Opublikowano Dodaj komentarz

Konkurencja, współpraca, sprzedaż wina w Powiatowej

Podobno polski rynek wina zwiększył sprzedaż o 10%, tylko w stosunku do czego? Jeżeli wyobrazić sobie całkowitą sprzedaż wszystkiego, to w całej masie sprzedaż wina wzrośnie o jakieś ułamki (bo tyle jest warte takie 10%). Ciekawe jak to się ma do sprzedaży gorzały?

Powiadają niektórzy, że w świecie traci pozycję filozofia. Nie wszędzie, bo są kraje, gdzie filozofów nadal się słucha (chyba za księdzem Kobylińskim podam, jeśli mnie pamięć nie myli, że chodzi o Włochy, Francję i Niemcy), ale i tak trynd jest ogólny, czy jak kto woli współczesnym językiem szamanów: globalny.

A w skrócie i po prostu: przestaje się liczyć myślenie. Zamiast myślenia pojawiają się emocje i pewna pani w reklamie, która stwierdza: „się ma, się kupuje”. Taki świat w pigułce (chyba niechcący). Dlatego ograniczamy się do wyrażenia radości z tego, że sprzedaż wina wzrosła, ale nie chce się nam rozumieć, co i dlaczego? Takie czasy. W konsekwencji stosujemy marketing wyrosły z emocji, a nie z rozsądku.

Ileś tam lat po Polsce niechcianej i słusznie minionej nadal w psychice naszej szarogęszą się ketmany sceptyczny i etyczny (odsyłam do Zniewolonego umysłu), tyle tylko, że zamiast totalitarnego komunizmu teraz pojawił się kapitalizm. W najprostszych słowach nazywam to hipokryzją odrywając ją od wszelkich ideologicznych implikacji. W życiu codziennym oznacza to, że nikt nie mówi prawdy, tak na wszelki wypadek (chyba z przyzwyczajenia). Zniewolony umysł to wszędzie spiski, masony, żydy, cykliści, no i takim umysłem posługujemy się, chyba, wszyscy po tej stronie Odry, a idzie to daleko za Bug.

Biznesmeni tutejsi postępują zgodnie z przyzwyczajeniami z czasów minionych. Mówię tutaj o niezależnych przedsiębiorcach, a nie o korporacjach, te bowiem rządzą się zupełnie innymi prawami; zresztą polskich korporacji nie znam (szczerze mówiąc systemy takie, jak PRL rządziły się podobnymi do korporacyjnych prawami, bo korporacja to totalitaryzm). Otóż w codziennym życiu polskiego biznesmena rozpycha się ketman sceptyczny, zupełnie jak w polskim obywatelu, zatem strach wpływa na sposób postępowania z konkurencją.

Otóż, dajmy na to, włoscy przedsiębiorcy, którzy nie przeżyli traumy kolektywizmu, potrafią się jednoczyć po to, aby wspólnie realizować zadania, a włoski przedsiębiorca w Polsce też chciałby rozmawiać z grupami przedsiębiorców (miałem takie doświadczenia przy okazji biegunów przedsiębiorczości, przy projektach innowacyjnych), co uprościłoby promocję projektów za granicą. Ketman sceptyczny jednak polskiemu przedsiębiorcy na grupowanie się nie pozwala.

Polski przedsiębiorca boi się kolejnej kolektywizacji i tego, że ktoś będzie nim manipulował. Woli występować sam,  przy czym robi wszystko, aby w pień wyciąć konkurencję. Parę dobrych pomysłów szlag trafił, zagraniczny partner zmykał z Polski, jak zając, bo Polacy nie chcieli występować w grupie, a w rozmowach z przybyszem zagranicznym robili wszystko, aby podkopać zaufanie do polskich kolegów.

Polski rynek wina to też biznesmeni, którzy tym winem handlują. Jest to grupa niewielka, wydaje mi się, jednak, że wyrosła z typowych tutaj przywar, chociaż posiadająca również cechy wspaniałe (jako że nikt nie jest zupełnie czarny, ani zupełnie biały). Specyfiką tej grupy jest to, że oddziałuje na 20% społeczeństwa, bo tak im się kiedyś wydało, że konsumpcja wina w Polsce tylko 20% konsumentów dotyczy. Jak powiada przyjaciel mój Zygmunt (zresztą z Warszawy), członkowie tej grupy żyją w wieży z kości słoniowej. A niech sobie żyją!

