Opublikowano Dodaj komentarz

Wina codziennego nalej nam Panie

Wino w supermarketach to codzienność. Nie ma wiele wspólnego z przedmiotami estetycznymi, chociaż niekiedy, bardzo rzadko, przepuszcza boski promień niespodziewanej Sztuki, a więc, niekiedy, też zasługuje na zachwyt. Można patrzeć na takie wino zadając pytania o naturalność, przemysł, ekologię, nie są one jednak – moim zdaniem – godne straty czasu, jako że codzienność to tylko codzienność. Z codziennością związane są  użyteczność i handel, do świątyni jednak, albo galerii sztuki chodzimy od święta, a o przedmiotach codziennych piszą w instrukcjach obsługi, czy w folderach reklamowych.

A recenzent jest od dzieł Sztuki. Warto czas tracić na ich opisywanie pozostawiając instrukcje obsługi technokratom, czy innym informatykom. Recenzent zasadniczo to pisarz, a więc też (w pewnym sensie) Artysta. A jaką Sztukę tworzy? Ano taką, z jaką się zmierzyć potrafi. Jeżeli traktuje o codzienności i złoto na popiół zamienia, tracąc ambicje na korzyść marnych paru groszy, albo zaoferowanych do degustacji flaszek, to lepiej by zapił się do imentu i nie marnował minut na pisanie o niczym.

W końcu Sztuka to budowanie z uczuć na pustce, a więc wartości tworzenie po to, by uchronić innych i siebie od nicości. Stąd lepiej jest opisywać przedmioty estetyczne, które już przy powstaniu zawierają w sobie coś, co stawia je na piedestałach, niż w kółko powtarzać mantry o kwasowości, łodyżkach i mineralnej glebie upodobniwszy się do tych, którzy niczego innego nie rozumieją, a tylko dlatego, że nikt ich lepiej nie potrafił nauczyć. Zauważam, że mantry takie wchodzą w krew i zamazują istotność, stają się więc kolejną używką tym razem mamiącą samego recenzenta. I tak, przewrotnie, podstępny alkohol zjada mózg oszołomionych codziennością autorów. Do takiego dochodząc wniosku zanurzam się w sieci szukając kolejnego pomnikowego wina godnego marzeń i słów marnowania. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Wino melodycznie na siorbaniu recenzentów oparte

Otóż przyjmijmy, że wino stało się przedmiotem estetycznym. Dodając do tego smak przenosimy je w sferę doświadczenia estetycznego. Powinienem przy okazji zdefiniować, czym jest estetyka; przynajmniej spróbować, chociaż nie jestem pewien, czy jeszcze albo już potrafię. Czy ktoś to w ogóle potrafi? Szukając odpowiednich pojęć i przyklejając do nich słowa tak, aby zaczęły przypominać płyn wypijany w milionach litrów na całym świecie głównie po to, by – dajmy na to – Robert Parker mógł przyznawać swoje punkty, czy jakiś bloger poskarżyć się, iż już pić nie może? W końcu to tylko słowa, a nawijając je jak makaron przykrywamy po raz setny kolejną pustkę. Takie tkanie gobelinów z nicości.

Estetyka dotyczy dość interesującej i zagadkowej dziedziny doświadczenia: opowiada o pięknie, brzydocie, sublimacji, czy elegancji, a także dotyka smaku, umiejętności krytycznych i percepcji plastycznej. Są więc w estetyce dwie strony: bierna i czynna, czyli obejmuje ona przedmiot, a także opowiada o czynnej jego kontemplacji, czyli o zmysłowej przyjemności i uroku. Wino w tym wszystkim wymaga dopiero sklasyfikowania (przynajmniej po polsku), zaś leniwy koala nie zechce się tego podjąć, jako specjalista wyłączny od zapładniania i raczej kiepski wychowawca. Mogę nakreślić ramy, nie chcę zajmować się nudnym umieszczaniem w nich pojęć. Estetyka więc obejmuje to, co powyżej (i w tym co powyżej zauważamy, iż podobne tam wszędzie zasady działają i zaangażowane są podobne interesy). Jeśli mylimy się w takich przesłankach, będziemy musieli odrzucić piękno i smak i na zawsze pozostać na półkach supermarketów, wśród przedmiotów, chociaż od estetyki dalekich.

