Opublikowano Dodaj komentarz

Formatowanie wina

Do teraz starałem się opisać każde wypite wino, a od początku istnienia bloga nazbierało się tego będzie z tysiąc butelek. Narzucając sobie dyscyplinę nakazującą każdy wypity kieliszek uwiecznić w formie recenzji zmusiłem się do publikowania nieomal codziennie nowego tekstu, co niewątpliwie podniosło moje miejsce w pozycjonowaniu strony doprowadzając, jednak, do wyczerpania nieomal fizycznego, nie wspominając wątroby, która zaczyna się powoli buntować.

Biorąc pod uwagę to, że każdy kiedyś na coś musi odejść, nie biorę sobie wątroby zbytnio do głowy, mimo to stopniowo zaczynam racjonalizować poczynania walcząc jednocześnie o utrzymanie wywalczonej w Necie pozycji.
Pisząc tworzyłem różniste systemy oceny, dla siebie i gwoli przyjemności czytaczy; mniej były one lub bardziej rozsądne, w końcu zatrzymałem się na tym, co aktualnie można znaleźć w gwiazdkach i punktach, przy czym nie ukrywam, że system moich ocen zbliżył się bardzo do Wine Advocate z tym, że usunąłem całość do 50 punktów, rozpoczynając od 50 wzwyż i modyfikując najwyższe oceny, gdzie wprowadziłem ocenę „absolutnie wyjątkowe”. Takie ocenianie jest zupełnie subiektywne; ot, zabawa w punkty i służy mnie samemu do łatwiejszej klasyfikacji i zapamiętania.

Od teraz pisać będę tylko o winach, które w mojej ocenie i pamięci zasłużyły na pisanie. Pozostanie więc w koszu niepamięci wiele butelek, a teksty będą mniej częste. Ponieważ nie odmawiam nikomu recenzji, pisać również nadal będę o tych winach, które przybędą do mnie dzięki uporczywej pracy niezmordowanych kurierów, wysłane przez tych, co chcieć będą, abym się zająć nimi raczył. W ten sposób pozostaję do dyspozycji różnych sieci, rezerwując sobie prawo wyrzucenia do kosza wina (jasno o tym pisząc), jakie nie będzie mi pasowało.

Być może brzmi to pompatycznie i wyjątkowo przemądrzale, ale od Roberta Parkera przejmuję zasadę, iż pisząc reprezentuję wyłącznie klientów, chociaż moje kryteria smaku są zupełnie odeń różne. Nie ukrywam, że za beczką nie przepadam i preferuję erotycznie radosny i duży owoc, jednakże mamy identyczne implikacje etyczne.

Wolność oceny (i każda inna) jest głównym imperatywem w moim pisaniu i tak będzie do samiutkiego końca. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Picie wina, podróże i masochizm blogera

Euforia życia goniła dotychczas za mirażami, których natury nie potrafię do końca zrozumieć. Wydaje mi się, że taki bieg z wywieszonym ozorem wynika z poczucia braku stałości, w którym przyszło mi dorastać w tym szczególnym miejscu na Ziemi, gdzie co kilka lat przewala się kataklizm wojen i rewolucji i gdzie nie wolno nawet marzyć o kilku spokojnych latach. Dziwaczny problem ciepłej wody w kranach pojawił się zupełnie niedawno i ledwie taką poczuliśmy  faktycznie, a już pojawili się niezadowoleni, którym zaczęła przeszkadzać i oto kolejna bitwa pod hasłem: może być jeszcze lepiej (chociaż gdzieś tam wierzą w przysłowie, że lepsze jest wrogiem dobrego).

Brak stałości, ciągłości, neurotyczne rozedrganie opinii niezupełnie pewnych własnych racji, wspominki o przebytych bitwach, ewakuacjach, obozach przejściowych, powstaniach, którymi karmiły mnie Matka i Babka; to wszystko sprawiło, że do teraz nie umiem przywiązać się na stałe do miejsca, czy sytuacji. Sądzę, zresztą, że my tutaj tak mamy, wszyscy.

Pierwsze moje podróże do Italii w czasie studiów pokazały, że istnieją miejsca na Ziemi, gdzie ludzie przywiązani do przyszłości nie wyobrażają sobie nawet, iż mógłby nadejść kataklizm, który wywróciłby wszystko do góry nogami. Moi weneccy przyjaciele ze zdziwieniem przyglądali się poszukiwaniom bez końca, jakie sam sobie serwowałem i których celu nie udało im się nigdy pojąć, ja natomiast z równym zdziwieniem zastanawiam się (do dzisiaj), jak można żyć licząc na to, że nic nie ulegnie zmianie, jako że żadna katastrofa życia nie dotyczy. W końcu zmiana stała się dla mnie stałością i bardzo ciężko przyzwyczajam się do myśli, iż starość zwiąże mnie raz na zawsze z jakimś miejscem.

