Opublikowano 7 komentarzy

Dokąd spycha nas wolność?

Praktycznie, chyba, tylko o winie. Odwiedziłem ostatnio dwie polskie winnice: Dwórzno w Dwórznie pod Mszczonowem i Korol w Mielniku, co zmusiło mnie do przejechania kilometrów w Centralnej i Wschodniej Powiatowej, a takie wycieczki dają wiele do myślenia. Wypiłem, również, bardzo dobre wina z Dwórzna i niezłe z Mielnika, mam jeszcze kilka butelek z tych winnic w zapasie i nie śpieszę się wcale z publikacją opinii, staram się raczej poznać rzeczywistość w produkcji winnej w Polsce. Poszukałem opinii na ten temat za winną granicą, w Hiszpanii (a ta jest najpoważniej traktującym produkcję wina krajem, zgodnie z tym co w głębi trzewi moich odczuwam i z jej opiniami się na co dzień liczę) i z przykrością wyznaję, że nie napawają te opinie otuchą człowieka, któremu zależy nie tylko na winnym, lecz też ogólnym polskim dobrobycie.

Otóż moi przyjaciele z Hiszpanii zwrócili się do mnie z prośbą, abym nie podawał źródeł tego, co za chwilę napiszę. Zajmują się oni badaniem rynków wina i perspektyw rozwoju. Bardzo dobre zdanie mają o odradzającej się produkcji wina w Rumunii, gdzie wynika ona w naturalny sposób z klimatu i obyczajowości, natomiast o polskiej rodzącej się produkcji wypowiadają się jak, mniej więcej, Wajrak o ciekawostkach ornitologicznych. No, jest jakiś wielce ciekawy dzięcioł w odległym rezerwacie, ale z tego nie da rady wyznaczać trendów. W perspektywie polska produkcja wina skazana jest na zepchnięcie do rezerwatu, w którym oglądać będziemy kosztowne hobby miejscowych notabli, żyjących z zupełnie innych dochodów, a w produkcji wina szukających nobilitacji.

Przyczynę takiego stanu rzeczy moi hiszpańscy przyjaciele widzą w ustawodawstwie Rzeczypospolitej, w którym odbijają się – jak w lustrze – interesy wielkich koncernów i polskiego monopolu spirytusowego, a tym nie zależy wcale na drobnej wytwórczości, ani na zmianie modelu konsumpcji napojów alkoholowych, nie wspominając innych dziedzin (obym nie został posądzony o uprawianie polityki). Jest to, w gruncie rzeczy, ustawodawstwo bardzo nowoczesne, jako że zgadza się z kierunkami wyznaczonymi dla całego globu, gdzie stopniowo wielcy będą rynki koncentrować, redukując masy do pełnienia roli bezrefleksyjnych konsumentów wyrobów specjalnie dla nich produkowanych, zamienników wobec zbyt drogich wyrobów tradycyjnych.

Dlatego więc mogę się dzisiaj rozwodzić nad wspaniałościami smaku wina powstałego gdzieś nad Bugiem, świadom jednak faktu, że jutro należy do dyskontowych wynalazków produkowanych w milionach butelek przez, dajmy na to, Felix Solis, czy Carlo Rossi, którzy są zresztą przedsmakiem tego, co winny rynek czeka. Nie tylko w Polsce.

Wolność w takim świecie przestaje mieć jakikolwiek sens, zredukowana do wyboru witryny, w której grube szyby umożliwiają obserwację, odcinając od uczestnictwa, a jak być wolnym nie uczestnicząc? Pytanie to nie wynika z frustracji powstałej na skutek kontaktu z winami z „górnej półki” (nawiasem pisząc: czy wina można dzielić na te z górnej i te z dolnej, jeżeli są to wina prawdziwe?). Moja frustracja wynika ze świadomości tego, iż nie wrócę już do młodości i umyka mi wiele okazji z powodu przemijania, w którym górna półka staje się wyższym miejscem dla urny z prochami. I to by było na tyle.

Opublikowano 1 komentarz

Czy skazani na dyskonty są ludźmi wolnymi?

Wolność odmieniana we wszystkich przypadkach nie schodzi z naszych ust, na każdy ból brzucha, czy kręcenie w stawach mamy mantrę o wolności, którą umiejętni szamani tłumią zadawanie niewygodnych pytań.

