Opublikowano 3 komentarze

Tertúlies dialògiques

Na początek trochę historii (ciekawych odsyłam tutaj, pozwalając sobie na skopiowanie z tego źródła tekstu zawartego w cudzym słowie).

„  – 1934 r. – w Barcelonie proklamowano niezależne Państwo Katalońskie w ramach Federacyjnej Republiki Hiszpańskiej; bunt został szybko stłumiony, a jego przywódców aresztowano; represyjny kurs rządu wobec Katalonii spotkał się z ostrym sprzeciwem Katalończyków;

  • 1936 r. – 15 stycznia sformowano Front Ludowy – szeroką koalicję partii lewicowych; w jej skład weszła Esquerra, obok Komunistycznej Partii Hiszpanii, POUM (Robotniczej Partii Zjednoczenia Marksistowskiego) i PSOE (Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej), a także kilku mniejszych ugrupowań;
  • 16 lutego w przyspieszonych wyborach Front Ludowy zwyciężył; statut Katalonii został przywrócony;
  • W międzyczasie doszło do znacznej destabilizacji państwa; na ulicach dochodziło do starć między bojówkami anarchistów i komunistów z jednej strony a członkami Falangi – skrajnie prawicowej formacji, powstałej po klęsce prawicy, z drugiej strony; zarówno jedni, jak i drudzy posuwali się nawet do zabijania swoich przeciwników politycznych; komuniści palili kościoły i mordowali księży; starcie obu stron było nieuniknione;
  • 17 lipca zbuntowały się wojska hiszpańskie stacjonujące w Maroku; na ich czele stanął niezwykle zdolny, zaledwie 42 – letni generał Francisco Franco Bahamonde;
  • 18 lipca bunt ogłosiły oddziały w Madrycie; rozpoczęła się wojna domowa;
  • 21 lipca – w Barcelonie powstał Komitet Milicji Antyfaszystowskich, a realna władza przeszła w ręce anarchistów i marksistów; zapanował terror rewolucyjny – masowo palono kościoły, a księży jako tych, którzy mogliby wspierać Franco, mordowano;
  • W swojej książce „W hołdzie Katalonii” George Orwell nazwał Barcelonę miastem, w którym „klasa bogatych przestała praktycznie istnieć. Niemal wszyscy nosili proste robotnicze ubrania lub niebieskie kombinezony, czy też różne odmiany milicyjnych mundurów (…) Służalcze a nawet ceremonialne formy zanikły. Nikt nie mówi Señor lub Don czy nawet Usted; zwracano się do siebie Towarzyszu i Ty, Buenos Dias zostało zastąpione przez Salud.”; w Katalonii rebelia Franco poniosła klęskę;
  • 1939 r. – w styczniu oddziały generała Franco zdobyły Barcelonę; 1 kwietnia ogłoszono koniec wojny i rozpoczęto budowę „jednej, wolnej i wielkiej Hiszpanii”; Katalończycy jako pokonani zostali potraktowani ze szczególnym okrucieństwem – zakazano używania języka katalońskiego w miejscach publicznych, wycofano go ze szkół, uczelni wyższych, uczelni i kościołów; biblioteki oczyszczono z książek katalońskich, które spalono lub skonfiskowano; zlikwidowano parlament i Generalitat; zawieszono statut, zakazano używania symboli narodowych; w tym samym roku w konspiracji zawiązano Narodowy Front Katalonii (Front Nacional de Catalunya);
  • 1940 r. – prezydent Katalonii Lluis Companys został schwytany przez Gestapo na terenie okupowanej Francji, a następnie wydany reżimowi Franco; sąd wojskowy skazał go na śmierć; wyrok wykonano 15 października w Barcelonie; Companys zdjął przed egzekucją buty, aby móc dotykać stopami ziemi katalońskiej, a tuż przed egzekucją zdążył krzyknąć ‘Za Katalonię!’;
  • 1940 – 45 – setki Katalończyków zostały zesłane do obozu koncentracyjnego w Mauthausen jako ‘nie – Hiszpanie’; osoby, które łączyła tożsamość katalońska były mordowane, więzione, lub zmuszane do emigracji; szacuje się, że Katalonia straciła na zawsze 700 tysięcy obywateli;”…

Nie chodzi tylko o kasę. Ważne są imponderabilia. Kastylijskim wieśniakom nie przyszło nigdy do głowy, aby przeprosić za okrucieństwa wojny domowej, chociaż pieniądze od Katalonii zawsze brać potrafili. Dzisiaj również zachowują się jak słoń w składzie porcelany,  co może doprowadzić do kolejnych krzywd.

