Opublikowano Dodaj komentarz

Sprzedaż wina Online – rynek wewnętrzny kontra reszta świata

Zaiste, sprawa jest prosta. Oczywista oczywistość. Przede wszystkim są tutaj dwa elementy, okrutnie egoistyczne. Rynek wewnętrzny i rynek zewnętrzny. Oba naburmuszone i we wzajemnym Nelsonie. I dopóki Matuszkę Unię pojmować będziemy, jako wspólnotę niezależnych interesów poszczególnych krajów, dopóty każdy rynek wewnętrzny (nie tylko polski) będzie walczył o życie z rynkiem zewnętrznym. Gdyby rynek unijny był rzeczywiście rynkiem wspólnym i tak dalej i tak dalej. Co by było, gdyby… Ale nie jest (i nie będzie).

Zniesienie akcyzy i banderol oznaczałoby legalizację rynku zewnętrznego przy sprzedaży wina Online. Mogłoby  to zagrozić śmiertelnie wewnętrznym graczom. Dlatego uważam, że rynek wewnętrzny zrobi wszystko, aby do tego nie dopuścić. Pozostaniemy przy obietnicach tak długo, jak będziemy kraj traktować jako Korporację. Zysk, przecież, przysługuje tylko jednemu graczowi.

Sprawa komplikuje się nieco, jeżeli uczciwie chcemy zrozumieć rynek wewnętrzny i znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego przed sprzedażą Online wina w Polsce piętrzą się coraz to nowe przeszkody? Otóż przeszkód nie byłoby, gdyby panowała u nas wymarzona przez Ministra Wilczka swoboda gospodarcza. Niestety zbyt wielu mamy głodnych Milliganów, a Korporacja nie ma żadnej chęci dzielić się z kimkolwiek. W końcu nie zarządzają Korporacją samobójcy. Zajmujący już odpowiednie miejsca w Strukturze (można ich nazwać Tłustymi Kotami) nie pozwolą, aby nagle wszystkim pozwolono sprzedawać alkohol w Internecie, gdyż skazaliby się w ten sposób sami na rozwiązanie ostateczne (final solution). Stąd moje przekonanie – pesymistyczne, że szklanka w połowie pustą będąc nadal taką pozostanie.

A zatem Tłuste Koty nasze dwóch mają przeciwników-konkurentów: rzeszę tutejszych wygłodzonych sukcesu i złaknionych swobody działalności Online, z którymi Korporacja, System, Struktura, czy jak tam chcemy to nazwać (w końcu jest to synonim naszego rynku wewnętrznego, czyli kraju), da sobie radę przy pomocy instrumentarium z rezerwatu leśnych ludzików walczących z narodowym alkoholizmem (a bardzo to jest wygodne, bo służy do manipulowania strachem i nadziejami), oraz rynek zewnętrzny, a ten konkurent po tysiąckroć jest groźniejszy i z nim żadnym rezerwatem nie zawalczysz. Pozwolić Hiszpanom, czy innym Włocho-Portugałom na sprzedaż wina Online do Polski? Stracić niekiedy dwustuprocentowe przebitki? Nikt normalny się na to nie zgodzi, no przynajmniej przez najbliższe 20 lat, aż się tutejsze Tłuste Koty nasycą.

Pozostaje dostosować się do tego, co mamy (w końcu nic innego od setek lat nie robimy). Nie zastanawiać się, robić swoje. Drążyć kamień, a mury kiedyś, może, runą. I to by było na tyle.

Opublikowano 4 komentarze

Europejskie zakupy wina Online – wykładnia mocno pesymistyczna

Nie warto ściemniać. Żyjemy tu i teraz, a bliźni nasi, siostry i bracia, to przecież także ci, którzy podejmują decyzję wpływające na nasz komfort. Nie są to żadne ludziki: zielone, czerwone, ani czarne, to z krwi i kości nasze kuzyny kochane i wypadałoby dobrze przyjrzeć się, dlaczego są tacy i czy przypadkiem owocem nie są naszego własnego chowu. Chamski jeden z drugim szczeniak na ekranie telewizora rozprawiający o zmianach w ustawie nie spadł z kosmosu, ktoś go zrobił, a potem uporczywie kształtował.

