Opublikowano 1 komentarz

Sangiovese po obu stronach chmury

Kiedyś wreszcie dowiem się, co jest po obu stronach chmury i zasypię pęknięcie, za którym Doktor z czułością spogląda na Klarę. Absolutnie czarna dziura stanie się jaskrawo niebieską, kroczące natomiast w rządku mrówki błyszcząc na biało błądzić będą boleśnie bałamutne za brodawkowatymi bąkami z bokobrodami bytów niebyłych. Uspokoi się, chyba, wir wwiercający w pokłady koalnego móżczku falując jednostajnie i cicho uderzając o skały zębów rozsypujące się pod naporem czasu.

Tak to odejdą do innych królów czasu władcy przemądrzali, krasnoludy szare z brudu, jaki pozostaje za uszami, sekrety niepotrzebne małych spraw człeczego zabiegania. I o co? O michę? O chlebek na śniadanko? O pokrzywę w zupie? A może o ropę wypływającą z azjatyckich wrzodów?

W każdym razie niegodne spojrzenia nawet, czy dotyku skóry. Fala kołysząc statkiem naciągać i zwalniać będzie kotwicę z latawcem ponad chmurą w górę i w dół, za spływającą z brzegu wodą, powtarzalnie po krańce godziny ostatniej.

Czy w chmurze pomiędzy stronami pojawi się lustro, a jeśli? To co za nim? Kapelusznik i kilka zajęcy? Koty z całego życia, każdy miękki i elastyczny, skradające się w cieniach za firankami? Leżę, tedy, więc, natomiast i wobec, na kolejnej chmurze, popijam Chianti od niechcenia i w trawie po środku podwórka za talerzykiem patrzę, gdzie psi jęzor i okrągły obłok. I to by było, na razie, na tyle.

Opublikowano 2 komentarze

Niespotykany ciężar bytu

Ostatni mój wpis dotyczący FENAVINu okazał się niepomiernie skuteczny, co cieszy mnie bardzo, jako że wywołał teksty, za jakimi tęskniłem. W przypadku tekstu zamieszczonego na blogu VINITERANIO zapowiada się ciąg dalszy, czyli informacji będzie o wiele więcej.

Muszę jednak przyznać się publicznie, że tak koala, jak i Szadkowski wypalili się, jeden do szczętu, drugi do imentu, co zresztą każdy doświadczony czytelnik tutaj zauważa. Nie chce się pisać, smaki wina nie dają już dawniejszej radości, świat staje coraz bardziej powtarzalny, a głupota wokół coraz głębsza, co powoduje strach przed rozpoznawaniem jej rozległych pokładów. Zmęczenie materiału powoli daje o sobie znać.

Za każdym kolejnym koszeniem kosiarka jest coraz cięższa i plecy bolą, jakbym rozładowywał worki z wagonów z węglem (takem dorabiał za młodu). Skoszona trawa nie zapowiada przyszłej szczęśliwości, chleb jest plastikowy, a miód przypomina rozpuszczony cukier. Nie bardzo interesują mnie czasy, kiedy to każdy smak będzie można laboratoryjnie podrobić po to, aby masy znalazły upragnioną satysfakcję, chociaż zdaję sobie sprawę, że jest to nieuniknione. W ogóle nie godzę się na to, co nieuniknione i coraz częściej pisanie moje jest próbą zasypania pęknięcia powstającego w buncie, co powoduje, iż gorzkie się robi i mało sensowne.

Jeżeli będzie słońce, wygrzeję sobie plecy. Jeżeli będzie deszcz, reumatyzm doda goryczy. I tak w kółko. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

FENAVIN i co dalej

Największe hiszpańskie targi wina FENAVIN w Ciudad Real odbyły się w maju 2017 (od 09 do 11). Zakończyły się wielkim sukcesem, w trakcie targów doszło do 411.000 spotkań biznesowych, wypito hektolitry win wszelakich, potłuczono bezlik butelek. A co z tego mamy my tutaj w Powiatowej?