Z tego wynika, że wino jest szczególnym przypadkiem dzieła sztuki, czyli przedmiotem estetycznym. Szczególnym, czyli należałoby to wszystko doprecyzować, dopieścić, dolizać i dosączyć. Ba, tak przypuszczając należałoby zwrócić się do wszystkich tych, którzy o winach mają ambicje (chyba pisać), aby poczuli się bardziej recenzentami przedmiotów estetycznych, niźli handlarzami. Do tego, jednak, potrzebne jest odpowiednie przygotowanie i to nie zwykłego pijacza wina, który prostym konsumentem będąc łaknie jedynie wiedzy i zrozumienia. Przygotowanie do tego powinni odnaleźć w sobie kapłani smaku, czyli recenzenci zagubieni między łykaniem i siorbaniem. W końcu pisząc o dziele sztuki dobrze byłoby je znać i rozumieć, nie tylko z punktu widzenia tanin i kwasowości. Chodzi raczej o to, iż odbiór czynny przedmiotu estetycznego wymaga napiętej do granic duszy, takiej bardziej popękanej w doświadczeniu nieustannego łatania nicości. Prosto powiadając, trzeba być artystą, aby o sztuce pisać.

My zaś współcześnie mamy wokół stada filistrów, artystą natomiast wstyd być, bo w końcu to elita. Przedmiot estetyczny, czyli wino z materii powstało i z marzenia (ośmielam się przypomnieć, że duże pieniądze płacimy za marzenia, materię zaś za grosze możemy nabyć za rogiem). Stąd zadaniem poważnego recenzenta byłoby o marzeniach pisać i nowe tworzyć. No właśnie, tworzyć. Marzenia powstają przecież jak muzyka, czyli z nicości, kunszt zaś polega na takim słowami owijaniu pustki, by zdania melodią się stały i pogodziły w śpiewie z tym, co czujemy w ustach degustując dzieło sztuki. Po to bowiem jest wino, by zjadaczy zwyczajnych chleba w anioły przerobić i w artystów, bo tylko wtedy życie w pustce sensu nabiera. I to by było na tyle.

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Todd, Smith, Burgundia i lenistwo Koali

Pijąc dobre wino powinniśmy odczuwać przyjemność, chociaż nie tylko. Degustacja jest tak samo domeną intelektu, a smakowane wino skłania do przemyśleń. Do przemyśleń skłania także otoczka, która tworzy renomę określonego wina. Przemyśleniami można dzielić się nawet wtedy, kiedy wina, w istocie, nie znamy. Voltaire powiada trywialnie, że smakowanie związane jest z refleksją (stwierdzenie, które banałem być przestaje, jeśli wypowiedziane zostanie w języku oryginału, francuski bowiem nobilituje każdą wypowiadaną w nim treść, co powoduje przypuszczenie, iż krynica mądrości wszelakiej skrywa się gdzieś w Dzielnicy Łacińskiej). Skłonność do myślenia o tym, co pijemy, łączy filozofów i sommelierów i nie ma znaczenia, czy kumają oni po francusku.

Te moje fruwające między komórkami kory mózgowej dywagacje zrodziły się z pewnego zdziwienia. Otóż spłodziłem wczoraj tutaj notatkę o winie, któregom nie pił, ba – sądzę, że nie piła go znakomita większość moich czytaczy. Chodzi o wino z domeny Romanée-Conti, rocznik 1999. Notatka, jak notatka, mogłaby być stokrotnie lepsza, gdybym się przyłożył. Zastanawia mnie jednak fakt, iż właśnie ona (mimo iż z daleka czuć w niej, że autor wina nie degustował) wywołuje wzmożone zainteresowanie i prawie wszystkie ostatnie odwiedziny mojego bloga jej właśnie dotyczą.

Otóż to. Dochodzę do wniosku, że współcześni ludzie mają już dość dostępnej rzeczywistości i wszędzie wokół szukają marzeń. Nie jest wcale ważnym, czy marzenia takie ziszczą się, czy nie. Oni czytając moją notatkę w nosie mają jej wartość. Chodzi o przedmiot, który gdzieś istnieje i o którym pisać trzeba po to, aby stawał się dla niektórych punktem odniesienia. Jeżeli nie mam racji, znaczy to, że czytają mnie same krezusy, które na co dzień popijają Petrusa, czy innego Château Lafite.

