Opublikowano Dodaj komentarz

Alkoholizm – przyczyna, czy skutek? – II

W środkach masowej dezinformacji alkoholizm wraca falami. Nagle dziennikarze zaczynają zachowywać się jak nawiedzone owieczki i pobekują wtórując rozgorączkowanym działaczom, którzy z walki (nie bardzo wiadomo z czym i dlaczego) zrobili sobie misję życia; karmę, co to nie tylko unosi, ale i karmi. Niektórych nawet dobrze karmi, ta karma. Jak do niej się ma moja, blogera równie nawiedzonego w drugą stronę?

Tak więc już zbyt długo Prezesa Brzóski nie było, aż ktoś z manipulantów zauważył brak tenże, jakże doskwierający i trąbić rozkazał na powrót i to z mantrą powtarzaną w nieskończoność: alkohol jest w Polsce zbyt tani.  Mamy więc w środkach masowej dezinformacji teraz dwa konie wyścigowe: Kościół i jego przypadłości oraz nałóg straszliwie rakotwórczy (tak to sformułował wielce zapatrzony w siebie działacz abstynencki, niejaki Rutkowski, w rozmowie z Dowgirdem i Morozowskim). No bo najstraszniejsze jest to, że alkohol jest rakotwórczy. Ojej.

Przez lata całe (i to nie tylko komuny) rozpijano społeczeństwo, bo łatwiej takim manipulować, a gorzała robiła za wentyl. Zaś organizacje abstynenckie Państwo hołubiło po to, aby w nich osadzać na ciepłym wygnaniu co bardziej wysłużonych funkcjonariuszy (co zresztą i teraz jest aktualne, bo nie chodzi o to, że ktoś zaszczytne obowiązki przez lat 12 pełni, ale o to, że inni takiego przywileju dostąpić nie mogą, jako że nie dorobili się urzędniczej wysługi). Ale żeby zaraz rakotwórczością?

Teraźniejszość dostarcza nam codziennie wiele innych rakotwórczych wyrobów, które nie mają nic wspólnego z alkoholem, a które musimy spożywać, bo innych nie ma. Są więc rakotwórcze rybki z zanieczyszczonych wód, do których wlewamy rakotwórcze gówno, są kotlety naszpikowane rakotwórczymi konserwantami, jest powietrze, w którym nie ma tlenu i tak dalej, ale o tym działacz Rutkowski jakoś się nie zająknął. On tak o alkoholu, bo to napisali w The Lancet, czyli o czymś, co łatwo napiętnować tworząc sobie sens życia. Jest nawet cukier i słodkie pączusie i cukrzyca będąca równie groźna, co gorzała.

No ale dosyć sarkazmów. Dworować sobie z działaczy i Prezesów zawsze można, to też jest jakimś sensem życia, natomiast alkoholizm pozostaje. Jako choroba, nałóg godny potępienia, lecz nigdy jako zjawisko samoistne. Łatwo wypowiedziane słowa o tym, jak otępia alkohol (no i jak jest rakotwórczy) zamazują prostą, w zasadzie, prawdę. Człowiek pije właśnie po to, aby się otępić, przymulić, zagazować i to dlatego, iż nie może czegoś znieść bez otępienia, przymułu, zagazowania.

A znieść nie może, bo nie potrafi, bo go nie nauczono, bo jest za słaby, albo bo uznał, że nie warto. Naukowo i po marksowsku filozoficznie: chlejemy, aby zabić alienację, ta zaś powstaje z pustki i niedostatków najpiękniejszej z możliwych, bo jedynej egzystencji. Pustki nie wypełni odbieranie gorzały , zwiększy jedynie frustrację i zamiast raka mieć będziemy kolejne rewolucje. Przyroda zaś notorycznie psuta przez pazerne korporacje nadal będzie rakotwórcza i żaden The Lancet jej nie naprawi, ani nas nie uczyni szczęśliwszymi.  Do tego dołączymy ostateczne wybicie tradycyjnych autorytetów, jako że ubzduraliśmy sobie, że to, co nowe jest lepsze, a stare potrafi być tylko zdemoralizowane, czyli do reszty wyrwiemy z człowieka sacrum, a więc i duszę pozostawiając bez gorzały, ale w zdrowym (jakoby) świecie. Słusznie napisał w komentarzu Pan Marek: przyglądając się temu wszystkiemu i słuchając głupot wygadywanych przez nawiedzonych durniów ochota przychodzi, aby nawalić się rakotwórczo jak stodoła.