Polskę na Targach reprezentowała grupa prawie 50 importerów, co z pewnością przyniesie nam określoną liczbę butelek od Solis Avantis, chociaż wielkie sieci podpisują kontrakty poza takimi imprezami, handlują nieustannie wymieniając smalec, jajka, butelki wina, kaszę gryczaną i wcale nie trzeba kilometrów robić, klimatyzacji szukać, języka łamać po to, by sprowadzić ze sto butelek z najbliższego przy granicy supermarketu.

Wino, jednak, jest towarem trudnym, bardzo specjalnym i trzeba doń podchodzić z miłością. Tymczasem brak jakiejkolwiek informacji, chociażby turystycznej, ze strony polskich obecnych w Ciudad Real świadczy o tym, że sprzedażą wina zajmują się u nas w większości raczej amatorzy gorzałki, handlujący winem, no bo Panie ktoś je kupuje, a kupują jakieś wykolejeńce, którym jeszcze do tego trzeba wyjaśniać i doradzać, czyli że jest to fragment rynku nie wart funta kłaków. No i faktycznie trzeba Hiszpanię kochać i znać, aby jechać tam, gdzie nie dość, że kryzys i banki, co upadają, to jeszcze upał i kiszonych ogórków nie serwują, nie mówiąc o kapuście.

O ile dobrze pamiętam, ktoś nam informację obiecywał, konkursy organizował, kasą organizatorów FENAVIN mamił. No i co? Gdzie jest obiecany reportaż? Gdzie są wykreślane trendy, zachwyty nad nowym podejściem do Rioja, opisywanie walorów Prioratu? W końcu w Polsce wina hiszpańskie lubimy, chętnie i sporo (toute proportion gardée) tych win pijemy, trzeba więc nas dopieszczać i promować, jak Bachus (i Król) przykazali.

Oczekując więc, aż zmieni się podejście, czyli rynkowa mentalność, z tęsknotą spodziewam się tysiąca jaskółek,  które kiedyś z Ciudad Real nadlecą i winna wiosna nam tutaj zapanuje. Amen.

Opublikowano Dodaj komentarz

Szamani słów mieszają w piekielnych kotłach

Niezmierne przywiązanie do słów to jedna z cech każdej elity (która to, jako grupa niemianowana, samowybrańców, zmienną jest i w zasadzie można w niej znaleźć zarówno osobników pozbawionych tytułu magistra, jak i znakomitości obute w holcoki ze słomą). W końcu słowo, ów konwencjonalny w istocie komunikat, stanowi o rzeczywistości w głowach człowieczych. Otóż, wedle wykładni spod eukaliptusa, elita to zespół szamanów słowa, a tak rozumiana obejmuje wszystkich, którzy skoncentrowali się w działalności na bajerowaniu publiki. W zasadzie nie ma żadnego znaczenia słoma w butach, bo taki epitet nic nie znaczy, nawet nie deprecjonuje prostego człowieka (jako że ów nie jest koniecznie z przetwórstwem słomy związany) i występuje tak w Piasecznie, jak i pod Prostkami, ważne jest takie żonglowanie słowami (nawet nie pojęciami, bowiem tutaj już należy myśleć), aby odbiorca oszołomiony padał na kolana.

Domyślam się, że szamani słowa faktycznie wierzą w to, co wmawiają nam niektórzy: a mianowicie, iż z pewną dozą umiejętności można ludziom taką wodę z mózgu zrobić, iż jak bezwolne owce pójdą w każdym kierunku. A bajerowanie publiki to zwykły marketing, czyli sprzedawanie. Aby jednak towar sprzedać, trzeba stworzyć rynek, czyli tak wyprać społeczne mózgi z myślenia (czytaj zdrowego rozsądku), aby w puste miejsce wprowadzić każdy kit, nawet nie pszczeli.

