Opublikowano 2 komentarze

Wina – wegańskie, naturalne, przemysłowe

Mam wyrzuty sumienia. W ostatniej recenzji z wina Le Carline z Włoch chyba trochę lekko potraktowałem pojęcie wina wegańskiego, zacząłem więc zgłębiać temat, bo staram się we wnioskach nie wygłaszać twierdzeń ryzykownych, a jak już je wygłaszam, robić wszystko, aby jasne były i precyzyjne. Uzupełniam, więc, rozpoczęte rozważania, tym bardziej że w jakiś sposób wpisują się one w całość mojej koncepcji.

Otóż czytelnicy z pewnością zauważyli, iż podzieliłem w tym blogu wina na naturalne i przemysłowe, przy czym naturalne jest tutaj pojęciem bardzo umownym, jako że funkcjonuje ono również w opisach win w trochę innym znaczeniu, bardziej jako biologiczne, czy też ekologiczne. W pewnej chwili chciałem zastosować przymiotnik autentyczne, chociaż wino przemysłowe też jest w pewien sposób autentyczne, istnieje bowiem i to jak. Stąd pozostanę przy epitecie naturalne, zwracając uwagę, że chodzi mi bardziej o takie wina, o których opowiada Tomasz Kurzeja w wywiadzie na łamach Winicjatywy (tutaj). Zaznaczam, że również chciałbym, aby na kontretykiecie podawano wszystkie zastosowane substancje.

Tak rozumiejąc wina, każde będzie winem wegańskim, jako że uczciwe i tradycyjne wina wytwarzanie raczej nie przewiduje żadnych zwierzęcych dodatków i tutaj chciałbym skierować czytelników do jasnego i pouczającego tekstu Sławomira Chrzczonowicza w tejże samej Winicjatywie (tutaj). Tyle tylko, czy istnieją w rzeczywistości składniki organiczne, których szeroko rozumiejąc nie można by nazwać zwierzęcymi? Każdy maksymalizm można sprowadzić do absurdu, a wegan zachęcałbym do oczyszczenia organizmu z wszystkich bakteryjnych składników i do zbadania konsekwencji, jeżeli takie oczyszczanie przeżyją. Wszystko powinno zawierać się w przyzwoitych ramach.

Świat drąży rewolucja, która nie wiadomo dokąd nas zaprowadzi. Z pewnością znikną któregoś dnia wyroby tradycyjne, gdyż ich wytwarzanie nie będzie spełniać ekonomicznych kryteriów związanych z masowym rynkiem ubogich odbiorców. Zamiast win tradycyjnych rynek zajmą w całości wina przemysłowe (paradoksalnie bardziej one będą wegańskie niż tradycyjne, jako złożone z samych elementów nieorganicznych, sztucznie powstałych w laboratoriach). Początki tego już mamy w dyskontach, wieszczę przy tym, że niebawem świat stanie się jednym wielkim dyskontem.

Zachwyt nad wielkością autentycznych i naturalnych wyrobów tradycyjnych zostanie powszechnie zapomniany, jako że powszechny konsument będzie miał dostęp jedynie do tego, co zasobność pomieści. Resztą zajmie się chemia i przemysł. Wtedy nadejdzie złota era dla zwolenników wegańskiego świata (a zwierząt, prawdopodobnie, też już wtedy nie będzie). I tym optymistycznym akcentem ogłaszam, że to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Biznes ma swoje prawa

A klient swoje. Nie jest to dziwne, wystarczy o tym pamiętać i nie mieszać poziomów. Najgorszym jest udawanie klienta po to, aby robić biznes. Zresztą są różne biznesy i różne się do nich stosują zbiory praw. Człowieka zwyczajnego obowiązuje – w tej strefie kulturowej – Dekalog, z którego można wyprowadzać wszelkie inne zasady.

A tymczasem narobiło się w tutejszym świecie tyle, że przestaję nadążać. Katalonię i Hiszpanię pociągają sznurkami biznesy, które ukryły się na tyle dobrze, iż niewielu chce o nich rozmawiać, a przecież jak zawsze chodzi tylko o pieniądze, a euro jedynie na tym traci. Dzisiaj Lombardia i Wenecja Euganejska głosują za autonomią, więc niedługo trzeba będzie w Wenecji, czy Mediolanie prosić o wizę. Porobiło się, oj porobiło.

Średni, czy mały producent wina prowadzi w świecie (nie u nas, bo u nas świat jest inny) swoją działalność zgodnie z zasadami przylegającymi do jego wielkości i nie ma ambicji mocarstwowych, które z kolei charakteryzują wielkie korporacje.

Sieci dyskontów to wielkie korporacje, te zaś istnieją po to, aby – oprócz zysku – utrzymać tysiące swoich pracowników. Rządzą się swoimi prawami i zgodnie z nimi sprzedają to, co sprzedają. Ich logika nakazała wymyślić przemysłową produkcję wina z minimalizacją kosztów wytwarzania w odpowiedzi na popyt z rynku masowego milionów biedaków, których nie stać na wyroby od średnich i małych wytwórców. Im większy obrót, tym większa szansa na utrzymanie tysięcy miejsc pracy, czyli biedni żywią biednych.

Pisząc o winach z dyskontów w oczywisty sposób wspieramy taką właśnie strukturę i nie widzę w tym nic złego, o ile robimy to szczerze i nie udajemy kogoś zupełnie innego. Jest paradoksem, iż wspierając dyskonty zwykle marzymy o rozwinięciu własnego małego biznesu. Sprzeczność sama w sobie prowadząca do bałaganu w głowie. Mieć ciastko i zjeść ciastko.