Nie martwiłbym się nimi, gdyby nie wpływało to na moje upodobania prawie codzienne. Otóż w wieży z kości słoniowej można cieszyć się z tego, że sprzedaż wina wzrosła w Polsce o 10%. Ja ośmielam się wrzasnąć: nie w Polsce, a w 20% Polski. Rynek wina w Polsce jest mały, bo obejmuje tylko wielkie miasta. Powiatowa jest poza tym rynkiem, chociaż stanowi 80%. Podzielam wnioski Krzysztofa Majera na temat polskiego rynku wina, sądzę jednak, że w dużej mierze koszty stałe są wynikiem specyfiki charakteru polskiego przedsiębiorcy (o których trochę napisałem powyżej). Biorą się one z wybujałego indywidualizmu (czyli strachu przed występowaniem w grupie i z chęci wycinania konkurencji), a także z braku poczucia trwałości.

Koszty stałe polskiego biznesmena wynikają też z tego, że boi się, iż jutro następni komuniści biznes zamkną i dlatego musi jak najwięcej zarobić dla siebie (niektórzy stosują termin: nachapać się). Otóż znów: jak mówi mój włoski kolega: wy Polacy musicie od razu kupować najdroższego Mercedesa, a biznes zakładacie bez zabezpieczenia kapitałowego na pięć lat i nie macie potem na paliwo do tego Mercedesa.

Polski rynek wina woli sprzedawać bogato najbogatszym, tych zaś w Powiatowej nie ma. Powiatową zajęły dyskonty (czyli korporacje), a więc nie należy ona do polskiego rynku wina. Polski kapitalizm (nie tylko od wina) rozparł się na 20% stołka, więc go siedzenie na tym stołku w tyłek uwiera, a 80% stołka oddał innym (i płacze, że spiski, że masony, że żydy i tak dalej).

Ketman sceptyczny nakazuje wycinać konkurencję. Żadnej współpracy. Jak się robi, na przykład, blogosferę, to tylko w ramach niegroźnych żuczków, natomiast każdego obcego przedsiębiorcę trzeba wyciąć. Nie przychodzi do głowy, że sprzedaż można o wiele skuteczniej wypromować w silnej grupie i że wzrośnie wtedy ona o 60% (chociażby), a i ceny spadną na tyle, że grupa konsumencka powiększy się i wszyscy będą zadowoleni.

Ketman jednak nakazuje schować się do wieży z kości słoniowej, a w niej wszyscy udają, że nie widzą, iż jest to w wyłącznym interesie 80% stołka. No ale podobne opinie można pozostawić takim misiom jak ja, gdzieś tam sobie żyjącym na obrzeżach nie tylko winnego świata, w dodatku na wymarciu.

Za porażkę w strategii zawsze można zrzucić winę na jakieś boty, czy inne sztuczne inteligencje, bo szamani żonglując słowami tylko to potrafią. Przy okazji etyki biznesu, konfliktów, konkurencji, czy współpracy odsyłam do artykułu Prof. Barbary Mazur (chociaż Ona też z Powiatowej, czyli na obrzeżu). I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Och żeby tak się chciało, jak się nie chce!

Książę Edynburga jeździ bez pasów dwa dni po wypadku, a mnie się nawet chodzić nie chce. Wróżbita Jackowski przepowiedział zimę, jest zima. Baba Krystyna Vanga zamilkła (na chwilę) i wcale nie jest lepiej. A co w winach? Nadal czujemy się winni, chociaż nie bardzo wiadomo dlaczego.