Wino zastąpiło mi podróże i kolejne poznawane butelki to etapy w peregrynacji po miejscach, których nigdy bym bez nich nie odwiedził. Budzą we mnie euforię życia, podsycają marzenia o lądach nieodkrytych, smakach i zapachach jeszcze nienapotkanych, a przy tym zmuszają do dyscypliny, gdyż pisząc o nich muszę respektować określone reguły. Dzięki nim łatwiej znajduję siłę, aby budzić się każdego ranka ze świadomością, że powinienem jeszcze zrobić to, czy tamto, chociaż z drugiej strony wiem dobrze, jak bardzo potrafią być zdradliwe. Pisałem o tym kiedyś zresztą, jak o przyjaciołach potrafiących wejść na głowę w ich tylko wiadomych celach i staram się nie poddawać manipulacji powoli i jadowicie sączonej z każdą kroplą z następnej butelki. Tak to jest, wszystko, co wspaniałe potrafi rzucić się do gardła i zagryźć, jeżeli zbyt długo zwlekać będziemy z założeniem kagańca.

Otóż kiedym rozpoczął podróże po winnych ścieżkach, wydało mi się, że powinienem poznać wszystko. Potem zjawiły się ambicje blogera piszącego o winie, czyli pokusa recenzowania, zapominając o tym, że jeśli już recenzje, to zawsze w czyimś imieniu, czy interesie, a mnie nigdy nie obchodził czyjkolwiek interes. Dopiero niedawno dotarło do mnie, iż to co robię, bardziej pachnie masochizmem, niż zdrowym rozsądkiem. Po pierwsze: nie ma takiej możliwości, bym poznał na starość i nauczył się tego, na co inni przeznaczyli całe życie. Po drugie: jest swoistym zboczeniem pisanie za wszelką cenę o czymś, co nie smakuje. Nie wolno w żaden sposób zmuszać się do degustacji tylko z tego powodu, że czyjaś wola, czy zasłyszana opinia tak nakazują. Dlatego powyższe mając na względzie zdecydowałem się degustować to, co sprawia mi przyjemność, a więc – w konsekwencji – pisać pozytywnie.

Życie jest za krótkie, aby je marnować dostosowując do przyjemności innych (wystarczy, że każdy dzień mojego życia katowany jest cudzymi decyzjami, na które nie mam żadnego wpływu). I tak zdecydowałem, iż blogowanie moje o winach będzie wyłącznie o takich, z którymi mogę się pozytywnie utożsamiać, masochizm pozostawiając innym. Wina tutaj opisywane są dobre dla mnie, nawet jeśli do końca ich nie rozumiejąc, krytykuję tam, gdzie inni wznosiliby hymny pochwalne. I tak to z końca chciałbym uczynić nowy początek (taka moja dobra zmiana), a więc stwierdzam, że to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Winnym piewcom schyłkowości na pociechę

Czyli sobie samemu, chyba. Coraz częściej łapię się na tym, iż tęsknię za ubiegłymi latami, przychodzą one do mnie jeszcze wyraźniejsze chociażby wtedy, kiedy czytam Stasiuka, czy w trakcie kazań niektórych wielebnych. Wszystko było prostsze, a może więcej miałem siły i lepiej znosiłem upływający czas. Wydało mi się – przy tym, że ludzie z tamtych lat zniknęli nieodwracalnie i ze zdziwieniem stwierdzam, teraz właśnie, iż są nie do zdarcia i wypadają z każdej otwartej szafy. Postęp w człowieku nie istnieje, czuję raczej młyn, w którym wszystko miele się na kołach zębatych i przekładniach, a to, co nazywamy postępem jest stopniowym udoskonalaniem tychże kół zębatych i przekładni zarządzanych przez czas, a ten jest jedynym właścicielem mojego życia.

Każde z nas o tym wie, nie wszyscy zdają sobie z tego wyraźnie sprawę, ja – natomiast – widziałem to wyraźnie od początku, od dzieciństwa i czując aż do bólu upływanie czasu szanowałem je u siebie i u innych ludzi, co związane jest z absolutnym osłupieniem, jakie odczuwam stając przez życiem w ogóle i z pewnego rodzaju zdolnością do zawierania kompromisów na każdym etapie, co niektórzy mogliby wziąć za oportunizm, chociaż wynika on jedynie z oszołomienia życiem, z szacunku wobec czasu; to wszystko nie pozwalało mi nigdy podejmować decyzji do końca jednoznacznych, jako że takie decyzje, jako dogmatyczne, uderzałyby we władztwo czasu, człowiek zaś ma obowiązek poddawać się czasowi, bowiem tylko wtedy pozostaje z tym czasem jak najdłużej.