Uciec paradoksom można będąc szczerym wobec siebie samego. Parker w zaraniu dziejów reprezentował interes klientów i opracował swoisty kodeks. Wystarczy stosować go w praktyce. Nie ma żadnego znaczenia fakt, iż potem jego przedstawiciele wypaczyli do imentu zasady kierując się doraźnym zyskiem; uczciwość nadal pozostaje uczciwością, a zawsze można odnieść się do Dekalogu.

Klienci, czy jak kto woli: konsumenci nie są wcale głupi, niezależnie od poziomu zasobności. Wystarczy być wobec nich szczerym, a oni sobie dadzą radę z wyborem. Trzeba jednak uczciwie podawać wszystkie dostępne informacje; także i takie, które wskazują na to, ile chemikaliów zastosowano przy produkcji napoju tak, aby stał się tanim winem w dyskoncie.

Nie ma w tym wszystkim żadnych wielkich sekretów, to zwykła walka o przeżycie. Trzeba dbać, aby miała ona etyczne formy i nie lać wody tam, gdzie nie jest to potrzebne. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Odwracanie kota ogonem

Niekiedy wydaje mi się, że za łatwo tracimy dystans, albo odwracamy proporcje. Pisanie swojego bloga jest nade wszystko pisaniem o sobie, a dodawanie do tego pretekstu w postaci wina wcale nie upoważnia do zamiany siebie na wino, choć niekiedy takie mam wrażenie, czytając tu i ówdzie. Otóż w pewnych przypadkach wino tak zasłania autora, że odnosi się wrażenie, iż zalało kompletnie mózg, a wtedy powinna ratować delikwenta PARPA, jako że ewidentnie mamy do czynienia z przegięciem i wołaniem o odwyk.

Zresztą spowodowane jest to również wymaganiami, jakie stawiają przed nami wszyscy ci, którym wydało się, że blogerzy winni to tylko witryny marketingowe wychwalające pod niebiosa produkty jednej, drugiej, trzeciej firmy. Bloger zaś to tylko rodzaj pisarza i możemy oceniać go wyłącznie pod kątem sztuki pisania, a nie dlatego, że lepiej lub gorzej potrafi obejść się z pretekstem. Pisanie o winie w celach marketingowych wcale nie jest blogowaniem, a wszelkie powstałe nieporozumienia wynikają z charakterystycznego dla współczesności bałaganiarstwa, do którego nie powinno się podchodzić pobłażliwie.

Nazywanie, więc, blogami witryn, w których nie ma nic z autorskiego zaangażowania, jest nadużyciem, a czysty opis kolorów, czy zapachów nie ma nic wspólnego z literaturą. Zdaję sobie sprawę, że wynika to z niezrozumienia terminologii, wielu bowiem stosuje internetową formę bloga do zupełnie nieliterackich celów. Wtedy, jednak, należy ich nazywać sprzedawcami, specami od marketingu, reklamującymi się (advertisers), jak – zresztą – kto woli, ale nie należy ich nazywać blogerami, jako że ci są twórcami, autorami, literatami posługującymi się specyficzną formą bloga.

I to by było na tyle.

Opublikowano 1 komentarz

Nadszedł czas na wina nienaturalne

Tak naprawdę zdanie brzmi: „Nadszedł czas nauczyć się kochać wina nienaturalne”, czyli takie gdzie setki dodatków (głównie laboratoryjnie uzyskanych chemicznych smaczków) powodują, iż sztucznie wytworzony Pétrus smakowo jest lepszy od oryginału, a kosztuje, dajmy na to, tylko 10,00 PLN.

W świetnym, aczkolwiek zwięzłym do bólu tekście z nowego numeru winnego pisma „Ferment” odnosi się takie zjawisko do konsumenckiego zapotrzebowania. Ja dodałbym tutaj różnice możliwości wśród biednych i bogatych, oraz to, że wielkie korporacje doskonale zdają sobie sprawę z ryzyka oderwania uniwersalnej biedoty od wielkopańskich przyjemności (o czym zresztą pisze również Wojciech Bońkowski w tym samym numerze). Wielkopańskie przyjemności pozostaną w wąskim kręgu wyrobów naturalnych, a do nich dostęp mieć będą ci, których na to stać, ceny bowiem respektować będą rzeczywisty rytm wytwarzania wina w prawdziwych wytwórniach, natomiast ogromnej rzeszy niezasobnych zaproponuje się artykuły zastępcze, owszem prima sort, a nawet lepsze.

W taki sposób powstaną dwa równoległe światy, z oczywistą perspektywą awansu (jakiś wentyl być musi) i z przezroczystymi granicami, przez które najsilniejsze jednostki będą mogły przechodzić bez wizy (no, jedyną wizą będą zawsze pieniądze).

Przygotowuję się do tego systematycznie, chociażby oddzielając w blogerskich kategoriach wina z supermarketów od poszczególnych win narodowych. Proces wydaje się być nieuniknionym, no bo w końcu jakie ma znaczenie wobec Wieczności, czy Krug powstał w Szampanii, czy w fabryce pod Włocławkiem. Jakie ma dla biedaka znaczenie, czy żony torebka jest podróbą, czy też nie, może do tego wagę przywiązywać Asimov (Eric), biedakowi chodzi raczej o to, aby w tej torebce było parę złotych.

Nie mogę jednak pogodzić się ze zrównaniem kategorii. Wina tanie nie są wcale synonimem win nienaturalnych, a takie – czytając tekst w „Fermencie” – mógłbym odnieść wrażenie. Gdyby tak było, kilka blogów utraciłoby nagle sens istnienia. Wyobrażam sobie lament w Sieci. I to by było na tyle.