Opublikowano Dodaj komentarz

Alkohol tylko dla wybranych

W głowie mojej znów pojawił się potwór z Loch Ness, który budzi się za każdym razem, kiedy słyszę o Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, znanej pod wdzięcznym skrótem PARPA. To nie znaczy wcale, że problemów wynikłych z nadużycia nie dostrzegam. Boli mnie jednak szczególna hipokryzja w podejściu do takich problemów, którą nazwałbym nawet po marksowsku hipokryzją klasową.

Przyglądając się uważnie tejże widzę twarz pewnego arcypasterza, którego prywatny majątek pod podlaskimi Mońkami w oczy kole wszelakich przeciwników. Mnie tam nie kole, no bo w końcu co komu do domu, jeśli kobyłka nie jego? Nie rusza mnie w żaden sposób posiadanie pałaców, jako winny bloger natomiast odczuwam pewien dyskomfort, gdyż ówże arcypasterz słynie w środowisku z nadzwyczajnego umiłowania trunków wszelakich.

Jemu jednak PARPA nie ośmiela się tworzyć programu specjalnego, aby na odwyk poszedł, a potem wzorcem pozostał, jak ta podlaska opoka. Jużem tu kiedyś zapytał, jak mają się strukturalne i państwowe wysiłki w walce z alkoholizmem (którymi to PARPA się zajmuje) do kielicha co niedzielnie wznoszonego, czyli do cywilizacji naszej na krwi i winie zbudowanej? Wzruszająca bywa selektywność opinii na ów temat, no i przymykanie oka także na takich wybrańców.

Cywilizacja nasza duszona smogiem prawdopodobnie zmierza ku końcowi. Walka z alhokolizmem zaś w wykonaniu rodzimych i nie tylko hipokrytów wkracza zawsze wtedy, kiedy ujawnia się konieczność zastosowania wentylacji po to, by spuścić ciśnienie w społecznym niezadowoleniu; takie remedium na wszelkie dolegliwości, znakomicie bowiem nadaje się do odwracania kota ogonem, a także uwagi od faktycznych problemów, których nikomu nie chce się rozwiązywać, jako że ich rozwiązanie pozbawiłoby łatwych zarobków. Do tego, właśnie, służy PARPA, a prócz tego do marnowania społecznych pieniędzy.

Pisząc o winach z dyskontów i o społecznym rozwarstwieniu dochodzę do wniosku, że kierunek jest nieunikniony. Miliardom biedaków korporacje zaoferują tanie zamienniki wytworzone fabrycznie, nawet bez alkoholu (bo można takie wytworzyć). Tradycja natomiast, czyli natura, czyli winiarnie, piwniczki, beczki, flaszki stuletnie, no i pałace, wszystko to pozostanie do dyspozycji odpowiednio uposażonych wybrańców, którzy i dzisiaj, chociażby jako arcypasterze, cieszą się przywilejem nauczania i pouczania (a może także i specjalnej moralności, takiej dla wybrańców, którym stawiamy pomniki). Takim PARPA nie powie złego słowa będąc narzędziem manipulacji w społeczeństwie, gdzie najwyższą wartością stała się konsumpcja.

I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Niech żyje Blogosfera, czyli Życzenia na rok 2019

Żyje jeszcze Blogosfera i żyje, na szczęście, Winicjatywa, chociaż wielu w skrytości ducha z tego powodu urąga. Nie piszę tego po to, aby wylizać to i owo, sam korzystam z dykteryjek autorów Winicjatywy, a więc jej potknięcia są dla mnie karmą i podnietą, uważam jednak, że także w winnym widzie należy być sprawiedliwym, co nie znaczy prawym.

A już przestraszyłem się, że komuś tam do łba wpadło podciąć sobie gałąź i kurę zadusić na doraźny rosół, no bo czymże jest taka Blogosfera jak nie kurą, co złote jaja znosi? Przez lata udoskonalona formuła koncentruje i integruje nie tylko winno blogerskie środowisko. Jest bardzo dobrym narzędziem publicystycznego marketingu, a także pomaga niektórym autorom spuścić nadmiar sodowej wody.