Powiatowe wina to dyskonty, a te jaśnie Towarzystwu nie paszą. Poza tym niewątpliwe znużenie materiału powoduje, że coraz rzadziej spotykam wino, które uderza na tyle, aby warto było o nim pamiętać. To zjawisko zmusza do zastanowienia, bo w obliczu ulotności chwili i wiatru, który zawsze w oczy, czy warto czas tracić na pisanie o winach bez wyrazu? Jeżeli sens życia miałby zawierać się w przymusie zauważania każdego wina po to, aby jacyś Grażyna i Janusz mogli je sobie darować, bo Pan Recenzent nie doradza, to czy warto sensem takim zawracać sobie głowę?

Brak wiosny wpływa na komórki mózgowe. Na jakichś winach w Lidlu wzrok zatrzymałem, ale po spróbowaniu stwierdzam, że nie zasługują na wieczność. Co zresztą na taką zasługuje? W Owadzie dawnom nie był, bo od chwili zniknięcia mojej ulubionej cycatej ekspedientki nie ma tam po co chodzić. Same przypadłości.

Aby do wiosny. Wiosną nawet Carlo Rossi stanie się niczym vinho verde, a wszystkie ekspedientki nabiorą krągłości. Z nadzieją zatem w winną przyszłość spoglądając stwierdzam, że to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Zimowo siódmy numer Fermentu

Warto czytać Ferment nie tylko dlatego, że jest coraz lepszy, ale także po to, aby być o kurant z tym, co bogatsze 20% społeczeństwa może zaoferować spragnionej Powiatowej. Powiatowa ma wolny wybór i sama zdecyduje, czy skorzysta.

Numer poświęcony jest winnym kobietom, a przy tym w bardzo rozsądny sposób wystrzega się niepotrzebnego dżenderowania. W końcu, czy rodzaj ma jakiś wpływ na  degustowane wino? Filozoficznie wypada dodać, że dzieląc świat człowieczy na mężczyzn i kobiety (wcale nie symetrycznie) zatracamy to, co w człowieku powinno nas wyłącznie interesować, a mianowicie osobę. Znakomity na ten temat tekst zamieściła Pani Ewa Wieleżyńska, a swoje trzy grosze, jak zawsze, dodał Pan Wojciech Bońkowski, którego zaiste trudno w numerze pominąć. Polecam szczególnie jego tekst o amarone, pod którym podpisałbym się w całości, gdybym znał się na winie (znam się jednak co nieco na Włochach, mniej na Włoszkach).

Polecam także szczególnie „Zły dotyk”, znakomity tekst Pana Macieja Świetlika. Wypada opowiadając o winach mieć się ciągle na baczności (w końcu w Fermencie mogą to opisać i pozostanie niesmak poczucia winy).

Oprócz wspomnianego powyżej amarone w numerze nieodzowne informacje o cavie i tokaju, a także dziesiątki innych winnych ciekawostek (dla Polaków o winach słodkich), oraz przepisów kulinarnych i porad (zauważam, że pismo gdzieś w tym kierunku ewoluuje).

No i oczywiście doradzane wina z tego, co jest dostępne na naszym rynku. Tutaj Powiatowa pozwala sobie na szerokie otwarcie oczu i przy każdej (no, może nie każdej) cenie zgina się w pół uderzona w podbrzusze. To wszystko zaś w znakomitej szacie graficznej, bo czego jak czego, ale wysmakowania Fermentowi odmówić nie można.
Opublikowano 1 komentarz

Popłuczyny, dyskonty, przemysł i masowa klientela

Na kanwie wczorajszego mojego Carlo Rossiego i obijającej się tu i ówdzie dyskusji o blogerowaniu/blagierowaniu dyskontów (patrz szczera wypowiedź Domowegodoradcy w odpowiedzi na wpis Zdegustowanego) nasuwają mi się następujące uwagi.

Zacytuję przy tym komentarz niejakiego Pablo pod innym tekstem Domowegodoradcy; znamienny, jako że jak w lustrze odbija pewną postawę, wynikłą z jednej strony z zupełnego braku rozumienia realiów, z drugiej zaś chyba z pogardy, może niezupełnie uświadomionej. Otóż tenże Pablo tak sobie myśli, że „nie można porównać tego samego CS czy SB na półkach supermarketów typu B lub L z winem stojącym w sklepie specjalistycznym, bo w 95% wino z B i L to niestety popłuczyny. Nie trudźmy się zbytnio, żeby wynosić to wino wyżej. Dla świata winiarskiego jesteśmy Trzecim Światem i trzeba się z tym pogodzić. Wina w L czy B nie wolno wynosić i chwalić, bo to są zlewki ze świata winiarskiego i Pan o tym dobrze wie. Nie promujmy supermarketów w kwestii wina, bo to szkodzi i jakości i poprawie pijalności w Polsce dobrych win”. I tak myśli sporo osób, nawet zajmujących się winem zawodowo.

