Opublikowano

Preludium do pożegnania

Jak powiadali mądrzy Hegel, Kożew, czy też Fukuyama, człowieka popycha do przodu pragnienie uznania przez innych, czy – jak kto woli – upodmiotowienia się w oczach społeczeństwa (gdybym był złośliwy, stwierdziłbym: każdy z nas podskórnie pragnie stać się członkiem elity, z którą głośno walczy). Stąd wynika dialog, bo ten takie uznanie jak kurier doręcza i zainteresowanie winem, które wprowadzając w rozsądną euforię w dialogowaniu pomaga. Stąd też rozpoczynając pisanie w tym blogu wystawiłem łeb na powierzchnię walcząc o uznanie. Oczywistym też było, iż jako nieposażny tłumacz i drobniutki emeryt spodziewałem się co najmniej milionowych apanaży z blogerskiej działalności. Niestety dziś nadszedł odpowiedni moment. Przyznaję się, niniejszym, do całkowitej porażki. Nie udało mi się zrealizować żadnego z założonych celów.

Pisanie w pustkę, a w najlepszym razie dla dwóch, może trzech miłośników, zakrawa na zboczenie, ja zaś od wszelkich zboczeń trzymam się z daleka, chociaż nie zawsze świat tak sądził. Coraz częściej mam wrażenie, iż biję głową o mur, a w moim wieku trudniej znosić wstrząsy mózgu, czy różne takie na świat zdenerwowania. Dlatego stopniowo odsuwam się od tego, w co tyle czasu i energii dotąd zainwestowałem i resztę życia przeznaczam na działalność zarobkową, jako że z emerytury ZUS w wysokości 416 PLN miesięcznie nie uda mi się na elegancką trumnę zarobić. Zarabiając, czyli tłumacząc, nie mam czasu na picie wina, z czegoś więc trzeba zrezygnować.

Blog pozostanie sam sobie dopóki starczy środków na opłatę za miejsce na serwerze. Niechaj ci, którzy poszukują wskazówek, nadal czytają moje dotąd napisane recenzje. Oby służyły im jak najlepiej. Unikając stetryczenia pisać będę wyłącznie pod dyktando schematu „w 12 zdaniach” jasno stawiając sprawę: opinie tam wyrażone są tak samo pozbawione uzasadnienia, jak pisanie tutaj o winie w moim wykonaniu, co tylko utwierdza mnie w samotności i w tym, że niczego już lepszego w życiu spodziewać się nie powinienem. Tym więc kończę preludium do pożegnania i stwierdzam, że to by było, raz na zawsze, na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Dywagacje o biznesie i winach dyskontynualnych

Jako że sobotę piękną mam, wyspany jestem, chociaż pies Maniek wyciągnął mnie na mroźny spacer o drugiej w nocy, to i optymistyczniej do świata się ustawiam. O winach będzie, proszę się nie obawiać. I jest to naprawdę optymistyczne.

Ostatnio sporo komentarzy pojawiło się pod notatką na temat niemieckiego wina w niemieckiej sieci (chodzi o Junge Winzer z Lidla – notatka tutaj). Wszystkie one, w moim mniemaniu, wskazują, iż coś jest nie tak z naszym podejściem do biznesu (naszym, to znaczy również moim), jako że znów narzekamy, iż winni są oni, wyłącznie oni, a złowroga Ciotka Unia tutaj onym wtóruje pomagając tylko po to, aby nasz słabiutki biznes wykończyć.

Ciekawe to stwierdzenia pochodzące z gospodarki komplementarnej do krytykowanych Niemiec, których rozwój zależy od Niemców, ale także od naszej gospodarki, no bo nic się nie dzieje w próżni. Nasze umiłowanie do dolara i wynikające z tego sojusze, kiedy zarabiamy przede wszystkim w euro, zadziwiają, a nawet rażą koszmarnym brakiem konsekwencji. Na szczęście zauważam, że ograniczamy się jedynie do wypowiadanych sloganów, a Realpolitik jest zupełnie inna. Czyli znów: co innego mówimy, co innego robimy (taki spadek po epoce słusznie minionej, kiedy to strach było mówić wprost). Mam nadzieję, że Szanowny Suweren zdaje sobie z tego sprawę.

Wracając ad vinum. Takich dożyliśmy czasów, iż ubogie masy wolą zaopatrywać się w sieciach dla ubogich. Inaczej już nie będzie. Wielkiego znaczenia nie ma to, co tam sprzedają i jak do tego doszli. Znaczenie ma fakt, że nie etyczne przesłanki grają w tym wszystkim rolę, a interes, który zawsze funkcjonalnie udowodnić może swoją wyższość, jeśli wpływa na cenę wypełnionego winem kieliszka.