Błędy Winicjatywy, jakie są, każdy bloger widzi. Środowisko też jest, jakie jest. Polski postneokapitalizm takie ma narzędzia, na jakie zasłużył i trudno mieć do nas pretensje, żeśmy nie wielbłądy. Świadomy przy tym tego, żem trochę spoza środowiska (co nieustannie odczuwam) i że nikt mnie do tego nie uprawnił, ośmielam się złożyć Blogosferze najszczersze (jak tylko potrafię) Życzenia Noworoczne, a w nich żarliwe, bo także wyrachowane: niech żyje jak najdłużej Winicjatywa, jako że bez niej winne blogowanie smutnym byłoby i pozbawionym wigoru na wysuszonej gorzałą glebie.

I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Domaine de la Romanée-Conti Romanée-Conti Grand Cru Côte de Nuits Burgundia Francja

Tytuł jest tutaj raczej pretekstem, laurką, prezencikiem na Święta dla wszystkich tych, którzy marzą o bogactwie i oblizują wargi na samą myśl, iż można byłoby obalić flaszkę za jakieś 20 tysięcy dolarów, albo więcej. Taka myśl przypomina mruczenie kocura wtulonego w ramiona nadobnej nastolatki, chociaż z drugiej strony i to, jak bardzo niewystarczające są wszelkie dobre zmiany w drodze do satysfakcji, no, nazwijmy to zgodnie z marzeniem, do szczęścia.

Poza tym prostego zjadacza flaszek już sam tytuł wprowadza w tysiąc i jedną noc, tak bardzo jest zakręcony i prestiżowy w swoim braku zrozumiałości, w tych znaczkach nad literkami, w tej Burgundii mitycznej i mistycznej gdzieś tam daleko w świecie, który chociaż coraz mniejszy, to ciągle trudno dostępny, jak stół obfity, do którego rycerze wcale nie pragną zapraszać.

Nie ma, więc, w tym tekście żadnych informacji na temat gdzie i kiedy, jako że wklejać w wyszukiwarkę marzyciele, co jak co, potrafią. Nie ma odnośników do opinii, bo i tak je gdzieś mamy, jeśli marzenie zafiksuje nas w jedynej wyłączności wyimaginowanego celu. Wbiwszy sé w głowę, że szczęściem może być przynależność do tych, których i na Romanée-Conti stać, i na posiadanie członkostwa przy okrągłym stole, no bo czym faktycznie jest bogactwo, jak nie przywilejem bycia jednym ze strażnikow Graala, no więc, z takim przekonaniem wychowani, marzyć możemy o błyskotkach, do których nigdy dostępu mieć nie będziemy i w delirium niezrealizowanych marzeń smak nieomal czujemy rozlewający się po środku języka z taninami uszytymi na miarę, w sam raz dla taninobojnych, czy z kwasowością pełną słodyczy spełnienia.

Jest zatem dla wszystkich moje świąteczne życzenie (wpatrując się w wymarzone zdjęcie z etykietą z Burgundii), aby w codzienności suwerennie siermiężnej, no i powiatowej, własne Côte de Nuits budować, na kocich wąsach i pląsach ptasich, przy ogniskach wieczornych, gdzie zwykła frankovka cenniejszą staje się, niźli rewolucyjne marzenia. Taki Graal dostałem, na jaki zasłużyłem, jak każde z nas, a żyjąc jeszcze nieustannie przy okrągłym stole biesiaduję, świtem i po zmierzchu, w każdym słowie, jeżeli uda mi się je celnie wymierzyć, w każdym oddechu i w zachwyconym zdziwieniu, że to jeszcze płynie. A więc póki strażnicy Graala pozostawiają margines na własną każdego dowolność, dopóty mieć będę swoje Romanée-Conti za oknem. Czego i Wam wszystkim życzę. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Winne ómamienie