Firma E. & J. Gallo Winery zarobiła pieniądze rzucając na rynek produkt, który w ówczesnej Ameryce, świeżo po prohibicji i w kryzysie, najbardziej do tego rynku pasował, jako że Bracia Gallo w genialny sposób wyczuli rynek (czego, niestety, nie mogę powiedzieć o narzekających na wszystko współczesnych winiarzach). W taki sam sposób wyczuwają rynek duże sieci (takie jak Owad czy też Bawarowie z L). Polega to na zupełnie innej filozofii zarabiania pieniędzy (nie wspomnę tutaj o moralności, wyzysku i takich tam różnistych imponderabiliach, bo w zarabianiu pieniędzy zupełnie nie o to chodzi). Otóż Bracia Gallo dali biednym napój w reklamie wmawiając, że jest to zupełnie to samo, co smakuje zasobnym. Bracia Gallo zrozumieli, że pieniędzy nie zarabia się na bogatych. Prawdziwy zysk ukryty jest na rynku biednych, czyli w 90% społeczeństwa. Ich sukces to smakowe napoje wzmacniane, które w pewnym sensie miały w PRL odpowiednika w słynnym jabolu. Bracia Gallo wiedzieli również i to, co wiedzą współczesne korporacje: nie wolno dopuścić do tego, by biednym żyło się za dobrze, bo wtedy straci się klientelę. Biednym trzeba oferować produkty podobne do tradycyjnych, wytwarzane jednak przy najniższych możliwych kosztach produkcji (i tak postępują współcześnie wielkie sieci handlowe). Dlatego coraz częściej spotykamy w sieciach napoje tanie i dobre smakowo, chociażby Ribera del Duero (za 20,00 PLN).

Otóż nie są to wcale popłuczyny (jakież to pogardliwe traktowanie 90% rynku). Współcześnie są to zupełnie inne wyroby, niekiedy całkiem dobre zamienniki wytwarzane przemysłowo i jedynym szkopułem jest ich definicja, jako że uczciwość nakazywałaby ujawniać, co się sprzedaje. No, ale w zarabianiu pieniędzy nie chodzi wcale o uczciwość. To, akurat, wszyscy wiemy.

Geniusz Braci Gallo pozwolił im zrozumieć jeszcze jedną zasadę: nie oferuj smakowych skrajności. Zmieniając stopniowo segmenty rynku (obserwując bogacenie się społeczeństwa) cały czas dbali oni (i dbają ich następcy) o to, aby smak sprzedawanych napojów na tyle był pozbawiony skrajności, by prawie każdy klient był z nich zadowolony. Od najbiedniejszych, którym oferowali amerykańskie Mamroty stopniowo przechodzili do klasy średniej i w ten sposób opanowali świat. Teraz mają kasę i mogą sobie pozwolić nawet na sprzedaż win tradycyjnych w segmencie zarezerwowanym dla sklepów specjalistycznych. Cały czas, jednak chodzi im o masę (tutaj można mieć małe marże i sprzedawać miliardy produktów). I tak zarabia się pieniądze.

Podobnie myślą właściciele wielkich sieci, świadomi jednak faktu, że biednego klienta lekceważyć nie wolno, dlatego z pewnością żadnych popłuczyn nie oferują. No może bywają wyjątki, ale te dotyczą raczej wielkich krajowych hurtowników, którym zależy na szybkim obrocie i którzy zlewają do butelek wszystko, co im w kadziach z całej Europy pozostało.