Potem przyjdzie referendum Basków i tak popęka dulce Iberia. I takie to są moje dzisiejsze rozmowy dialogiczne – tertúlies dialògiques, nad którymi zbierają się coraz ciemniejsze chmury. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Antyrewolucja, alkoholizm i sok z kleszcza

Z napęczniałych aronii wylazł kleszcz i czort wie, ile ich tam jeszcze było. Koleżanka Małżonka, pomiędzy jednym wierszem Vicente Aleixandre i kieliszkiem kiepskiego czarnego pinota, zakręciła chochlą w garnku pełnym aronii i wstawiła maź na wysoki ogień, co wywołało we mnie drgawki, jako że do kleszczy, nie tylko w aronii, mam stosunek ambiwalentny. Sok z tego, jednak, był pyszny i z pewnością byłby jeszcze pyszniejszy, gdyby nie świadomość we mnie przypominająca, z czego powstał. I tak jest ze wszystkim.  Najpyszniejsze pyszności mają w sobie tajemnice i – prawdopodobnie – takie właśnie tajemnice decydują o istocie rzeczy.

Otóż Bóg Największy podzielił był, po Dniu Stworzenia, świat na obszary wpływów dla swoich znamienitych przedstawicieli, a może tylko dla kolejnych Swoich twarzy, a zrobił był to po to, aby ludziom łatwiej było pojąć Jego znamienitość w różnych kulturowych i geograficznych odmianach. I jest On Jeden, jedyny o wielu twarzach, przy tym; a twarz każda jest zazdrosna o drugą do granic ludzkiego cierpienia. I tak, dajmy na to, Elohim nie znosi odszczepieńców, co to ze swojego obszaru odjechawszy nagle gorliwymi głosicielami innej twarzy się stają. Przychodzi mi do głowy, że tutaj może być przyczyna nadchodzących nieszczęść w moim doświadczonym przez historię kraju, jako że wyznawcy nie tak dawno temu Elohima objawiają się nagle przed nami jako nadzwyczaj pokorni wyznawcy jego rzymskiej odmiany. I jak może im Bóg Największy sprzyjać, jeśli twarze zmieniają jak rękawiczki, albo samochody po wypadku?

Aroniowy sok z kleszcza powoduje szerokie otwarcie źrenic, a to w obliczu gorliwości nowych, świeżo przechrzczonych wyznawców, którzy zupełnie tak samo jak zwolennicy Duce we Włoszech zmienili się w minutę w wyznawców Togliattiego, a potem, kiedy to świat uznał, że Togliatti jest be, stali się mocno zaangażowanymi chrześcijańskimi demokratami, też w minutę, co każe przypuszczać, że nigdy i nigdzie nie byli zwolennikami żadnego, co zresztą i w Polsce zauważam.

Natomiast, jeśli w nich jest tyle pustki, która pozwala, że tak łatwo zdradzają pierwotnego Boga ich własnej tradycji, to dlaczego starają się wobec mnie występować jako pośrednicy między moją wolnością i moim przeznaczeniem nakazującym mnie tylko i wyłącznie stawać przed ostatecznym sądem z odpowiedzialnością za to, kim byłem i co i jak robiłem?

Tutaj pojawia się alkoholizm i walka z nim tak, jakby ktoś komuś kiedyś dawał jakieś upoważnienia, by z nim walczący stawali w imieniu moim i innych. Nie mam żadnych pretensji o to, że niektórzy nawiedzeni znaleźli w walce z alkoholizmem własną karmę, dopóki ta nie jest opłacana z mojej kieszeni. Nie walczę z ich kompleksami, chociaż przypominam, że nikogo nie legitymizowałem po to, aby na siłę zmieniał mi życie i przyzwyczajenia, bo powtarzam, to nie oni, lecz ja sam będę musiał się zmierzyć z własną odpowiedzialnością wobec Najwyższego, którego nigdy nie zdradzałem przy każdej korzystnej okazji. Pijąc, więc, to, co chcę,  a i sok z kleszcza miażdżonego w garnku przez Koleżankę Małżonkę, powtarzam wszystkim uzurpatorom: wara od naszego życia. I to by było na tyle.