Szczyt w Katowicach zakończył się wreszcie jakimś połowicznym sukcesem (inaczej być nie może, zawsze jest jakiś sukces). Cień katastrofy przesunął się zatem gdzieś nad następny szczyt, a tymczasem drożdże w procesie fermentacji nieustannie wywołują proliferację dwutlenku węgla, co w połączeniu z tradycyjnym pokarmem opartym na mięsie, a więc hodowli, tworzy chmurę gęstą dwutlenku, a ta ocieplenie, a więc collapsus (jak mawiają niektórzy odważni Litwini: „piździec”). Rudolf Steiner w grobie swoim poczuł niejaki dyskomfort, jako że nie przewidział takiego końca, do tradycji duchowej przywiązany, czyli do kolejnej techniki ocalenia.

Za wszystkim stoi rewolta mas. Genialna intuicja niedocenianego, moim zdaniem, Hiszpana, do której należałoby dorzucić przeludnienie. W ostatecznej konkluzji zbyt dużą emisję dwutlenku węgla, zagrażającą ludzkości, można cofnąć wyłącznie usuwając ludzkość, jako źródło zagrożenia. Wszystkie inne techniki są połowiczne.

Tymczasem rewolta mas trwa, chociażby wśród francuskich (i nie tylko) żółtych kamizelek, a w winnym aspekcie, we współczesnych katedrach konsumpcji, gdzie obserwujemy wyścig: które wino lepsze, które wino tańsze. A tańsze, bo coraz więcej potencjalnych klientów i to coraz biedniejszych. Elity wymyśliły lekarstwo w postaci Piketty’ego. Niestety, jego Kapitał w XXI wieku jest lekarstwem tak ciężkostrawnym, iż dobić może, a nie wyleczyć. Zresztą, kto w epoce kciuka ma czas na czytanie książek?

I tak z powodu masowości powstało nowe wino. Dyskusje na jego temat wynikają z nieporozumienia, niezręczności może, czy ubogiego zasobu pojęć. Otóż nazywamy je winem przypisując przynależność do tradycyjnej kategorii, w której wytwarzano produkt, mniej lub bardziej ręcznie, a nawet mniej lub bardziej przemysłowo, lecz zawsze z naturalnych surowców i nie ma wcale znaczenia, czy do ochrony surowca stosowano pestycydy, czy ptactwo. Winogrono rosło, bo tak je Pan Bóg stworzył, drożdże zjadały cukier i wydalały CO2, bo tak natura kazała. Przemysłowość wynikała z naturalnej konieczności (a spory, czy ma być bardziej naturalna i tradycyjna, czy też lepiej dostosowana do współczesności są, w istocie, zabiegiem marketingowym, co dobrze wyczuł Robert Parker, nazywając wino naturalne „undefined scam”, cytuję za The Guardiantutaj). Ten nowy napój jest w oczywisty sposób wynikiem rozwoju, czyli postępu, czyli czegoś, co od setek lat zżera nam mózgi i, wedle niektórych, prowadzi do nieuchronnej katastrofy. Rewolta mas symbolicznie rozpoczęła się we Francji wraz z Wielką Rewolucją i także we Francji, choć dopiero w XX wieku, Panowie Émile Peynaud i Pascal Ribéreau-Gayon stworzyli akademickie podstawy do współczesnego mariażu laboratorium i winiarstwa. W końcu to Peynaud powiedział: “w przeszłości o powstaniu wielkiego wina decydował łut szczęścia”, a zatem w przyszłości winiarstwo należałoby oprzeć na wiedzy i pewności rezultatu (o winach naturalnych i nie tylko znakomity artykuł w The Guardiantutaj).

W zasadzie takie podejście do wytwarzania wina kasuje enologa-artystę, pozostawia technologa, wino zaś wielkie z piedestału Dzieł Sztuki strąca w otchłań zwyczajności, co bardziej odpowiada naturze nadchodzącego świata. Mimo wszystko jest to nadal wino. Lecz wspomniani powyżej Panowie Francuzi otworzyli furtkę także innemu podejściu.