Ludzie wina lepiej znają się na marketingu od dziennikarzy, czy domorosłych filozofów. W końcu biorą na język łyk czegoś, co kwaśne jest, albo słodkie i tak muszą łykiem manipulować, aby klientowi wydało się, że smakuje. Tutaj jest konkret, przynajmniej. W filozoficznych, albo ideologicznych zapędach, wierząc w różne entropie, albo strzałki czasu i końce historii, co to zaułkami być się okazują, można samemu zapętlić się i zapomnieć, o co w tym wszystkim chodzi, czy o ducha Mussoliniego, czy Schaffa, a może Berlinguera. W końcu, jakie to dla nas ma znaczenie, czy szaman słowa jest namiestnikiem Ajdukiewicza, czy Kotarbińskiego? Czy pomiędzy predykatem i epitetem nastąpił kompromis historyczny, skutkujący urąganiem na rzeczywistość w trakcie kościelnego kazania? Czy socjalizm jest realny, czy narodowy, czy może katolicki, jeżeli tak łatwo przestawiać etykiety, a zawartość sprowadza się do kotleta na talerzu?

Urodzony, a więc wydany na świat bez własnej woli, potem skazany na odejście również bez własnej woli, posiadłem jedyną wolność: swobody wyboru pomiędzy etykietami, a za nimi stoi każdy z nas walczący o michę, czyli o przeżycie, co dla szamanów słowa stało się najważniejsze. I to by było na tyle.

Opublikowano 3 komentarze

Desperacja, eukaliptusy, oraz sprawa polska

Albo zielony słoń. Niezwykły wybuch świeżego do bólu śmiechu targa mną do teraz, a nawiedził mnie on wczoraj, kiedym z komentarza dowiedział się, że posiadam dużą dozę zdrowego rozsądku, chociaż już jako właściciel bloga to jestem dno, muł i wodorosty. Po kilku latach pisania potwierdza się moje przypuszczenie, że każdy rozumie tylko to, co jego wola podpowie i że pisząc należy przekazywać atmosferę, uczucia, obrazki zaklęte w słowa, ale – broń Panie Boże – nie próbować rozumować, to – bowiem – uderza w indywidualne filtry pojedynczego doświadczenia. Po prostu: napiszesz, że jesteś krową, czytający i tak uzna, że słoniem jesteś, może zielonym i dopisze do tego sprawę polską. I oto ewolucja, aby ułatwić sobie rządzenie, czyli manipulację stworzyła „homo pictorialis”, a  podejrzewam, że sam, świadomie lub nie, stałem się takiego rodzaju egzemplarzem.

A marzyła mi się społeczność ludzi myślących i rozmawiających przy kieliszku wina. Dialog poparty smakiem. Tymczasem czeka mnie ciężki okres milczącego bicia po pyskach przy flaszce gorzałki, z którego to okresu nic nie wyrośnie, bo siekierami operując, a nie cienkością ironii, wszystko do reszty wykarczujemy (a to w imię dorównania innym).

O czasy, o mory. Pozostaje, więc, powrót w eukaliptusy, razem z dzielnym druhem koalą i oczekiwanie na spokój wieczysty, głęboko mając w poważaniu, czy ktoś we mnie zdrowy, czy chory rozsądek zauważył. Na razie liczę możliwości sporządzania zapasów i wychodzi na to, iż nawet za 500+ nie będzie mnie stać na wkupienie się do winnej elity, no bo jeżeli z Małżonką i Teściem zechcemy wypić półtora kieliszka wina co wieczór, to biorąc pod uwagę, że każda flaszka, w miarę przyzwoita, wyniesie około 20,00 PLN, musimy mieć na wino co miesiąc około 600 złotych. Gdyby nie emerytura Teścia, nic by z tego nie było. A jeżeli do tego ambicja podpowie nam, iż nauczyć się wina powinniśmy, a więc flaszki będą dużo, dużo droższe? Lepiej nie liczyć. Na takie życie stać będzie tylko redaktorów z Winicjatywy, jeżeli skutecznie postawią Paywalla. I to by było na tyle.