Opublikowano 2 komentarze

Nibiru

Podobno ma do nas przybyć jutro. W niektórych miastach wykupili całą dostępną wodę mineralną, no bo przecież po końcu świata najpotrzebniejsze będą rozpuszczone w wodzie minerały. Nie wspominam już o Ameryce i o zbudowanych naprędce schronach (ale się niektórzy obłowili).

Ja, z tego wszystkiego, przestałem pisać o winie, bo trochę jestem załamany czytając w kółko pienia na cześć nędzy z bidą. W ogóle przestaję pisać, jako że pisanie tylko dla samego siebie jest zajęciem frustrującym, poza tym nudne jest czytanie komentarzy ciągle od tych samych trzech osób. Zresztą trzęsienia ziemi i ulewy wcale nie dodają optymizmu. Tak naprawdę to Nibiru już u nas jest, ona nie musi nadlatywać. Sami się wysadzimy w próżnię z własnej głupoty i nie jest zupełnie ważne, czy odbędzie się to 23 września, czy 15 grudnia, tego lub innego roku. Kiedyś to nastąpi.

Rozpoczęła się wojna między młodymi hienami o miejsce przy żłobie, a może już o schedę po prezesie. Z pianą na pyskach hieny rozszarpują obszary wpływów, a z trudem budowany nowy blok historyczny jeszcze bez dachu, a już trzeszczy w fundamentach. To, co nas otacza, jest nieuniknionym etapem rozwoju (chociaż nie wiem, czy można to nazywać rozwojem, jako że słowo rozwój jest pozytywnie nacechowane), no więc nieuniknionym etapem, jako produkt dotychczasowych intencji, jakiegoś takiego élan vital zaklętego w głupocie. Zresztą za granicą wcale nie jest lepiej. Kiedyś pisałem, do jakiego poziomu degrengolady dotarły tak ukochane przeze mnie Włochy, o Francji nie wspominam, nie przyszła bowiem na to pora, teraz przychodzi czas na Hiszpanię, w której rozpoczyna się wojna plemion (lub też może tamtejsze młode hieny walczą o miejsce przy żłobie zasłaniając się nacjonalizmami).

Przypominam sobie, przy okazji, że rodzina Borgiów to byli Katalończycy i że tradycje intrygowania trwają u nich od nieskończoności, a także i to, że dla nich Kastylia to zbieranina wieśniaków, których ciągle trzeba utrzymywać, bo sami sobie rady dać nie potrafią. Nie chcę, nawet, myśleć o Baskach, którzy w Europie byli od zawsze, a niektórzy sądzą, że z Nibiru przybyli i też o Kastylii sądzą to, czego lepiej nie cytować.

No bo w końcu, co dała Kastylia światu? Język najpiękniejszy? Win wszelakich obfitość? Generalissimusa?

Dla miłośnika wina z Hiszpanii skończy się to źle. Jak się wezmą za łby, to nawet Pie Franco spalą i nie będzie z czego destylować. Nasze młode hieny pędzą gorzałę z cukru, a ten drogo, ale zawsze sprzedadzą nam Niemcy. Wino, więc, naszym hienom nie jest do niczego potrzebne. Jak skończą z sędziami i dziennikarzami, wezmą się za blogerów, także tych winnych i pogonią nas pod kuratelę niejakiego Brzózki, co z pewnością poprawi nam warunki twórczości, która trzeźwa będzie i pozbawiona agresji. Z braku wina kupowanego za Pirenejami (a włoskie z natury rzeczy contraffatto jest, zaś francuskie śmierdzi socjalizmem) i z powodu trudności z dostępem do karbidu, denatury, albo salicylu, przyjdzie stać się abstynentem i to dla nas będzie ostateczne Nibiru. I to by było na tyle.

Opublikowano 2 komentarze

Sublimacja, czyli jak grybno, to nie chlebno

Tam, gdzie pojawiają się Don Jaro, Szwagier i Don Alberto (skromnie pomijam hobbita Koalę, bo nie dostąpił on zaszczytu zaproszenia w tak wysokie progi) natychmiast zachodzi sublimacja. Pomiędzy regałami, na których drzemią rzędy flaszek z Rioja, Ribera del Duero, czy La Mancha pojawia się gazowa esencja empatii, w sączonych kroplach przeglądają się panienki crianzas y criadas delikatnie kreśląc na szkle zamiary snów jeszcze niespełnionych, oddechy krzyżują się jak szpady nieomal Don Quijota. Nikną wówczas głośno wieszczone samotne wyspy wyuzdanych ambicji, a wypijane wspólnie wina stają się tym, czym w boskim zamyśle być powinny: miejscem spotkania, dialogiczną przestrzenią, której tak często między człowieczeństwem brakuje (no bo nie można taką nazwać, w żaden sposób, pustki obecnej chociażby w Twarzowni).