Otóż nieubłagany popyt połączony z masowością zglobalizowanego rynku, a także z pazernością niektórych przedsiębiorców nakazuje szukać wśród setek nowych rozwiązań oferowanych przez nowoczesność takich wyrobów, które smakowo spełniałyby najbardziej wymagające oczekiwania, omijając przy tym koszty generowane przez tradycyjne metody wytwarzania. Czytałem gdzieś ostatnio, jak to hiszpańscy naukowcy opracowują chemiczne, lecz nieinwazyjne, metody uzyskania pomidorów zachowujących smak i aromat przez cały rok. Współczesna chemia może wszystko, tutaj jednak nadal wspomaga naturę.

Przy produkcji neo-wina (albo, jak kto woli, postwina) człowiek naturę może zupełnie zastąpić. Każdy smak, niegdyś powstały naturalnie, można stworzyć i w zasadzie przestają być potrzebne winnice i winogrona. A napój nadal nazywamy winem (w końcu ktoś wymyślił wino bez alkoholu, bo niby dlaczego nie, seks bez partnera też istnieje). Kilku wielkich graczy w firmach, które opanowały globalny rynek, tworzy zastępując Pana Boga po to, by zarobić. Sztaby naukowców pracują nad imitacjami smaków i mamy potem Ribera del Duero Reserva za 20 złotych, smakowo bez zarzutu, dostępne w Londynie i w Grajewie.

Wprowadzając element umami, a więc stosując glutaminian sodu uzyskujemy wzmocnienie klienckiego uzależnienia i zarabiamy coraz więcej. Paradoksalnie ten typ wyrobu mniej szkodzi środowisku naturalnemu i z pewnością cieszyłby się z niego Nicolas Georgescu-Roegen, a także miliony wyznawców kciuka.

Kolejny węzeł gordyjski, ale czy żółte kamizelki staną się ostrym mieczem? Śmiem wątpić. Jedno jest pewne: to, co jemy, czy pijemy, już dawno przestało mieć cokolwiek wspólnego z naturą. Natura i bycie z nią w zgodzie za dużo kosztują, a wcale nie chodzi tutaj o wytwórców. W końcu to konsumenci decydują o zysku kreując popyt.

Raz zbudzona z rewoltą mas pazerność konsumowania nie zna granic, wypada więc zgodzić się ze wszystkim i czekać na następny szczyt ekologiczny. I świadomie recenzować nowe winne twory dostępne w pobliskich marketach. Pazerność, powszechna pazerność. I to by było na tyle.
Opublikowano Dodaj komentarz

15-16 francuskich apelacji dla debiutantów

Przeciętnemu zjadaczowi chleba nad Wisłą Francja kojarzy się z winem i śpiewem (o kobietach nie wspominam, aby nie oskarżono mnie o seksizm, czy też dżenderyzm), a ostatnio doszły do tego żółte kamizelki (chociaż takie same kamizelki pojawiły się na polskich autostradach).

Otóż Francja, oprócz samolotów Dassault Mirage 2000, słynie (co – moim zdaniem – po stokroć jest od samolotów ważniejsze) z mnóstwa win różnorakich. Taką różnorodność zawdzięczają Francuzi przede wszystkim glebom odpowiednim w regionach uprawy winorośli, ale jest też ona wynikiem ciężkiej i uporczywej pracy mężczyzn i kobiet/ kobiet i mężczyzn chroniących dziedzictwo winiarskie składające się na liczne apelacje i nazwy pochodzenia (AOCAOP i IGP). Dotyczy to win czerwonych, białych, różowych, czy też win o innych kolorach (a takie też istnieją). Aby uporządkować mnogość win wszelakich francuski i, a jakże, państwowy instytut pochodzenia i jakości, pod nadzorem Ministerstwa Rolnictwa Republiki, klasyfikuje je w ramach apelacji i nazw, wedle koloru i kategorii, na przykład: Champagne grand cru i Champagne premier cru to nazwy pochodzenia w ramach apelacji Champagne. Z francuskich upraw powstaje 3240 różnych win o 1313 różnych nazwach, a to w 80 departamentach, czyli w 16 regionach winiarskich. Podkreślam, że terminologię traktuję po swojemu, a pojęcie regionu rozumiem tak, jak mi to pasuje.

