napiszę), los jednak tak grafik degustacji ułożył, że wina hiszpańskie całkowicie zasłoniły tutejszy horyzont i powoli czytelnicy przyzwyczajają się do wrażenia, iż u mnie ino Ribera del Duero, albo inne Riojy. Faktycznie skończyła się sztucznie stworzona gwiazdkowa skala, która przecież niczym obiektywnym nie jest i służy w zasadzie nieco pretensjonalnej zachęcie, a w którą czytelnicy zaczęli wierzyć, jak w rankingi przedwyborcze, nieomal. Sam prawie w nią uwierzyłem.

Aby, więc, wyjaśnić trochę, a może i uprościć odniesienia wprowadzam raz jeszcze mocno odchudzoną skalę ocen, pochodzącą w prostej linii ze szkół w latach ’60 ubiegłego stulecia i od tej pory przy okazji serwowanych gwiazdek czytelnicy znajdą na zakończenie notki ocenę: od 0 do 20 punktów niedostateczną, od 21 do 30 punktów dostateczną, od 31 do 40 punktów dobrą, od 41 do 50 punktów bardzo dobrą. Rezygnuję ze znakomitej, to bowiem mieści się w ocenie bardzo dobrej. Gwiazdek nie będzie wcale (czerwonych) do 20 punktów, potem będą trzy czerwone, cztery czerwone i pięć czerwonych.

Jak już pewnie Szanowni Czytelnicy (których koala nazywał czytaczami) raczyli zauważyć, moje notki o winach bardziej są ćwiczeniami literackimi, niż wypracowaniami kipera, jako że kiperem wcale nie jestem. Piszę je po to, aby ćwiczeniami nieustannymi smaku i pióra (pardon, klawiatury) odsunąć od siebie starość, sklerozę, stetryczenie, świadomość – bowiem –  tego, że jest jeszcze na świecie następne tysiąc win, które należałoby wypić i opisać, trzyma mnie w pionie i zaprząta pamięć, dzięki czemu nie głupieję do reszty.

Zdaję sobie, przy tym, sprawę z tego, że tym się różnię od innych, co faktycznie moje, ale odważnie stwierdzam, że prawie wszystko, czegom się literacko, chociaż nie winnie, nauczył, pochodzi z Winicjatywy i od jej twórców nieustannie uczę się lekkości pióra, nie wspominając niezwyczajnej lekkości bytu, za co do końca dni moich będę im dziękować. I to by było na tyle.