Otóż, jeżeli weźmiemy pod uwagę proste wina wytworzone w zgodzie z zasadą prawdziwości i umieszczone w kategoriach unormowanych tradycyjnymi nazwami joven, roble, crianza, reserva, to na zwykłym poziomie są to uczciwie i wedle reguł rzemieślniczej sztuki zrobione wina, które pić można bez specjalnych obaw, oczywiście nie nadużywając. Winiarze to rzemiechy, kiedy jednak znudzą się powtarzalnością pór roku, budzi się w nich Artysta i zaczynają kombinować. Zawijają pomysły w różne proporcje zestawień, kręcą lody z deski francuskiej, czy amerykańskiej i w efekcie oferują światu dzieła Sztuki. Do takich win, w których cenę wyznacza zmitrężony na twórczość czas, należy podchodzić właśnie jak do dzieł Sztuki, a nie wszyscy rodzą się krytykami i nie zawsze potrafimy dzieła takowe rozpoznać.

Zaliczałbym do nich opisywane przez Don Jaro wino Jacobus, czy szkicowane w przestrzeni smaku wina od Teófilo Reyesa. Być może jest wśród nich i Château Pétrus, nie wiem, nie piłem, lecz wydaje mi się, że ceny win nie powstają li tylko ze snobistycznej pazerności i trochę w nich prawdy zawarto.

Sam wypiłem niedawno wino Cánfora, w którym smaków rozpoznanie z pewnością wymaga specjalnego przygotowania, więc boję się trochę zepsuć je mało odpowiedzialnymi słowami, czekam więc, aż i do mnie przyjdzie sublimacja i powstanie w przestrzeni międzysłownej jakaś nowa jakość; wartość dodana godna tak znamienitego trunku.

Tak w ogóle krążę nieustannie przy słowach Jancis Robinson, oddających zupełnie prostą zasadę, dotyczącą nie tylko wina (słowa te ukrzyżowane wiszą na mojej stronie głównej, a powtórzę je tutaj po to, by zamazać przyzwyczajenie): „Najbardziej wartościowe butelki wina można kupić w handlu detalicznym w cenach mieszczących się w przedziale 8 – 20 funtów. Tańsze niż 8 funtów nie mają wystarczającej marży, by pokryć koszty i podatki, więc większe jest tutaj ryzyko win kiepskich. Powyżej 20 funtów płacimy już za ego, pozycjonowanie, czy inne ekstrawagancje charakterystyczne dla rynku win wyrafinowanych.” No właśnie, wyrafinowanych.

A czy ktoś zwrócił uwagę, że Hiszpania tutaj zaczyna się rozpychać łokciami i z trudem przyszłoby mi pisać o winach prawdziwych mierząc się, dajmy na to, z Italią? I to by było na tyle.

Opublikowano 3 komentarze

Pazerność

W zasadzie to nie do końca wiadomo po co człowiekowi bogactwo. Pazerność jest tak niepotrzebna, jak połamana szprycha. A jednak, wedle mej intuicji, to pazerność zaplątała ścieżki rozwoju i spycha od lat świat na manowce. A przecież mogłoby być tak proste po prostu, jak powiada pewna Pani Profesór, wystarczyło oprzeć się o Dekalog i hajda do wieczności.

Co mądrzejsi Rosjanie (a takich, wbrew panującym u nas opiniom, jest całkiem sporo) podpierają się przysłowiem: „wszystkiego chleba na ziemi nie zjesz, wszystkich kobiet nie pokochasz, całej wódki nie wypijesz, nu striemit’sja nada”. Dobrze się jednak zastanowiwszy do życia, nawet godnego, wystarczy niedużo. Pazerność, czyli bogactwo, czyli złudzenie posiadania władzy i możliwości manipulowania. Tylko po co? Po to, aby położyć się w tym samym grobie obok poddanego? Bez sensu.