Portal (po francusku) Vin Vigne Guide des vins et des vignes de France oferuje szczegółowe informacje na temat regionów i poszczególnych win.

Lista win francuskich sklasyfikowanych w regionach winiarskich:

W podanych powyżej 16 regionach jest wiele apelacji, nazw pochodzenia, czy obszarów geograficznych. Do tego mamy jeszcze wino stołowe, współcześnie nazywane „vin de pays”, apelacjami nieobjęte. Nic dziwnego, że początkującemu amatorowi win francuskich trudno jest w tym wszystkim się odnaleźć. Dlatego też proponujemy zaczynać od 15 (no, 16) najbardziej znanych.

W regionie Bordeaux

Saint-Emilion: Z pewnością są to wina najbardziej znane. W ramach Saint-Emilion mamy faktycznie 4 apelacje: Saint-Emilion, Saint-Emilion grand cru, AOC Lussac Saint-Emilion oraz AOC Pusseguin Saint-Emilion. Poza tym (pomimo rozpowszechnionej opinii) ceny win z Saint-Emilion wcale nie są takie straszne. Amatorzy znajdą coś dla siebie już od 10 euro wzwyż. Ostatnie najlepsze roczniki, których należałoby spróbować to: 2009, 2006, 2005, 2003 oraz 2000. Wina Saint-Emilion nadają się do dłuższego przechowywania w piwniczce. Najlepsze butelki Saint-Emilion grand cru można otwierać po dwudziestu latach.

Saint-Estèphe: Na lewym brzegu Garonny jest wiele wielkich apelacji Bordeaux. Wśród nich Saint-Estèphe jest szczególnie lubiana. Czerwone wina z cabernet sauvignon, merlota i cabernet franc uzyskują smakową dojrzałość nawet po 50 latach. Tutaj też debiutanci znajdą coś już od 10 euro wzwyż.

Graves: Żwirowiska (graviers) nad Garonną użyczyły nazwy i mamy tutaj kilkanaście win: AOC Graves-blanc, AOC Graves-supérieures, AOC Graves-de-Vayres. Na ponad 3000 hektarów produkuje się wina czerwone i białe w dostępnych cenach. Na tych terenach jest wiele win znanych, szczególnie klasyfikowanych grands crus jak na przykład Château Haut-Brion. Trzeba pamiętać, że Graves-supérieures dotyczy tylko win białych słodkich ze szczepów muscatelle, sauvignon lub sémillon o owocach zbieranych ręcznie.

W regionie Beaujolais

Beaujolais sama w sobie jest apelacją obejmującą cały region. Na tym terenie istnieje jednak 14 innych apelacji, a teren w sumie jest niewielki, raptem 55 km między Mâcon i Lyonem.

Beaujolais nouveau: znana dzięki marketingowi apelacja, której wina można kupić już za 5 euro.

Saint-Amour: nazwa odnosząca się do win czerwonych, często z gamay, do picia ze ślimakami, żabimi udkami, czy z grzybami. Ta apelacja AOC należy do 10 crus w Beaujolais i powstaje w najbardziej północnej części regionu.

W regionie Burgundia

Godzinę drogi od Lyonu mamy winnice Burgundii, od Chablis do Mâconnais. Terytorium specjalizuje się w winach białych, chociaż świat darzy szacunkiem także tamtejsze wina czerwone.