I tu zjawia się Cain Todd, któregom napotkał chodząc po sieci, brytyjski filozof z Uniwersytetu w Lancaster, zajmujący się emocjami i wyobrażeniami. Począł on dzieło The Philosophy of Wine: a Case of Truth, Beauty and Intoxication, które wypada przeczytać, chociażby po to, by nie wypisywać głupot o Burgundii.  Zbyt jestem jednak leniwym koalą i nie mam zamiaru książki recenzować, starczy wiedzieć, że traktuje ona o obiektywizmie przy różnych ocenach.

Dajmy na to: jakieś wino mi smakuje, a inni tego wina nie lubią. Zauważywszy to zaczynam przypuszczać, że inni odczuwają taki sam smak jak ja, ale go po prostu nie lubią. A może  smakuje ono im inaczej? A jeśli sposób, w jaki smakuje wino, jest różny dla różnych ludzi, czy może być coś takiego jak obiektywny smak wina? Jeśli odpowiedź brzmi nie, smak pozostaje wyłącznie subiektywnym jako wynik wyłącznie indywidualnych doświadczeń. Czy możemy naprawdę dzielić się przyjemnością po wypiciu określonej butelki? A więc, w konsekwencji, czy fakt, że Parker dał Domaine de la Romanée-Conti Richebourg Grand Cru 1999  97/100 jest na tyle obiektywny, by usprawiedliwić cenę takiej butelki? A jeśli jest to czysty subiektywizm, to przecież i poszukujący w moim blogu marzeń muszą zdać sobie z tego sprawę i uznać, że marzenia nie odsyłają do przedmiotów rzeczywistych, tylko do tego, co siedzi w naszych głowach (a także, niekiedy, pod kołdrą).

Barry C. Smith podejrzewa (przy okazji rozważań o książce Todda), że recenzenci nie potrafią oddzielić ocen o jakości i cechach wina od osobistych preferencji, te zaś mogą być subiektywne, co nie przeszkadza w wykrywaniu wiśniowych i ziemistych nut wspomnianego czarnego pinota z domeny Romanée-Conti. Cóż więc jest takiego obiektywnie wspaniałego w winnej Burgundii? Bo ma ona, przecież, coś godnego uwagi; coś, co wywołuje odpowiednie reakcje w publiczności. Ciężko jest powiedzieć, co sprawia, że dane reakcje są odpowiednie, a odróżnienie subiektywności od obiektywności nadal pozostaje subiektywne.

Todd prezentuje tezę, że wina są obiektami estetycznymi – nie dziełami sztuki, a przedmiotami, które wywołują wzmocnione lub estetyczne reakcje jednostek, podobnie  jak, dajmy na to, krajobraz. Wina mogą być ekspresyjne. Co w nich jednak jest ekspresyjnego? Czy kieliszek Château Lafite może wywoływać smutek tak samo, jak wywołuje smutek pewna muzyka lub krajobraz? Nadal przy tym pozostajemy przy subiektywności, jako że określony stan wynika aktywnie z nas samych, a w butelce – przecież – nie ma żadnego komunikatu.

Dlatego, Drodzy Czytacze, nie bierzcie sobie do głowy żadnych marzeń i twardo trzymajcie się tego, co macie. Subiektywne odczucie wtedy stanie się obiektywnym, kiedy upodobnione do setek innych, równie subiektywnych odczuć wyrośnie z takiej samej (jak wszystkie one) rzeczywistości. Stąd zdrowsze jest szukanie odnośników w Biedrze, czy Lidlu, niż snucie marzeń o Romanée-Conti. I to by było na tyle.

Opublikowano 2 komentarze

Hipokryzja, a więc staję w obronie win z Europy

Zapanowała więc  moda na zgorzkniały krytycyzm w stylu facetów takich jak Jerrod Carmichael. W zasadzie to dobrze. Świadczy o tym, że nawet Amerykanie myślą. Mimo to mózgiem moim targają wątpliwości. W Ameryce podobna postawa może przynieść otrzeźwienie, natomiast w Europie…? Pewności nie mam. W Europie to czysty defetyzm, a co za tym idzie nieuchronna porażka. Podzielona parcela Europy na narodowe klimaty? Kolejne kłótnie, a może zagłada? W sumie zaś chodzi o Burgundię, Bordeaux, Rioję, Veneto i tak dalej. Znaczy się, o wino.