Opublikowano 3 komentarze

Zgniłe elyty

Żeby nie było, ja jako ja, a także koala, jesteśmy za i nawet nie przeciw. Czy socjalizm jest realny, czy też katolicki, nie ma to dla nas żadnego znaczenia, byleby sprawiedliwym był, chociaż Gibbs z NCIS powiada, że sprawiedliwe nie zawsze oznacza słuszne, z czym i ja, i koala tyż się zgadzamy. Marzy nam się spokojne odejście w radosnym kraju, nawet jeżeli radość pojawi się jak jutrzenka gdzieś w końcu naszego zaułka historii. Nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego za realizację i sprawiedliwych, i niekiedy słusznych pomysłów wzięły się delikatnie mówiąc egzemplarze najmniej przygotowane, z niedoborem mózgowych komórek. Ja wiem, to nie jest całkiem ich wina; taki to już produkt ewolucji, która skasowała myślenie na rzecz umiejętności rozpoznawania kolorów na obrazkach i to do tego kciukiem, ale czy muszą być tak przemądrzałe odbierając nam wszystkim zdrowy rozsądek?

Ów niezmierny brak pokory zrodził stwierdzenie, które w dzisiejszej Sieci uderzyło mnie po oczach, a mianowicie, iż konstytucja jako dzieło elit jest be i trzeba ją z eliciego piedestału ściągnąć po to, by ideał z bruku rozkwitnąć mógł w górę. Komuś się ideologia poprzestawiała i pomylił społeczne projekty ze słomą w butach, zapominając, iż konstytucje są wzorcami, do których należy na co dzień dążyć, zaś elity wyrażają jedynie to, co najlepsze w suwerenie, czyli jego kulturę. Jeżeli wino jest napojem elit, a gorzała preferencją suwerena, to proszę, na miłość boską, błagam, nie zapisujmy w prawie najwyższym, iż picie wina jest naganne, a wzorcem powinna być siwucha.

W niedzielnym kazaniu nasz parafialny wielebny rozpędził się i zaczął strofować matkę unię, w której gniazdo szatan se uwiwszy ogonem zarządza. Parę akapitów później tenże sam wielebny zwrócił się o wsparcie finansowe w projekcie ołtarza i napomknął, że istnieje możliwość unijnych funduszy. Zaraz, zaraz, to z jednej strony szatan, a z drugiej fundusze i nie jest już diabelskim korzystanie z szatańskich pieniędzy? Nie do końca i to rozumiem.

Nie uda nam się zbudować katolickiego socjalizmu kopiąc po tyłku Władka, czy też deprecjonując elity. W ten sposób, o Bracia moi bez wyobraźni, spowodujecie, iż wahadło historii zbyt odchylone odwróci się i da Wam kopa tak, że ani z tego socjalizm nie pozostanie, ani katolicki. Pozostaną wycięte drzewa jeno i łoś na pomniku. I to by było na tyle.

Opublikowano 9 komentarzy

Koniec historii, polski rynek wina i Paywalle, czyli tekst bez sensu

Czasem mam wrażenie, że niektórzy  nasi wpływowi zarządcy uwierzyli w Hegla i Fukuyamę, w ich mniemaniu poprawnie odnaleźli Ducha w najbogatszym światowym mocarstwie i poczuli koniec historii, co pozwoliło im jednoznacznie wybrać obóz i sojusze, sprzedając przy okazji niektóre zasoby po to, aby w zamian uzyskać militarną obecność potężnego sojusznika i możliwość nieomal nieograniczoną popełniania czynów jedynie słusznych. Przemądrzałym żyje się lepiej, jako że wiedzą wszystko, a takie refleksje chodziły mi wczoraj po głowie i po Ełku, gdzie znienacka wylądowała sojusznicza armada i na ulicach widać było nawet Murzynów. Nie byli to z pewnością żadni uchodźcy, a więc populacja ełcka skrzętnie pochowała kosy i giwery, zatem inwazja popołudniowa minęła cicho i bez konfliktów. Przemądrzali moszczą sobie norkę w końcu historii, do imentu wykorzystując pozycję uprzywilejowaną dzięki czasom słusznie minionym, które pozostawiły po sobie przyzwyczajenia i przywileje, co zbudowało w Polsce specyficzną strukturę rynku: 20% + 80%. Te 80% to my w Powiatowej, te 20% to trochę bogatsi w dużych miastach, a nasze 100%  w skali świata mieści się w 98%, bowiem 2% rzeczywiście bogatych skrywa się w zakamarkach Ducha, który realizuje się w końcu historii. W całości: ktoś nas sprzedał najbogatszym (2%), licząc na to, żeśmy transakcji warci. W skrócie, wszyscy w Polsce jesteśmy nędza z bidą.