Chablis: z pewnością jest to najbardziej znana apelacja burgundzka, ze względu na renomę win białych. Powiadają, że jest to apelacja najbardziej w świecie poszukiwana. Uwaga jednak. Chablis obejmuje kilka apelacji, jakieś 4000 hektarów winnic. Mamy samo Chablis, Chablis Premier cru, Petit Chablis, a także Chablis grand cru. W tym ostatnim przypadku chodzi z pewnością o wina bardzo wysokiej jakości. Taka przyjemność, która kosztuje nie mniej niż 20 euro.

Pouilly-Fuissé: następne wielkie wino białe z Burgundii, absolutnie do małży i krewetek. Kilka kroków od Mâcon produkuje się to wino na 750 hektarach wyłącznie z chardonnay. Nie pomylić tego wina z Pouilly-Fumé, z Pouilly-sur-Loire w departamencie Nièvre, czyli z Loire.

W regionie Loire

Od wybrzeża atlantyckiego na zachód od Nantes do Vendôme i Blois na długości 800 km mamy winnice produkujące wina wszystkich kolorów.

Sancerre: W Centre-Loire, na wschód od Bourges, na 2770 hektarach powstaje apelacja dająca trzy kolory wina. Wino czerwone z pinot noir. Sauvignon daje białe Sancerre, absolutnie do spróbowania.

Chinon: Słynne wino, które docenił już Rabelais, nadające się do piwniczki. Tutaj uprawiane są cabernet franc i cabernet-sauvignon, a wina mamy już od 5 euro. Doradzamy roczniki 2001, 2003, 2004, 2005 oraz 2009.

W regionie Dolina Rodanu

Winnice w Dolinie Rodanu rozciągają się na długości 250 km z północy na południe, od Lyonu aż do Avignonu.

Hermitage: tę nazwę trzeba zapamiętać, gdyż należy do kanonu win wielkich z Côtes-du-Rhône. Są to wina budowane na bazie syraha. Na około 136 hektarach apelacja ta dzieli się sławą z winem białym, wytwarzanym ze szczepów marsanne oraz roussane, a także z winem nazywanym vin de paille. Takie wino powstaje tutaj tylko w trzech gminach, a więc w Tain-l’Hermitage, Crozes-l’Hermitage i w Larnage. Ceny zaczynają się od 20 euros.

Tavel: Wino różowe. Gmina, w której powstaje, dała nazwę apelacji. Średnio 2700 godzin słońca w roku oraz wiatr mistral, czyli popularne różowe wino, nadające się do kupaży. Szczepów tutaj mamy wiele: piquepoul, bourboulenc, mourvèdre, cinsault, syrah, grenache… Sympatyczne wino z Południa do wędlin, kuchni włoskiej, a nawet do kuskusu.

Châteauneuf du Pape: Ciężka artyleria. Na samym południu Côtes-du-Rhône mamy słynne czerwone wino z tej apelacji, chociaż winnice na ponad 3000 hektarów produkują również wino białe. Renoma tego wina spowodowała, że ceny z łatwością dochodzą do 100 euro za butelkę, a nawet więcej. Winnice rozciągają się od Orange  do Avignonu, a szczepy tutaj hodowane to piquepoul, syrah, mourvèdre, terret, muscardin.

W regionie Langwedocja-Roussillon

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu mało kto te wina znał, teraz jednak cieszą się coraz większym uznaniem. Terytorium winnic jest bardzo duże, dwa razy większe od Bordeaux.

Banuyls: Miasto w Pirenejach Wschodnich, które dało nazwę apelacji znanej z likieru. Naturalne słodkie wino dla spędzających wakacje na Południu Francji, w takich miejschach nad morzem jak: Banyuls-sur-Mer, Collioure, Cerbère, czy Port-Vendres. Na około 70 hektarach produkowane jest Banuyls grand cru, które uwielbia starzenie 3 lata w beczułce i dojrzewa do 20 lat w butelce.

W regionie Prowansja

To specjaliści od francuskiego wina różowego albo przynajmniej prekursorzy. W tych winach jest słońce.