W serialu Fargo  powstałym pod światłą opieką Braci Coen (i chwała niech będzie Minnesocie za to, że tak łebskich chłopaków wydała) mafijny czyściciel przedpola, strzelający bez opanowania i celnie po to, aby Struktura zajęła należne jej miejsce; no więc Mike Milligan, czarny – nie tylko ze skóry – charakter otrzymuje w końcu nagrodę w postaci miejsca w hierarchii stając się urzędnikiem. Za zasługi Korporacja stawia przed nim biurko, za nim okno i robi zeń kolejny trybik. Milligan zaczynał od brudnej roboty. W naszej Korporacji urzędnikiem stajesz się bez koniecznego terminowania, a brudna robota czeka na ciebie przez cały czas; w końcu świat pełen jest chciwości.

Wino pijam, bo sprawia to mi przyjemność. Zaspokajanie przyjemności to najlepszy interes. Ktoś wino sprzedaje, bo chce zarobić na życie, dorobić się, a nawet stworzyć własną Korporację. W tym ostatnim przypadku mamy chciwość w wersji pazernej, no i umiłowanie rządzenia. Nie każdy do tego się nadaje, wielu zatrzymano na etapie czyszczenia przedpola i nikt im biurka z oknem w tle nie proponuje. Ci najbardziej pazerni, natomiast, dzielą ciastko między sobą i, po prostu, rządzą. Wszystko zależy od skali pazerności.

Polska Ludowa też była swoistą Korporacją. Nie dopuszczała, by poszczególne pazerności zajmowały zbyt dużo miejsca. Stając się Suwerenną otworzyła drzwi na świat i wpuściła kolejne, mniejsze lub większe, Korporacje, a wraz z nimi ciągle rosnące rzesze chętnych do podziału ciastka. Potem przyszła Matuszka Unia i następne Korporacje i setki Milliganów zaprawionych w bojach. Po paru latach Suwerenna zauważyła, iż za słabą będąc nie da sobie rady z takimi Milliganami i zrobiła tak: wybrała powrót do Korporacji ludowej, a wszystko po to, by garstka naszych Milliganów znalazła wreszcie spokojne miejsca za biurkami. Prawda, Panie Kornelu (przy czym dzisiejsza ludowa nie jest wcale tamtą ludową, no bo nigdy nie wchodzimy do tej samej rzeki)?

Niestety, nasze Milligany mają doświadczenie wyłącznie kciuka, nie mózgu (no bo skąd mogliby brać inne). Budując suwerenną Korporację postępują raczej po omacku oparci o doświadczenia pogrobowców poupychanych gdzieś tam przez służby w instytucjach od zawsze przeznaczonych do upychania, którym chociażby z tego względu nie należy przypisywać zbyt wielkiej wagi. Taką instytucją jest chociażby Rezerwat leśnych Ludzików walczących z narodowym Alkoholizmem. Nie trzeba przypisywać takim instytucjom wartości. One jej nie mają. Nie one decydują o polityce i nie w nich trzeba szukać przyczyn interesujących nas niedoskonałości. A absurdalne niedoskonałości z jakimi trzeba mierzyć się na co dzień, wynikają nie z woli leśnych dziadków, poupychanych za biurkami w oczekiwaniu, aż nieszkodliwie odejdą, a z uporczywej walki Milliganów tutejszych z tymi obcymi, nie z naszej suwerenności wyrosłymi.

I to utwierdza mnie w przekonaniu, że wolnej sprzedaży akoholu w sieci nie będzie. Nie stać naszej suwerennej Korporacji w budowie na prawdziwie wolny rynek wewnętrzny, jako że musielibyśmy wtedy sprawiedliwie otworzyć się na świat, a więc wpuścić te Korporacje, które przecież chcemy wypędzić. Poza tym nasze Milligany zatrudnione w urzędach nie potrafią dobrze dopilnować, co Online piszczy, lepiej więc – na wszelki wypadek – zostawić sprawę w zawieszeniu, zwalając wszystko na leśnych dziadków walczących z alkoholizmem.