No bo co to znaczy, że potrafimy pięknie opowiadać, jakie to w Burgundii wina są poślednie? Albo o tym, iż Bordeaux stało się kostycznie skostniałe, zastygając w zamkach nad Żyrondą? Czy o tym, jaką ta Rioja banalną jest, a Veneto pozbawionym treści? Taka moda na międlenie biadolenia nadchodząca nie wiadomo skąd i prowadząca nie wiadomo dokąd, w której politycznie poprawnym staje się dołożyć Europie i kierować konsumentów do Nowego Świata, bo im dalej, tym lepiej? Przy czym doskonale zdajemy sobie sprawę, że w Chile, czy w Argentynie win poślednich też nie brakuje, chociaż mało kto ośmieliłby się je za ocean wywozić (poznałem jednak pewnego tannata z Urugwaju w milionach litrów płynącego tankowcami do Rosji, o którym wszystko rzec można prócz tego, iżby był właśnie ślednim).

Dla własnego dobra, boć w Europie żyję, a nie w Nowym Świecie i jej dobrobyt bliższy memu ciału, chociaż koszulina to poślednia, wolałbym być hipokrytą, a nawet utwierdzam w przekonaniu, iż hipokrytą być należy. Burgundia głębiej tkwi w tradycji mojej, niż argentyńskie pampasy, wolę więc setkę poślednich win burgundzkich na półkach polskich marketów od miliona słów pięknych dość szczerze, tylko po co wypowiadanych? Aby przypodobać się modzie? Czasami umiłowanie swobody łączymy z instynktem samozagłady, co zresztą jako Polacy znakomicie potrafimy. Piję zatem kostycznego w zgorzkniałej taninie czarnego pinota, myślę o prababce, którą do zimnej Polszczy pradziad był z Burgundii przytargał i cieszy mnie, żem w Europie, nawet jeżeli poślednia. I to by było na tyle.

Opublikowano 1 komentarz

Burgundia

Ostatni numer Fermentu to Burgundia, o której autorzy piszą świetnie i różnie. Niektórym słowa przychodzą pięknie i łatwo, zbyt łatwo i powstaje wrażenie, że słowami napędzają następne słowa nie zawsze dbając o sens i konsekwencje. Niektórzy powiadają, że nie pora w dziedzinie wina na romantyzm. Ryzykowne stwierdzenie, biorąc pod uwagę fakt, iż tylko romantyzm nam pozostał, jako że kieszenie puste, a i perspektyw przed nami (wszystkimi) żadnych.

Pozwoliłem sobie więc (nie pytając autora o zgodę) przetłumaczyć artykuł z Dictionnaire amoureux du Vin Bernarda Pivota, właśnie o Burgundii (w skrytości modląc się o to, by świat i autor bezczelność mi wybaczyli).    