Też postanowiłem być przemądrzałym i wystąpiłem w języku Cervantesa na hiszpańskim portalu Verema, gdzie popełniłem taką sobie recenzję o winie Biberius, dając mu zasłużone (w moim mniemaniu) punkty, co spotkało się u hiszpańskich odbiorców z niejakim zdziwieniem. Otóż całkiem słusznie stwierdzili oni w komentarzach pod moją recenzją, że tak wiele punktów nie znajduje uzasadnienia wobec niezwykłego bogactwa winnego świata, gdzie setki win zasłużyło sobie na uwagę na o wiele wyższym poziomie. Z poprzednim akapitem ma to taki związek, iż uświadomiłem sobie w ten sposób, jak bardzo jestem ograniczony obiektywną sytuacją; tym, gdzie żyję i na ile mnie stać. Według moich kryteriów Biberius zasłużył sobie na moją punktację, nigdy bowiem nie będzie mnie stać na ten bezlik innych win lepszych po to, aby zbudować sobie odniesienia. Podejrzewam, przy tym, że na palcach jednej ręki policzyłbym takich, których w Polsce stać byłoby na takie luksusy. Trudno jest, więc, wytłumaczyć Hiszpanom, dla których wino nie jest elementem luksusu, że naszym odniesieniem są zasoby Owada, a niekiedy Lidla i pozostaje jedynie skromnie podkulić ogon i zrezygnować z nadmiernych ambicji.

Pewni bardzo ambitni politycy poddali analizie to wszystko, co nas otacza i doszli do wniosku, że dobrze byłoby zachować z poprzedniej epoki przynajmniej niektóre elementy, no bo jak koniec historii, to niech on będzie suwerennie w miarę równy i zasobny. Robią Misie, co mogą, lecz nawet podwojone 500+ nie zdołałoby zmienić struktury rynku, a i wino w Powiatowej ciągle pozostaje w dyskontach. W socjalizmie realnym dyskontów nie było, w socjalizmie katolickim  (lub, jak kto woli zgodnym ze społeczną nauką Kościoła, co nie do końca to samo oznacza) mimo że pojawiły się dyskonty, nie zmieniły się wcale odniesienia (bo nowe śmierdzą post-modernizmem), tylko ideologom coś jakby nadal brakuje wyobraźni i mierzą alkoholizm społeczeństwa liczbą metrów od Świątyni, tak jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

W tym kontekście doszły do mnie odgłosy głuche, jakoby Winicjatywa chciała uczynić zasoby swoje płatnymi. Taki Paywall, co osobiście ani mnie ziębi, ani parzy. Patrząc – jednak – na to z bliska wydaje się, że sztab Winicjatywy zrezygnował ze szczytnej misji i uznał obiektywnie swoją przynależność do zasobnych (polskich) 20%, reszcie pozostawiając swobodę wyboru. Przestając walić łbem o mur Duch dotarł do urzeczywistnienia w końcu historii i pozostaje mu ugryźć się w swój ogon, pozostawiając wino bogatym, dajmy na to, Amerykanom. W końcu mają nas bronić. I to by było na tyle.