Jedno jest pewne. Polski neokapitalizm niewiele ma wspólnego z geniuszem Braci Gallo. Ich myślenie możliwe jest tylko w takiej Ameryce, gdzie co, jak co, ale biznes się szanuje. W Polsce nikt do końca nie wierzy, że to wszystko potrwa dłużej i każdy pazernie chce nachapać się natychmiast. Dlatego każdemu zależy na jak najwyższych marżach przy jak najniższych nakładach wysiłku, no bo trzeba mieć czas na konsumowanie życia. Polski neokapitalizm myśli tylko o tym, jak zarobić wśród 20% najbogatszych Polaków, a gołodupców z Powiatowej zostawia obcym sieciom, narzekając jedynie od czasu do czasu i wrzucając w sieć epitety typu popłuczyny.

Rynek „prawdziwego” wina w Polsce byłby dużo większy, gdyby zostawiono nas w spokoju przez jakieś 100 lat. Wtedy i neokapitaliści nauczyliby się zarabiać pieniądze i masy konsumentów zaczęłyby szukać zdrowia i tradycji, uciekając od przemysłu (tak, jak to się dzieje wśród wegetarian i wegan). Na razie wybieramy się na wojenki z Chinami, czy z Iranem, więc spokój z pewnością nam nie grozi. Najwyżej pozostaniemy w strefie sprzedaży firm takich jak E. & J. Gallo Winery (to jest wersja optymistyczna). I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Winna samotność w sieci

Z tego wszystkiego wynika jakasić taka okrutnie sakramencka samotność w sieci. Konkretnie za łeb sprawę łapiąc: jak ryby złowione i uwikłane w za małych oczkach i na zgon oczekujące, albo zlitowanie, czy ktoś znów do wody wrzuci. Czyli że winny bloger to ryba taka, sieć zaś to pułapka zaistnienia z wybujałych ambicji wyrosła, co to istotnie bramą do raju lub piekła się stanie, a obie te bramy to tylko ostateczne rozwiązanie?

Straszniem wysoko poleciał, a tu dzbany puste. No ale, czyż nie jest sieć kolejną łapką, do której my myszy wpadamy, by zaistnieć? Kużny po swojemu przy takim samym końcu? Czy też po to sceną w teatrum, by dowiedzieć się, że Książę Karol lubi inaczej? A może, by Nobla dostać? Albo inaczej zawajnsztajnić i zaświńtuszyć, co i tak tym samym jest wobec ciszy, co nas wszystkich czeka?

Schodząc ze szczytów: jest nas ze dwustu samotnych, każda i każdy z monitorem, klawiaturą, smartfonem spodziewających się cudów, które nigdy nie nastąpią. Winne blogowanie z natury tematu ogranicza się do jednej beczki, gdzie i kapusta, i groch, i taniny, i kwaśny niesmak, kiedy nikt nie woła, a każdy chciałby, by ciągle wołali, by zauważyli, dopieścili, przytulili, czy też nawet w tyłek kopnęli, bo lepsze to niż nic, a tu ciągle nic.

Kończy się więc sprawa zwykle tym, co teraz robię. Pisaniem o pisaniu, zabijaniem kolejnych minut czekając na sieciowych Godotów. Mądre analizy, czy tabelki odsłaniają spękaną tęsknotę za bliźnim, za odpowiedzią, za przywołaniem, za może naganą, a może zachętą.

Tak będzie zawsze i nic na to nie poradzimy. Utonięciem grozi szerokie morze sławy, głębokim będąc. My zaś tutaj w winnym gronie mamy nasz płytki stawik, utopić się w nim trudno, więc cieszmy się dnem tuż pod piętą, bo na płyciźnie oddech trudno stracić. W końcu w głębokich wodach rekiny pławajuć i pałykajuć co bardziej na sławę pazernych.

A tak poważnie: przeca Matkę mamy i Ojca w blogosferze, co nas przygarnęła. Nie za darmo, bo dzięki nam istniejąc winna inicjatywa Rodziców przyzwoicie zarabia. Nie kłóćmy się, zatem,  o dyskonty, lecz chwalmy Pana. On wielkim będąc i wspaniałym decyduje, czy samotność na wieczność pozostanie, czy też ktoś ją nagrodzi. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Na pasku dyskontów?