„Wyłączając Chablis, Mâconnais i Beaujolais – które są jak budynki gospodarcze, piękne dodatki do majątku głównego – Burgundia, ta historyczna, a więc prawdziwa, nie jest zbyt duża. Trzy terytoria winiarskie: Côte de Nuits, Côte de Beaune i Côte chalonnaise zajmują około 9000 hektarów, a więc o połowę mniej niż samo Beaujolais, czternaście razy mniej niż Bordeaux (120000 hektarów w Bordeaux wobec 40000 wyłącznie w Wielkiej Burgundii, z przyległościami). Skromna obszarem, ogromna prestiżem, oto Burgundia historyczna, w której wygenerowano najlepszy stosunek powierzchni do liczby renomowanych winnic. Jakież to ułatwienie dla cudzoziemców, którzy uczą się mapy win francuskich. W Alzacji trzeba nauczyć się nazw szczepów, w Szampanii poznać marki, w Bordeaux zapamiętać zamki. A co w Burgundii? Miasteczka i wioski. I to jakie wioski. Ich nazwy zostały uwiecznione, oznakowane, opisane jak pokoje w oberżach i to przez wieki całe. A przecież Meursault, Chassagne-Montrachet, Puligny-Montrachet, Volnay, Pommard, Monthélie, Gevrey-Chambertin, Nuits-Saint-Georges, Vougeot, Vosne, Romanée, Chambolle-Musigny, i tak dalej, to tylko małe miasteczka; w niektórych zamieszkuje mniej niż 500 osób. A przecież na pięciu kontynentach wiedzą o nich znacznie więcej niż o Aszchabadzie, Windhoek, Asmarze, czy Tallinie, chociaż to stolice. Jeśli zaś chodzi o Beaune, toż to prawie Aleksandria! Nie wolno zapominać, że Burgundia była księstwem rywalizującym z królestwem Francji i że diukowie, w szczególności Filip Dobry, twórca orderu Złotego Runa, wzlatywali ponad królów. Źle to się skończyło, bowiem Karol Zuchwały, któremu odbiło, a był raczej paskudny, napotkał na swojej drodze Ludwika XI. Mimo to po takim średniowiecznym apogeum sławy pozostała do dziś pewna arogancka nostalgia ukryta chociażby w kurantach w Dijon (St. Bénigne), w Beaune i w Nuits-Saint-Georges, w kolorowych dachówkach Hôtel-Dieu w Beaune i w gotyckich literach pamiątkowych tablic, czy też w menu podawanym w restauracjach na pergaminie. Nie wolno też zapominać o tym, że Bordeaux to angielska kolonia, a Burgundia kolonialna potęga. Jasne, że dzięki małżeństwom i dziedziczeniom, ale potrafiła jakoś utrzymać Flandrię, Holandię, Brabancję, Luksemburg… Fakt, że Belgia zawsze była krajem, w którym najbardziej lubiano burgundzkie wina wynika z tego, iż diukowie potrafili być najlepszymi brokerami, jakich kiedykolwiek miały burgundzkie winnice, co zachęcało do produkcji w Beaune i do konsumpcji w Brugii, Leuven, czy Tournai. Regionalny historyk Jean-François Bazin powiada, że surowi z natury i nieokrzesani Burgundowie przywieźli z podbitej  Północy przywiązanie do imprezowania, które zresztą trwa po dziś dzień, chociażby patrząc na Bractwo Kawalerów Winnego Stołu. Burgundia eksportowała do Flandrii swoje wino i sprowadzała radość, jako sposób na życie. Faktycznie, tak dziś jak wczoraj, Burgundia cieszy się reputacją najbardziej gościnnego i najbardziej radosnego regionu winiarskiego we Francji. Alzacja też, ale piwo to przecież malutkie oszustwo. Pozostało więc coś średniowiecznego, bachicznego, hałaśliwie świątecznego w obrazie Burgundii i w reputacji Burgundów.
Jednak ten tradycyjny wizerunek Burgunda i Burgundii coraz rzadziej można spotkać w życiu rzeczywistym. Jest kultywowany, owszem, dla folkloru, radość natomiast coraz częściej występuje jako  komercyjna zachęta. Sam znam z dwudziestu Burgundów, takich jak Aubert de Villaine, właściciel domeny Romanée-Conti, Jean Laplanche, psychoanalityk – winiarz w Pommard, których sylwetka, maniery i sposób mówienia przypominają raczej współczesnych i dystyngowanych liderów biznesu z Bordeaux, nie zaś rumianych Januszy strzelających szelkami i z kieszeni wyciągających piersiówkę zawiniętą w chusteczkę do nosa. Jak we wszystkich francuskich winnicach to młodzi wzięli na siebie odpowiedzialność za domeny i piwnice i wszędzie wślizgnął się handel. W Burgundii mają ambicję, dbają więc o winnice i wina. Odżegnują  się od stosowania środków chemicznych i wracają do natury. Przekonani, że tylko jakość jest gwarantem przyszłości ograniczają produkcję na krzewach lub stosują winobranie „na zielono”. Zachłystują się ekologiczną uprawą winorośli. Lub biodynamiką. Od kilku dziesięcioleci Burgundia bardzo się zmienia, poszukuje, próbuje, odważa się, modyfikuje to, co wydaje się przestarzałe lub to, co rozczarowało. Nawet w Hospices de Beaune powierzono sprzedaż win Anglikom na aukcjach w Christie’s!