Côtes de Provence: Łatwa apelacja, nawet dla debiutanta. AOC to 20000 hektarów winnic od Bouches-du-Rhône do Alpes-Maritimes. Wino białe staje się tutaj rzadkością, natomiast czerwone zyskuje na popularności.

W regionie Alzacja

Tutaj mamy znane szczepy i wina od nich nazywane: Riesling, Sylvaner, Gewürztraminer, Pinot Gris.

Riesling: Najbardziej znana apelacja Alzacji, chociaż Gewürztraminer jest z pewnością apelacją najbardziej typową, a Riesling najłatwiejszą dla debiutanta.

Na podstawie artykułu z LADEPECHE.FR (opracował Andrzej Szadkowski)

Opublikowano Dodaj komentarz

A wino w sieci racz nam sprzedać Panie

Cierpliwość trzeba mieć do wszystkiego, zwłaszcza do siebie samego, przecież najbardziej wkurzyć człowieka potrafi onże sam, szczególnie po długim dniu, w którym nie było żadnego klienta, minuty coraz dłuższe nie kończyły się sygnałem telefonu, a jedyna klientka zaszczebiotała, że chce kupić u mnie kołderkę, ja zaś tłumaczenia sprzedaję. Takać ona jest, ta nasza polska sieć, ten unlajn siermiężny, jak cały suweren ze słomą z butów po salonach władzy biegający w poszukiwaniu wychodka. No bo przeskoczyliśmy setki lat rozwoju i uznaliśmy, że to wystarczy. A tu cierpliwość mieć trzeba, w dodatku.

Naród jaki jest, kóżden widzi. Internet doń nie dotarł, to wielkomiejski wynalazek i u nasz traktujemy go za narzędzie szpanu, jako że szpanować uwielbiamy nade wszystko. Poza tym chytre jesteśmy i przebiegłe, tacy zaś kupując muszą dotknąć, pohandlować, a może uda się za darmo dostać, a może ściągnąć? Unlajn to nie jest możliwe, ostrożność zatem nie pozwala kupować, a już wina szczególnie, no bo kto kupuje takie zgniłe cudzoziemskie wynalazki (my wolim gorzałę) i to jeszcze z pomocą szatańską, której natury pojąć nie idzie? Badanie zrobione na Pudlasiu pokazało kiedyś, że pół miliona tamże obateli posiada adresy poczty elektronicznej, a tylko 50 tysięcy ma dostęp rzeczywisty do Internetu.

Młodzi to co innego. Tylko że oni już stąd wyjechali i jak kupują, to za granicą. Szatańskie nowoczesności wynalazki dotyczą może 20% społeczeństwa, czyli dużych miast. Dlatego teraz żadnego zysku ze sprzedaży wina w sieci nie będzie, jako że ten nadejdzie (jeśli czas będzie spokojny i żadna wojna naturalnego toku nie zakłóci) za jakieś dwadzieścia lat. Nie ma czegoś takiego jak przeskakiwanie etapów rozwoju. Jeżeli ktoś w Polszcze w to uwierzył, to uwierzył także i w to, że PRL było zwieńczeniem historii.

A tak w ogóle to w kółko powtarzam, że pisanie w blogu służy sprawianiu sé osobistych przyjemności i w życiu prywatnym kwiatkiem może być do kożucha, natomiast nie stanie się marketingowym narzędziem, bo pisanie, to pisanie. Taka mała różnica, jak między masturbacją i coitus in vagina. Sprzedawanie to sprzedawanie. Wymieszać wszystko razem i uzyskamy havno, jak powiadają bracia Rusini. I znów wraca cierpliwość dobijając się do ostatnich mózgowych komórek z prośbą: „rób swoje krok za krokiem, sukces przyjdzie po latach nieoczekiwanie”. Świadom tego, że kiedyś przyjdzie i zapuka mi w trumienkę, a potrzebny będzie raczej następcom, niźli mnie samemu, doradzam przyjaciołom blogerom, by pisali, bo mają z tego przyjemność, a nie dla jakiejkolwiek korzyści. I to by było na tyle.