Przecież jest oczywiste, że Niemcy jako państwo pomagać będą przedsiębiorcom z własnego terytorium (a tak będzie zawsze, jeśli zacementujemy się w pojęciu państw narodowych, bowiem organizmy wyższe mogłyby nas przed tym obronić), jak równie oczywistym jest to, że inne państwa mogą się przed ekspansją i próbami monopolizacji bronić. Nikt zresztą przedsiębiorcom i rządzącym w innych państwach nie zabrania postępować podobnie, no może z wyjątkiem Polski, która tak konstruuje swoje prawo, aby zawsze zarobili inni, a swoich ma w głębokim poważaniu.

Pojękiwania nad strasznym losem polskich winnych importerów okropnie ranią uszy. To samo, jeśli chodzi o producentów, czy sprzedawców. Co jednak przeszkadza im wszystkim połączyć wysiłki i stworzyć wreszcie racjonalne polskie lobby wpływające na różnych Mateuszów, czy innych tak, aby ci zmienili przepisy w naszym interesie? Co przeszkadza polskiej sieci handlowej (dowolnej) w tworzeniu marek, wyrobów, etc? Co przeszkadza rozlewającym w Polsce w wyprodukowaniu polskiego pinot noir, skądkolwiek moszcz by pochodził? Nie wiem. Co przeszkadza Państwu polskiemu zarabiać zwyczajnie po to, aby mieć kasę dla emerytów? Nie wiem.

Od lat przyglądam się włoskim przedsiębiorcom, którzy umiejętnie promują się na zagranicznych rynkach. Jednoczą się, budują struktury w ramach Izb Handlowych, wchodzą wszędzie po to, aby zarobić. Przez głowę im nie przechodzi narzekać na to, że jakieś Niemcy, czy jakaś Francja, a może jakaś Polska w czymś przeszkadzają. Wykorzystują we własnych celach to, co jest i nie tracą energii na bezprzedmiotowe pojękiwania.

Klienta w Powiatowej, w końcu, najbardziej interesuje efekt. Do lepszych win dotrze, jeśli uzna, że ma na to ochotę. Zna drogę do Stolicy, a nawet Krakowa. Póki co o jego kieszeń dba bardziej Lidl, niż Państwo polskie i boję się, że długo tak jeszcze będzie. Póki co nikt nie zmienił naszych przepisów w sprawie handlu winem Online, a niemiecki Amazon respektuje polskie prawo i wina do Polski nie sprzedaje. Póki co polskie sieci potrafią się dzielić i wzajemnie wybijać. Czy temu są winni Niemcy? Nie wiem. I to by było na tyle.

P. S.  A gdzie się w tym wszystkim schował optymizm? On jest, ukryty w świadomości, że wolno jeszcze mi pisać, co na język wejdzie. Cenzorem są tylko słupki odwiedzin na stronie.

Opublikowano Dodaj komentarz

Dywagacji o cenach i rocznikach, a także staruszkach, ciąg dalszy

Uwielbiam truć duszę. Nadpływa wtedy adrenalina i dodaje skrzydeł. A merytoryczne teksty napisane przejrzystą polszczyzną w sąsiednich blogach dodają sił i chęci do życia. Zapominam wówczas o dylematach staruszka.

Po pierwsze primo: cena składa się z dwóch części. W pierwszej jest rzeczywisty koszt wytwarzania, inwestycji materialnych i niematerialnych, a także (jak w przypadku wina) czasu niezbędnego do tego, aby wyrób stał się mistrzowski (można w tym zawrzeć robociznę). W drugiej zawierają się elementy symboliczne, z których składa się zysk. Ta część jest zależna wyłącznie od woli wytwórcy, albo sprzedającego. Wiemy, że w produkcji wina niebagatelną rolę odgrywa czas starzenia. Czas ten znajduje się specyficznie po obu stronach, czyli u wytwórcy i odbiorcy-konsumenta, lecz elementy kosztu odzwierciedlające ten czas są takie same: a więc koszt przechowywania i wszystko to, co można wymierzyć przy jego upływie. Im więc wino starsze, tym droższe.

W zasadzie nie interesuje mnie część druga, ta symboliczna, w której znalazły się koszty (za Jancis Robinson) ego, pozycjonowania na rynku, czy też ekstrawagancji rynku win wyrafinowanych (Jancis Robinson – The 24 – Hour Wine Expert – Penguin Random House UK, 2016). Obiektywnie można cenę wina zmierzyć rozpatrując wyłącznie część pierwszą. Czas w niej jest i czy tego chcemy, czy nie: im jego więcej, tym więcej kasy trzeba wydać na zakup butelki.