Niektórym wydawać się to mogło nieustannym zdradzaniem, mnie natomiast chodziło przede wszystkim o przetrwanie. Euforia życia wymaga uprawy jak słaba roślinka, musiałem więc przetrwać po to, aby życie zachowało dla mnie radość, cóż mi bowiem by przyszło z dogmatycznych sukcesów po ostrych i jednoznacznych decyzjach, jeśli wiązałoby się to z unicestwieniem. Umiejętność zawierania kompromisów, czy jak kto woli, oportunizm uważam bowiem i nade wszystko za szacunek wobec wolności wynikającej z niepodważalnego faktu, że każda żywa istota po przyjściu na świat żyje i odchodzi sama, a więc należy wyłącznie do siebie, jako że żadna inna istota nie może jej takiej wolności pozbawić. Tak na to patrząc każda podejmowana przeze mnie decyzja musiała być kompromisem po to, aby nie naruszać statusu innych; ci przecież mogliby mi zagrozić i zgasić radość życia jeszcze zanim się sama wyczerpie.

Potem wraz z Internetem przyszło wino i możliwość pisania. Potraktowałem wino jako pretekst, jako ćwiczenie warsztatowe i rozpocząłem podróż po mojej przeszłości ukrywając się za kolejnymi butelkami. Nie wiem dokąd mnie ta podróż doprowadzi, z pewnością do nieuchronnego końca, ale przed tym końcem mam jeszcze sporo przed sobą kompromisów i przystanków, wszystkie one jednak dotyczą mnie samego i nie mam zamiaru reprezentować w tym wszystkim nikogo oprócz siebie.

Dlatego – prawdopodobnie – coraz mniej tutaj zatrzymujących się czytelników znudzonych schyłkową dekadencją; przywiązaniem do przeszłości, która w pewnej chwili życia staje się zawsze lepszą od najczarowniejszej przyszłości. Jestem tego świadom i, szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to obchodzi. Poza tym coraz mniej mnie obchodzi i zewnętrzna głupota, i hałaśliwa pycha, i nadęte marzenia, a także coraz rzadziej mam ochotę cośkolwiek naprawiać wiedząc, że na niewiele się to przyda, a i tak czas to przemiele na proch. Pozostaje dystans i zżerający do trzewi głód życia nakazujący kompromisy i oportunizm po to, aby po prostu żyć. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Wino codzienne

Racz nam zwrócić Panie. Cóż to jednak znaczy: wino codzienne? I czy wolno mi zachęcać do wina codziennego, jeżeli można uznać moje słowa za propagację spożycia? Czy w ogóle wolno mi zachęcać do jakiegokolwiek spożycia? Przecież według prawa obowiązującego w Najjaśniejszej i Suwerennej jest to nie tylko wykroczeniem poza obowiązującą poprawność, lecz również przestępstwem.

Jako, więc, bloger (nie żaden tam blogger, bo obowiązuje nas ustawa o języku polskim) mogę pisać dyrdymałki o tym, co czuję pijąc jakieś tam wino, ale nie wolno mi recenzując zachęcać, a tym bardziej naród popychać do codziennego spożycia, bo czekają mnie galery i łamanie kołem. Zastanawia, przy tym, że koleżeństwo winne blogerstwo udaje, iż nie zdaje sobie sprawy z dwuznaczności naszego istnienia: w tym, co chcielibyśmy robić i w tym, co nam faktycznie wolno.

A Ameryka już nie jest tak daleko, a wszyscy zmierzamy do wspólnego celu: świata zamieszkałego przez miliardy potencjalnych konsumentów, których przed buntem chronić będzie dostęp chociażby do win ikon wytworzonych w fabrykach za niewielkie centymy.

Już parę dni temu napisałem, że wtedy wszystkie wina będą wegańskie, bo i zwierząt nie będzie, a sztuczne roboty futrzaki będą nam lizać podeszwy z poliwęglanów. Uporczywie nad tym pracują (aby nadeszło jak najszybciej) tak minister leśnictwa, jak i finansów i to z dowolnej ekipy, jako osobnicy świadomi nieuniknionego. W takiej perspektywie i wina ikony i wina codzienne wytwarzane będą wszystkie w tej samej fabryce, z portretem Orwella w gabinecie Prezesa. I to by było na tyle.