Ktoś się kilka miesięcy temu zająknął, iż akcyza na wino, a także słynne banderole mogłyby zostać zniesione, a to umożliwiłoby spokojne zakupy Online z innych krajów Wspólnoty. Wydaje się jednak, że był to dym bury po to, by zamącić w głowach potencjalnego elektoratu i nie przypuszczam, że nasza Korporacja na to pozwoli (ze względów o których już wspomniałem, a nazywamy to na co dzień ochroną rynku wewnętrznego). Krajowa sprzedaż Online pozostanie koncesjonowana, by pogodzić ogień z wodą, czyli zamarkować walkę z alkoholizmem, no bo z koncesji są zawsze pieniądze, a żadna Korporacja z pieniędzy nie zrezygnuje (u nas nazywają to wychowaniem w trzeźwości). Dzięki temu tacy blogerzy, jak ja i kilku innych będą mieli o czym pisać (a zostawią nas w spokoju, bo zawsze świadczyć będziemy o panującej wolności słowa). I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

I co dalej z zakupami Online?

Przy czym świadom jestem, że ryzykuję wiele, jako że fizyczne zakupy w okolicznych sklepach wyczerpawszy możliwości niczego nowego nie dostarczają. Przyznaję więc, że staram się kupować nowości w sklepach internetowych, co – za każdym razem – daje spory zastrzyk adrenaliny i, jak to z każdą przesadą bywa, może skończyć się potężnym kacem.

Otóż wiadomym jest wszem, wobec i każdemu z osobna, że Państwo polskie internetowe sklepy z winem tępi. Ciekawych rozwoju prawnych zawiłości odsyłam do bloga Paragraf w Kieliszku Mecenasa Radosława specjalizującego się w wiedzy prawniczej na temat casusów polskich i alkoholowych, ja zaś z mojej skromniutkiej strony donoszę, że nic się w przepisach polskich nie zmieniło, jeśli chodzi o sprzedaż wina Online i że nadal tęsknię za dobrymi czasami Ministra Wilczka.

Stan prawny w tej dziedzinie odzwierciedla niesamowitą hipokryzję prawodawców, co sprowadza się do nagminnego łamania przepisów. Skądinąd wiadomo mi, że prawie wszyscy Rządcy Rzeczypospolitej nie wylewają za kołnierz, wielu z nich to zagorzali miłośnicy wina (wśród czytających mój blog spotykam dużo kliknięć z serwerów sejmowych) i że kupują oni wino w sklepach internetowych (i to nie tylko rodzimych). Nie rozumiem zatem, po co wymyślają przepisy, które sami potem łamią? Czyżby cała zadyma z reformą sądów służyła odwróceniu uwagi od rzeczywistego bałaganu panującego w naszej jurysdykcji, który to bałagan ułatwia połowy w mętnej wodzie, czyli sprzyja najsilniejszym w szybkim się bogaceniu?

Jako że jesteśmy rzekomo w Unii, wydawać by się mogło, że dobrodziejstwa unijnego rynku Online również nas dotyczą. Nic bardziej mylnego: nie wolno nam wysnuwać podobnych wniosków, jako że prawodawca przewidział dla nas surowe bicie po łapach, jeżeli ośmielimy się kupić flaszkę wina na portalu we Włoszech, Francji, czy innej Hiszpanii. W zasadzie to jest tak: jeżeli sprzedający z Hiszpanii zechce nam sprzedać wino, to powinien zapłacić polską akcyzę, a więc występować w Polsce przez „przedstawiciela podatkowego” (link odsyła do ciekawego i wyczerpującego artykułu w Vinisferze). Jeśli taki przedstawiciel podatkowy nie istnieje, kupujący powinien udać się z otrzymaną od kuriera flaszką i z dowodem zakupu do najbliższego Urzędu Celnego po to, aby zapłacić niezbędną akcyzę (i takie wyjście wydawałoby się najprostszym, gdyby nie to, że nikomu to w Urzędach Celnych do głowy nie przychodzi). Już sobie wyobrażam minę celników, kiedy uczciwi klienci-obywatele ustawią się pod drzwiami w kolejce do opłacenia akcyzy…

Pozostaje więc przeglądać internetowe witryny z Włoch, Hiszpanii, Francji, a nawet niemiecko-polskiego Amazona i oblizywać się, i nic więcej. A w Sejmie i tak sobie dadzą radę, w końcu mogą pojechać do Brukseli i kupić, co tylko im się podoba. Żadnego przepisu nie złamią. I to by było na tyle.