Po drugie secundo: im gorszy w ocenach Gigantów-Figurantów rocznik, tym lepsze wino do bezpośredniego spożycia. Przyjmuję, przy tym, że wino powinno być nade wszystko smaczne. Znakomite roczniki stają się materiałem do tworzenia dzieł, w których czas odgrywa najważniejszą rolę (wpływając na cenę), ale których zwykle nie rozumiemy. Trochę jak z malarstwem Picassa, osiągającym ceny niebotyczne, ale niezrozumiałym dla przeciętnego odbiorcy. Jak napisał Krzysztof Majer, wina z takich roczników są trudne. Trudne, zaś, nie bywa smaczne.

Rynek win wyrafinowanych to w istocie muzeum (tak jak w przypadku dzieł Picassa), do którego przychodzimy po studiach w Akademii Sztuki, czy po innym szkoleniu zawodowym, albo domy aukcyjne, chociażby Sotheby’s. Żadnemu laikowi nie przyszłoby do głowy poważyć się i propagować w blogu wystawione na aukcji dzieła sztuki. Natomiast o winach, a i owszem, piszemy wszyscy i co jeden z nas, to lepszy specjalista.

Blogerami będąc należymy do tej warstwy społecznej, której nigdy nie będzie stać na zakup picassowskiej Guerniki po to, aby powiesić ją w jadalni. Wypada zgodzić się z losem i kupować na rynku landszafty, a do obiadu pić coś za 15 złotych, zakupione za rogiem. Masy, czy spauperyzowane, czy nie, są tylko masami i czas najwyższy poznać własne miejsce w szeregu, Mociumpanie. Pisanie zaś o wspaniałościach winnego świata za tysiące złotych i to dla mas? Jak mawiają buniule w arcywinnej Francji: Insz Allah, i to by było na tyle.

P.S. Pisząc dla mas o wspaniałościach nieosiągalnego świata, bloger wentyluje nagromadzoną w masach agresję, czyli jako wentyl przyczynia się do utrzymania społecznej równowagi. Z czasem rządzący zdadzą sobie z tego sprawę i zaczną nadawać co gorliwszym wentylom szlachectwo, a co agresywniejszych producentów wina przemysłowego, które i smak i rocznik zawsze będzie posiadało w dowolnym widzie za niecałe 20 złotych, zaliczą do arystokracji, a więc za ileś set lat ich wnuki będą mogły zostać ministrami zdrowia, a może i obrony, jeżeli przyszły świat stać będzie jeszcze na jakąś obronę.

Opublikowano Dodaj komentarz

Dyskryminacja staruszków (czyli słów parę o winnych rocznikach)

Bardzo dobry wpis w zaprzyjaźnionym blogu na temat roczników wina (tekst tutaj). Nasuwają się pytania; takie, które mnie najmocniej dotyczą. A mianowicie: wnioskuję, że winni staruszkowie są skazani na gotowe, już wystarzone wina, co natychmiast rodzi konsekwencje ekonomiczne. Staruszek, natomiast, ryzykujący odłożenie wina w piwniczce na – dajmy na to – 20 lat może nie doczekać. Pytanie więc: czy to prawda?

Zgodnie z przeczytaną analizą wszystkie te crianze, reservy, a także inne delikatesy (w nazwach zależy to od kraju), jeżeli zostały sfermentowane po roku 2000, są (że tak powiem) o kant Drzyzgi. Należałoby je dostarzyć we własnej piwniczce, co odsyła natychmiast do poprzedniego akapitu. Liczą się, więc, w spożywaniu na bieżąco tylko wina „świeże”, coseche, novelli, nouveaux, a także bez epitetów na butelce, z fermentacji po roku 2000.

Wszystko to odnieść trzeba do win powstałych naturalnie. Wina przemysłowe, a takie znajdujemy w sieciach w odpowiednio niskich cenach, to zupełnie inna bajka (bo tam chemicznie rocznik można dorobić: dowolny). Nie wiem, czy warto w ich przypadku kruszyć kopię o roczniki. A tak na marginesie, bardzo dobre i całkowicie słuszne rozważania Domowego Doradcy, jeżeli pojmować wino w poważny sposób, stawiają ogromny znak zapytania przy prawie każdej blogerskiej recenzji. Zgadnijcie, zatem, dlaczego? I to by było na tyle.