Nie obawiajcie się, o złośliwi wrogowie politykowania na moich łamach, chodzi o wino, wyłącznie o wino, chociaż, aby uczciwie pisać rozumiejąc sytuację na winnym rynku trzeba być na bieżąco z tym, co dzieje się z całą gospodarką, tutaj zaś trudno z polityką się nie zetknąć.

Obserwując tegoroczne prognozy, nie tylko w cenach masła, ale i te pogodowe, od których zależy urodzaj owoców (a więc i winorośli), a także zawirowania na światowym rynku powodowane wrzaskami mało odpowiedzialnych polityków, z dużą dozą pewności można stwierdzić, że wino będzie coraz droższe, a mam tu na myśli produkt winiarzy, a nie masowych przedsiębiorców. Z tego powodu dostęp do wina mieć będą coraz bogatsi, na niekorzyść – nawet – warstwy średniej. Szczerze mówiąc przeczuwam, z tego powodu, kataklizm na rynku blogerów, przynajmniej tych, którzy nie pracują w sektorze, no bo kogo będzie stać na coraz droższe śledzenie kolejnych roczników?

Tutaj wrócę do wolności, świadomy tego, że mogą mi teraz przykleić łatkę neomarksisty, co podobno skazuje na śmierć pod płotem (przynajmniej w niektórych kręgach). Otóż wolność łączy się ze swobodą wyboru, taką – natomiast – mieć będą jedyni ci, których na to stać.

Co innego jest być bogatym i zachwycać się możliwością wyboru wina w dyskoncie, bo tak mi się podoba, co innego, zaś, być skazanym wyłącznie na takie produkty (celowo nie używam tutaj słowa wino), które z racji cen znajdują się w sklepach dla biedoty. Bo, przecież, dyskonty to sklepy dla biedoty, a ich ogromna popularność w Polsce świadczy wyłącznie o tym, że mieszkają tutaj ludzie w większości biedni. Roztaczanie przed takimi wspaniałości we flaszkach za dychę jest swoistą perwersją, w której w dodatku czuję szczyptę (sporą) cynizmu. I to by było na tyle.

Opublikowano 3 komentarze

W darowany pysk się nie zagląda

Pisanie w blogu za darmo, dla własnej niewymuszonej przyjemności, wynika z poczucia swobody, którego nawet pamiętna cenzura na Mysiej nie zabiła. A jeśli swoboda, to wolność. Wolność dokonywania wyborów ważnych nade wszystko dla mnie, czyli autora; wolność odbiorcy może przejawiać się wyłącznie w tym, że ktoś mnie czyta, albo czytać nie chce idąc szukać szczęścia w innych blogach. A może nawet w słowie drukowanym (co byłoby w sobie samym zjawiskiem pozytywnym).

Gdybym pisał dla pieniędzy, musiałbym bić pokłony przed intencjami płatników, natomiast darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda.

W zasadzie tutaj powinienem polemiczne rozważania zakończyć, ale korci mnie – niestety – nieustanne branie pod włos i łaskotanie, a nawet kłucie w pięty. Bywało już tak w historii mojego bloga, że nie podobały się rozważania o hiszpańskich kobietach, chociaż – dajmy na to – pewna nadobna Kate lubi moje erotyczne wycieczki. Potem pojawiali się napuszeni cenzorzy, którym nie pasowało filozofowanie, a ostatnio zarzucono mi, że słychać w moich recenzjach politykę, która nudną jest i nie powinienem nią win zaśmiecać.

Wyrażana bywa także, dość często, opinia, że w ogóle nie powinienem o winie pisać, ponieważ szkół winnych nie pokończyłem i wyrażam oceny często zanadto ryzykowne. Jeżeli więc wszystko to podsumować, dochodzę do wniosku, że w ogóle muszę zamilknąć.

I tutaj wracam do Eskimosów i lodowej skały. Zamilknę, oczywiście, niebawem i ani o polityce, ani o macankach pisać już nie będę, jako że z pokolenia jestem, które młode hieny pragną zrzucić w ocean niepamięci, szczerze w nosie mając, czy komuchem jestem, czy tylko katokomuną. Jedyną mam tutaj satysfakcję, że po tych hienach pojawią się następne i wszyscy spotkamy się dnia pewnego w lodowatym uścisku niebytu. I to by było na tyle.