Zwykła winnica produkująca zwykłe, aczkolwiek prawdziwe wino, wytwarza tyle wina, na ile pozwoliły zbiory. Zwykły winiarz sprzedaje tylko tyle butelek, ile ma i nie przychodzi mu do głowy podbijanie rynków. Nie musi dodawać proszków, kombinować z wodą i beczkami, nie jest pazerny i dzięki niemu mamy do czynienia z prawdziwością. Przychodzą jednak na świat jednostki pazerne, którym we łbach tylko podbijanie rynków. Budują fabryki, nie winiarnie, sponsorują laboratoria, z ich punktu widzenia w dobrej wierze wspomagają „postęp”, jeżeli taki rzeczywiście istnieje. Sprzedają miliony butelek, budują pałace, trują wątroby milionów klientów, potem gniją w grobach wraz z tymi klientami i po co? Bez sensu.

A wystarczyło się oprzeć o Dekalog i hajda do wieczności, może w łykowych łapciach i bez Fordów Mustangów, może bez iOsów, bez bomb wodorowych i kusz elektronicznych, lecz prawdziwie, czyli smacznie; nie ze smakiem inaczej.

Poza tym jestem pazerny, na życie i jego smaki, te zaś w laboratoriach nie powstają i dochodzi się do nich po sześćdziesiątce. Dlatego pisząc te słowa świadomy jestem tego, iż mało kto mnie zrozumie. Wyznawcy kciuka są zbyt młodzi, aby prawdziwość docenić i wszystko im jedno, czy znajdują ją w życiu, czy w dyskoncie. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

O winach i winiawkach dywagacji ciąg dalszy

Jeżeli dokonałem podziału naszego ulubionego napoju na wino prawdziwe i produkt pokrewny, to powinienem być bardziej precyzyjny.

Wprowadziłem kategorię prawdziwości, wątpiący zapytają: czy wino z dyskontu jest mniej prawdziwe, niż jakiś Pomerol? Otóż tak prawdziwość rozumiejąc, oba są równie prawdziwe, chociaż jedno z nich, prawdopodobnie, mija się z prawdą. Uproszczenie pozwala mi stwierdzić, że jedno z nich jest po prostu sztuczne. Otóż to, przeciwstawienie dotyczy tutaj pary pojęć: prawdziwe kontra sztuczne.

Prawdziwe, czyli zgodne z prawdą, a prawda w winie to niefałszowany proces produkcji, czyli wytwarzanie zgodne z tradycyjnymi regułami, bez sztucznej ingerencji w smak, kiedy to chcąc ulepszyć dodam własne, zwykle powstałe w laboratoriach, składniki. Tak rygorystycznie pojmowanych win prawdopodobnie nie ma, ja zaś przyjmuję takie wymyślone wino za punkt odniesienia. Tylko wobec takiego punktu można snuć dywagacje ekonomiczne, rozważać ceny panujące na rynku i opisywać wzorce smaku.

Z produkcji tak pojmowanej przyjąć możemy, że w danym roku cena 1 litra wina u producenta, bez żadnych narzutów i dyrdymałek nie będzie mogła być niższa niż, dajmy na to, 2 euro, czyli nasze osiem pięćdziesiąt. Wtedy stanie się jasnym, że wszystko to, co nam proponują za cenę niższą, powstało z udziałem interwencji sprytu człowieczego charakteryzującego się wręcz nieograniczonym arsenałem trików pozwalających wino potanić, nawet bez uszczerbku dla smaku. Najprostszym trikiem jest zwykłe dodawanie wody po to, by zwiększyć objętość, czyli zmniejszyć cenę, tutaj jednak ucierpi na tym smak, a więc stosujemy różne ulepszacze, poprawiacze, sztuczne taniny i tak dalej i tak dalej. Takie, jednak, wino traci swoją prawdziwość stając się sztuczne.

Nie są to stwierdzenia oceniające. Wiele tanich win naszpikowanych ulepszaczami smakuje mi i nigdy tego nie ukrywałem. Nie mogę ich jednak oceniać obiektywnie, jeżeli nie znam ich faktycznego składu.

Dokonuje się swoista rewolucja w świecie spowodowana masowością, coraz większą liczbą potencjalnych klientów z ubogich mas, no i pazernością człowieka. Tak, pazerność człowiecza; czynnik, o którym powinni dyskutować etycy, powoduje, że świat staje się coraz bardziej sztuczny, a prawdziwość, czyli naturalność, jako dar rzadki przechodzi na własność nielicznych.