A już myślałem, że nie będzie o czym pisać. Piszę, zatem, ten tekst na marginesie wpisu, który pojawił się w blogu  zdegustowany.com. Znamienity Don Sebastian, czyli autor tekstu, napracował się wielce podając kilka interesujących danych, nad którymi pochylą się raczej blogerzy, niż winni pijacze,  dotyczą bowiem naszego warsztatu. O co, zatem, chodzi i czy warto kruszyć długopisy?

Otóż od czasu do czasu zauważam poczciwego potwora z LochNess, budzącego się w sieci z braku innych tematów (w moim przypadku jest nim PARPA, bo jak nie mam o czym, to o niej pisać najlepiej), który zaczyna łaskotać karki niektórych mało wydarzonych importerów zwalających całą winę za brak klientów na, dajmy na to, blogerów, czy też na wiatr, który mógłby wiać z innej strony po to, by słońce świeciło mocniej i chlebek smakował wiecznie świeżo. Tacy, jakem już rzekł, mało wydarzeni importerzy, pochlipując w kołnierze i rękawy szukają winnych, czyli dziury w całym plastikowym korku, no i wietrzą spiski masońskie, nie mówiąc już o żydokomunie (teraz raczej katokomunie), a w winnym sektorze o spiskujących wielkich sieciach, zaś mianowicie najbardziej o Owadzie i Lidlu. Owad, bo ośmielił się podbić rynek, na którym kiedyś królowały rozkładane, ale suwerenne, łóżka, Lidl, bo wrażo bawarski, no i korporacyjnie rozpychający się na europejskim rynku, w dodatku z pomocą Bundesregierung. Oprócz żydów i masonów są jeszcze cykliści, czyli w naszej konkretnej sytuacji blogerzy (taa, bo to im przypada ta zaszczytna rola).

Don Sebastian słusznie zwrócił uwagę na ekonomiczny aspekt prowadzenia naszych blogów. Odpisałem mu w komentarzu pod wpisem, żem od początku wydał około 30.000 PLN na wina, które w 99,99% sam kupiłem (chociaż nikomu nie zabraniam przysyłania kartonami próbek, ba, nawet niekiedy takie próbki dostaję).  Jako że jestem z 1951 roku, co bardzo ogranicza moje ruchowe możliwości, nie biorę udziału w winnych imprezach, wiem jednak, że udział taki bardzo by zwiększył liczbę kartonów do degustacji. Cóż, ja tylko tak sobie po-pisuję, a że postanowiłem po-pisywać o winie i tak jakoś sobie starczą samotność zapełniać, musiałem znaleźć konkretne punkty odniesienia. Aby więc koszty uciekania od samotności zmniejszyć, kupuję wina tam, gdzie są najbliżej i najtańsze (jako że do wypasionych piwnic w Stolicy, Poznaniu, czy innym Krakowie mam cokolwiek za daleko). Wiadomo, że istnieją jeszcze sklepy Online, ponoć nielegalne, no i nie najtańsze, ja zaś staram się z prawem nie wadzić, nie do końca będąc w pisaniu moim koalą sprawiedliwym.

Podejrzewam, że takie same ekonomiczne problemy mają wszystkie winne blogerki i wszyscy winni blogerzy. Specyfika branży powoduje, że piszą o tych i dla tych, którzy im to umożliwiają, szczególnie zaś, że paru jeno – pracując w branży – ma ciągły dostęp do opisywanego materiału. Winni blogerzy są raczej biednymi misiami, dlatego uważam za pewną bezczelność pretensje niektórych importerów, iż zajmujemy się dyskontami. A czym, w mordkę jeża, mamy się zajmować? Możemy, oczywiście, od razu brać łopatę i usypać sobie nagrobki, ja jednak przed tym wolę napić się wina, chociażby z Owada, a w Bawarach wroga zobaczę, jak znów do czołgów wsiądą.

Zresztą, niektórzy importerzy zupełnie dobrze na blogerskim rynku dają sobie radę i nie pochlipują w rękaw za każdym razem, kiedy śniegiem zawieje. Uważni czytacze wiedzą, o kim piszę. Robię im nawet na moich szpaltach reklamę i zawsze pomogę, jeśli mnie o to poproszą. Wystarczy poprosić i czasami uśmiechnąć się do blogera, bo nawet jeśli w sieci, on to zawsze lubi.