Zresztą podobny wiatr reform wieje w całej winiarskiej Francji. Cóż, globalna konkurencja, kryzys, a przetrwanie to obowiązek. Burgundię wspiera w jej aggiornamento periodyk o coraz większej sile perswazji: Bourgogne Aujourd’hui, nie wahający się zwracać uwagę producentom w Meursault, Chablis lub Mâcon, kiedy ci tracą perspektywę, kuszeni wielkimi zarobkami. Ślepe degustacje wydobywają z anonimowości butelki, domeny, winiarzy. Redaktorzy periodyku szczególnie rozpieszczają młodych. Hubert de Montille, adwokat i winiarz z Volnay, którego kostyczna werwa zachwyciła publikę Mondovino, słusznie przypominał im nieustannie, że lepiej aby „wypromowali scoop z młodym wytwórcą, niż powtarzali, że Romanée-Conti robi  dobre wina”. A domena Montille? Zresztą nowi wytwórcy win lub nawet ci starzy, którzy narzucili sobie konieczne rygory, potrzebują więcej wsparcia prasy, niż gwiazdy ze znanych domen.
Do tego trzeba dodać, że prawdziwe wino terroir, z korzeniami  i flakami, można znaleźć tylko w Burgundii. Tutaj każda prestiżowa apelacja jest ściśle określona przez kataster, historię i reputację (nawet jeśli wspomagają ją Niebiosa i INAO, jak to napisał Guy Renvoisé w 1994 r., szczególnie w przypadku Corton-Charlemagne). Tutaj ziemia zadecydowała o hierarchii grands i premiers crus, a w ramach każdego grand i premier cru, ustanowiła hierarchię parceli nazywanych klimatami. Historyczna Burgundia to zagadka, swoisty pointylistyczny gobelin. Miasteczka muszą dzielić się swoją renomą z wioskami, miejscowościami, klimatami o dość rustykalnych nazwach: uroki, potoki, białe kwiaty, zamknięte dęby i wiązy, wądoły, kurki, kurzątka, psiny, a także niezapotoki, masarczyki, złociszcza, białe świątki, świątki tutaj, świątki tam, itd. Jest tego kilka setek! Albo zachwycamy się taką wiejską poezją, zachowaną dla świata przez enologię i firmy handlowe; albo, jak sądzę, brutalność handlu jutra wymusi eliminację takich subtelności rodem z innej epoki. (mój Boże, znikną klimaty, kiedy zniknęły i tak pory roku!)
W globalnym rynku wina coraz bardziej podlegającym standardom pewnym jest, że terroir w Burgundii – jeśli winiarz postara się o to w każdym roczniku – pozostanie wartością chronioną. W Bordeaux ironicznie powiadają o poszatkowaniu winnic w Burgundii, zwłaszcza w przypadku winnic typu „Clos de Vougeot”, gdyż, jak mówią,  burgundzka winnica ma 80 właścicieli i 90 parcel na 51 hektarów: „Przecież niczego zrównoważonego na takich kawałkach nie da się zrobić”. Właściciele lub lokatorzy dużych mieszkań są też zaskoczeni faktem, że można być zadowolonym z życia w kawalerce…
…zatem nie pić wszystkiego, co podleci kiedy, młodym i złaknionym będąc, każde wino nieodparcie budzi zmysły kolorem swoim, czy to żółtym z zielonymi refleksami, czy  to czerwonym lub rubinowym, bo dla młodych wino owocem jest zakazanym i sprawia, że właśnie dlatego chcesz nieomal wgryźć się w samo jego wnętrze. Łakomstwo nasze ujarzmiamy winem, a więc nauczmy się umieszczać po jednej stronie butelki, które będą miały krótkie życie, a po drugiej takie, które towarzyszyć nam będą przez długi czas. Z tych pierwszych wynagrodzi nas eksplozja aromatów, ogrodu warzywnego przy białych, sadu przy czerwonych; te drugie po latach zaoferują nam bukiety z subtelnymi zapachami, a pomogą nam je odkryć podniebienie i język, jako że nos już do tego nie wystarczy.
Młody burgund ma siłę zawartą w wyznaniu; stary uwodzi zagadką.
Kiedy przychodzi mi smakować młodego burgunda, proszę go, aby usprawiedliwił moją niecierpliwość i wznoszę kielich za zdrowie starych.
Kiedy przychodzi mi smakować starego, gratuluję mu cierpliwości i wznoszę kielich pamiętając o młodych…”
Redakcja i tłumaczenie: Andrzej Szadkowski
Na podstawie materiałów z: Wikipedia, a także Bernard Pivot Dictionnaire amoureux du Vin Plon, 2006.
Opublikowano 2 komentarze