Pisanie o winach z dyskontów reprezentując po parkerowsku interesy klientów generuje imperatyw, prawie że kategoryczny: przede wszystkim nie łgać. Jak jednak nie łgać, jeśli prawdy nie znamy? Ideałem byłoby więc uznanie istnienia jakiejś normy i podawanie uczciwe wszystkich składników poza taką normę wykraczających. Wtedy można jasno czytelnikom napisać: to wino, chociaż tanie, znakomitym jest, mimo iż producent dodał w nim i tego i owego.

Jestem przekonany (o wspaniały optymizmie), że kiedyś to tego dojrzejemy, ale gdzie tutaj znajdziemy miejsce dla kiperów? I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Wino czy winiawka?

Tu i ówdzie pojawiają się sarkania, że o winie zaczynam pisać jak o czymś, co ma być dostępne jedynie dla wybranych. Świadczą one o tym, że nie potrafię jasno wyrazić opinii, czyli że autorem jestem do d…

Są dwa typy napojów alkoholowych, które tradycja nakazuje nazywać winem. Jeden to produkt fermentacji winogron z winnic, fermentowany uczciwie tamże i ograniczony do takiej ilości, na jaką stać wydajność danej winnicy. I to jest faktycznie wino, które z racji swoich ograniczeń posiada odpowiednią cenę, często zbyt wysoką dla masowego klienta.

Drugi to pokrewny produkt ogromnych wytwórni nalewany w milionach butelek, który z pierwszym ma tyle wspólnego, ile w nim procent alkoholu i który sprzedawany jest w milionach sieciowych punktów sprzedaży na całym świecie. Ten produkt kosztuje tyle, na ile jest stać biednego klienta, lecz trudno doń przymierzać taką samą miarę, co do wina zrobionego, nazwijmy to, „tradycyjnie”.  Czasami nazywam taki napój winiawką, ale jest to nazwa wartościująca, winiawką może być – przecież – kiepskie wino.

Świat jest tak zbudowany, że zdarzają się w nim producenci, którzy tworzą wina wedle tradycyjnych reguł, a także – aby zarobić jak najwięcej – alkoholowe napoje masowe na bazie winogron, którymi zachwycamy się w dyskontach. Niektórzy tacy producenci w ofertach adresowanych do sprzedawców proponują nawet wytworzenie dowolnego wina na miarę, pod potrzeby rynku i ubogiego klienta. Dopóki wszystkie te napoje powstawały, mniej lub bardziej, z winogron, można było o nich dyskutować jak o jednej rodzinie. Sprawa zaczyna się jednak współcześnie komplikować, gdyż pojawiła się chemia z całą technologią, a ta powoduje, że – na przykład – lody masowo sprzedawane i kochane przez klientów nie mają już nic wspólnego z tym, co kiedyś jako dziecko lizałem pod kościołem.

To samo dotyczy wina. Sztuczne dodatki, proszki, ulepszacze, konserwanty i czort wie, ile jeszcze, powodują, że w takich „winach” nie ma nic z tradycyjnie pojmowanego wina. I to jest właśnie ta cicha rewolucja dokonująca się na rynku, której nie chcemy zauważać, a której skutkiem jest to, że tradycyjnie rozumianego wina będziemy musieli szukać bezpośrednio przy winnicach, a w sieciowych sklepach oferować nam będą wszystkie smaki świata wykonane na taśmie produkcyjnej dzięki recepturom z laboratoriów. Nie oceniam tego, tak zmienia się świat, nie mogę jednak zamykać oczu na oczywistość zjawiska.

Do prawdziwego wina dostęp mieć będą tylko ci, których na to stać i tutaj, być może, stosując nieprecyzyjnie pojęcie elita, utożsamiam z nią jedynie bogatych, chociaż elita jest bardziej kategorią etyczną i estetyczną (nie wszyscy bogaci mogliby się w niej znaleźć, a wielu ubogich ma dusze absolutnie elitarne).

Jeżeli, więc, piwo zrobili z żółci, a mimo to smakuje i jeżeli w Retsinie żywicy, co kot napłakał, ale orzeźwia, to naprawdę nie ma to większego znaczenia, wolałbym – jednak – abyśmy byli świadomi tego, co nam producent proponuje. Uczciwy recenzent od wina powinien – zatem – być raczej chemikiem wyposażonym we własne laboratorium i zdawać sprawozdawczość ze składu płynu w szklance, czy kieliszku. Górnolotne rozważania sommelierów opisujące smakowe wrażenia pozostawić należałoby pięknoduchom i poetom i przyjąć rzeczywistość taką, jaką jest, bez żadnych złudzeń. I to by było na tyle.