A przy okazji nie bardzo rozumiem sekowania takiego, dajmy na to, domowegodoradcy, czy viniteranio. Solidarność literatów (tym, w końcu, są blogerzy) powinna cieszyć się  z faktu, że są na rynku również importerzy utalentowani, którym kasa do końca czasu i mózgu nie zeżarła i którzy lubią sobie po-pisać, nie tylko we własnym interesie. A że są konkurencją? O Chryste Panie, wszystko jest konkurencją, natomiast myślącym trzeba pomagać, a nie z blogosfery relegować. Ale tutaj pojawiają się inne potwory, przy których mój z LochNess jest malutkim misiem. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Alkoholizm – przyczyna, czy skutek? – I

Dobrze będzie przypomnieć sobie definicje. Otóż słowo „alkoholizm” zostało użyte  po raz pierwszy w roku 1849 przez szwedzkiego lekarza Magnusa HUSSA. Onże utworzył syntetyczną definicję alkoholizmu, a ta zastąpiła dotychczas stosowany termin „pijaństwo„. Powszechnie stosowana definicja alkoholizmu to „wszystkie patologiczne konsekwencje nadmiernego spożycia napojów alkoholowych”. W roku 1951 (wtedy to urodziłem się we wspaniałej Łodzi) dr Pierre FOUQUET zastosował taką definicję alkoholizmu: „utrata swobody powstrzymywania się przed spożyciem napojów alkoholowych”. Wynika z tego zależność powstająca, gdy człowiek nie może obejść się bez spożywania alkoholu, z powodu psychicznego i/lub fizycznego cierpienia wynikającego z braku spożycia. Światowa Organizacja Zdrowia stosuje tutaj następujące kryteria:

„Zespół objawów somatycznych, behawioralnych i poznawczych, w których picie alkoholu staje się priorytetowe nad innymi poprzednio ważniejszymi zachowaniami. Do rozpoznania potrzebne jest stwierdzenie trzech z poniższych objawów w czasie ostatniego roku:

  • Silna potrzeba (głód) picia albo kompulsywne picie alkoholu
  • Trudności w kontrolowaniu zachowań związanych z piciem w sensie upośledzenia:
    – kontrolowania rozpoczęcia picia (np. powstrzymywania się od picia przed piciem);
    – długości trwania picia (np. ograniczania picia do jednego dnia);
    – ilości alkoholu (np. konieczność picia do dna butelki);
  • Stan abstynencyjny spowodowany przerwaniem picia lub zredukowania dawki alkoholu, przejawiający się:
    –   charakterystycznym zespołem abstynencyjnym, albo
    – piciem alkoholu lub przyjmowaniem substancji o podobnym działaniu (np. benzodiazepiny, barbiturany, eter) z zamiarem złagodzenia lub uniknięcia objawów abstynencyjnych;
  • Występowanie tolerancji, polegającej na potrzebie spożycia większych dawek do wywołania efektu powodowanego poprzednio mniejszymi dawkami (są one nieraz tak duże, że mogłyby spowodować śmierć osoby nieuzależnionej)
  • Postępujące zaniedbywanie alternatywnych przyjemności lub zainteresowań z powodu picia, zwiększenie ilości czasu potrzebnego na zdobycie alkoholu lub powrócenie do normy po wypiciu
  • Picie alkoholu mimo wiedzy o jego szkodliwości np. o uszkodzeniu wątroby spowodowanych piciem, stanach depresyjnych po dłuższym piciu” (Habrat B. 1996, s. 33).”


Tak definiowany jest alkoholizm. Wszystkie definicje odnoszą się, jednak, do objawów i z objawami walczymy, tak jakby alkoholizm był wyłącznie chorobą materii, zwalczanie zaś samych objawów można uznać za bezsilność wobec rzeczywistych przyczyn, o których często milczymy. Tymczasem to przyczyny są tutaj najważniejsze, a alkoholizm jest wyłącznie ich skutkiem.