Czy Jancis Robinson ma rację?

Wszystko zależy od przyjętych przesłanek. Jeżeli uznamy, że świat (nie tylko winny) jest jednością, całością, to na pewno Jancis Robinson rację ma. Pozwolę sobie jeszcze raz przytoczyć jej słowa: „Najbardziej wartościowe butelki wina można kupić w handlu detalicznym w cenach mieszczących się w przedziale 8 – 20 funtów. Tańsze niż 8 funtów nie mają wystarczającej marży, by pokryć koszty i podatki, więc większe jest tutaj ryzyko win kiepskich. Powyżej 20 funtów płacimy już za ego, pozycjonowanie, czy inne ekstrawagancje charakterystyczne dla rynku win wyrafinowanych.”, pochodzące z niedawno opublikowanej w Polsce książeczki „Jak zostać znawcą wina w 24h”, którą można znaleźć tutaj. Ponieważ ceny wzrosły, to i przedział się rozszerzył do, dajmy na to, 30 funtów, ale zasada pozostaje taka sama. Przesłanką, która nie ma wiele wspólnego z samym winem, jest to, że dla wszystkich świat jest jeden i że wszyscy możemy z tego korzystać.

Uważny czytelnik mojego bloga zauważył z pewnością, że traktuję wino jako pretekst i że zewsząd tutaj wyłazi ideologia (czytaj polityka), co zresztą wielu osobom nie podoba się, jako że wyobrażają sobie, iż możliwym jest życie w wieży z kości słoniowej i chciałyby, abym i ja w takiej wieży zamieszkał. Niestety jednak, mój świat jest taki, jaki jest i nie uda mi się przedostać na drugą stronę zwierciadła.

To prawda, że rynkiem rządzą prawa popytu i podaży i że coraz więcej jest (na szczęście) takich, których stać na Bolgheri Sassicaia. Jeżeli jednak przyjmiemy, że Jancis Robinson dywaguje nieco o ego, to automatycznie (tu i teraz) oderwiemy się od rzeczywistości, bowiem trzeba przyjąć, iż wino jest przede wszystkim artykułem konsumpcji, a nie artefaktem, przedmiotem muzealnym, obrazem Picassa, do którego mają dostęp nieliczni. Wino w muzealnej gablocie nie ma żadnego sensu. Ma sens wyłącznie w czyichś ustach, na czyimś podniebieniu.

Stąd moje pytania, w ostateczności dotykające sensu funkcjonowania blogera opisującego takie muzealne bibeloty, bo wyczuwam tu sprzeczność. Bloger, w końcu, jest produktem masowym i z oczywistych powodów stara się docierać do największej możliwej grupy klienckiej. W krajach bogatych, o starych liberalnych tradycjach, ukształtowały się przewidywalne grupy odbiorców i zainteresowanych winem czytelników znaleźć można tam, gdzie faktycznie istnieją. W Polsce tak nie jest. Trzeba u nas nieustannie pamiętać, że mit o jednakowych żołądkach przyjął się w tym społeczeństwie i żaden koniec PRL tego nie zmienił. W społeczeństwie o komunistycznych aspiracjach wszystkim wydaje się, że mają prawo do Petrusa, czy Bolgheri, zaś marketing blogerski skierowany jest do wszystkich (a więc, praktycznie, do nikogo). Mój wpis o Bolgheri Sassicaia należy w tym kontekście potraktować jako prowokację, bo świadomy jestem faktu, iż tego typu produkty nie są z mojego świata (a więc tak rozumując Jancis Robinson racji nie ma, bo odnosi się wyłącznie do wina traktowanego jako artykuł konsumpcji). Ona o muzeach nie pisze. Tak, ale wtedy trzeba uznać, że to o czym piszemy, nawet w cenach do 100,00 PLN, to zupełnie inne zjawisko niż „muzealne eksponaty” i że świat nie jest wcale jednością. Dalej przyjdzie wartościowanie i wynikające zeń wnioski.

Łączy się to z ostrzeżeniem, iż zbytnio pompowane ambicje rodzą w społeczeństwie frustracje, które skutkują (do czasu) określonymi wynikami w wyborach, a potem zwyczajnym wybuchem po to, by zdobytą agresywnie flaszkę Petrusa wychlać gdzieś z kolesiami za śmietnikiem. I w takim kłębowisku sprzeczności pozostaje mi raz kolejny stwierdzić: i to by było na tyle.