Przy tym rozumienie uzależnień (bo w końcu chodzi także o wszystkie pozostałe uzależnienia) po to, aby leczyć wyłącznie objawy, jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Wydaje mi się jednak, że z uzależnieniami społeczeństwo walczy wyłącznie w swoistym tańcu pozorów, a różne powołane do tego instytucje robią to zwykle po to, aby uzasadnić swoje istnienie. Takie ganianie własnego ogona. W jakiś daleki sposób intuicja moja mówi, że ma to związek i z tym, o czym pisze Szymon Hołownia, kiedy rozważa los zwierząt. Niepopularny teraz filozof mówił o alienacji i coś w tym jest, ale dalsze rozważania pozostawię sobie na później. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Nie znalazłem powodów, aby w 2019 roku doradzać do wina mięso

A także nie znalazłem powodów, aby nadal jeść mięso. I to nie tylko dlatego, że przeczytałem spory kawałek książki Boskie zwierzęta i wywiad z ich autorem (wywiad z Szymonem Hołownią tutaj).

Mija rok od tego, kiedy bliżej nieokreśleni osobnicy postanowili sprawdzić, co stanie się z wioskową psią dobrą duszą i flary psu do tyłka włożywszy, odpalili je. Od roku nie ma już Urwisa, a ja żyję z zupełnie niechrześcijańską nadzieją, iż Stwórca tym bliżej nieokreślonym osobnikom też kiedyś takie flary odpali i do piekieł strąci. W ciszy myśli moich rzuciłem na nich klątwę i nie rozważam jeszcze wybaczenia, chociaż coraz mi bliżej Sądu.

Nie wiem zresztą, czy zwierzęta potrafią wybaczać. Wiem, że ja jeszcze się tego nie nauczyłem, chociaż powinienem.

Na starość brakuje mi cierpliwości, a ponieważ wiem, że nadchodzący świat i wyznawcy kciuka takiej cierpliwości też nie mają (chociaż z zupełnie innych pobudek), staram się w barokowym stylu moim stosować minimum słów, bo wiem, że długich tekstów nikt nie czyta. Przy całym braku cierpliwości zdziwiło mnie jednak to, iż czytając Boskie zwierzęta nie zmęczyłem się, ani znudziłem, z czego wnioskuję, że oprócz dobrego człowieka kraj ten dostał od Stwórcy w prezencie bardzo sprawnego pisarza (i świadomego misji).

Powoli odchodzić będę od mięsa. Mój to jest wybór i wypada mi tylko przyznać, że Szymon Hołownia w tym pomógł. Czytając Boskie zwierzęta zmusiłem się do zupełnie nienowoczesnego wysiłku, wytrzymałem czytając więcej niż cztery strony i uważam, że przeczytam całą książkę. Nie wiem, jak do tego samego zmusić dzbany z cywilizacji kciuka. Też uważam, że Stwórca dał nam wolny wybór, ale czy zdawał sobie sprawę, że obdarzył nas także lenistwem? Wygodnictwem? Egoizmem? A może uświadamiając sobie los innych stworzeń, a przy tym odczuwając strach przed samounicestwieniem uda nam się zatrzymać własną głupotę?

To wszystko wynika z pazerności, która spycha nas wszystkich w przepaść i każe zapominać, że świat dostaliśmy w prezencie wszyscy i wszyscy do Stwórcy wrócimy. Pazerność, przemijająca materia zapychająca pustkę nie tylko w dzbanach, zamienia nas nawet nie w szczury, a w automaty pozbawione uczuć i obawiam się, że szacunek dla wolnej woli, a także wiara w pracę u podstaw nie uratują już nikogo. Czasu już tutaj nie ma i ze smutkiem nie znajduję w sobie cienia optymizmu, a zatem czytając książkę Szymona Hołowni stwierdzam, że nie zdążymy, jeśli świata nikt za pysk nie weźmie.

Pisząc o winie pamiętać będę, aby nie wskazywać, do czego najlepiej pasuje, świadomy faktu, że powinno pasować przede wszystkim do życia. Życie zaś należy do wszystkich. I to by było na tyle.