Opublikowano 2 komentarze

Ferment – wiosna – 2019, czyli odpływanie elity

Wszystkich gości, którzy próbowali do mnie dostać się przez ostatnie dwa dni, bardzo przepraszam. Migrowałem za ocean, bo tam taniej, a migracja zawsze trwa. Na szczęście udała się, tak przynajmniej pokazują wskaźniki serwerów. To tak na marginesie.

Dotarł do mnie ostatni numer pisma o winie Ferment. Staje się ono coraz bardziej kompendium wiedzy nieomal encyklopedycznej, wydawanym z niespotykaną pieczołowitością w dzisiejszych czasach, bo teraz wszystko robi się, aby zbyć. Tutaj jednak pracują koneserzy i esteci.

W numerze mnóstwo informacji o winach biodynamicznych, naturalnych, wegańskich i co tylko można sobie związanego z tradycją i naturą wyobrazić. Coraz mocniej uwiera nas wszystkich świadomość schyłkowości z winy egoistycznego postępu, więc coraz częściej szukamy ratunku w powrocie do naturalności.

Problemem jednak staje się to, że ratunek jest możliwy tylko wtedy, kiedy grozę zagrożeń uświadomią sobie wszyscy. Tymczasem odnoszę wrażenie, że z sytuacji zdają sobie sprawę najbardziej światli, nie bójmy się tego nazwać po imieniu: elita, a masy po rebelii mają zagrożenia w głębokim poważaniu, skoncentrowane na egoistycznej konsumpcji. Elita natomiast ucieka w wysmakowane periodyki, zbyt drogie i zbyt elitarne, aby do nich miały dostęp masy, a także – jak niektórzy recenzenci, czy filozofowie – ucieka dosłownie do lasów za góry wysokie. Wygląda na to, że elitarne pięknoduchy podświadomie wyrażają swoje désintéressement światem, a ich działania są bardziej po to, aby zawsze móc powiedzieć: a nie mówiłem?

Cóż z tego. Może zdarzyć się, że nawet na takie pytania będzie za późno. Świadomy jednak faktu, że i ja piszę dla garstki nawiedzonych, sam nawiedzonym będąc, mogę wyrazić tylko radość, iż tak piękne i mądre periodyki dla pięciu rozkochanych w świecie i w winie czytelników powstają. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Wieża z kości słoniowej

A w wieży tej zamykamy się uciekając od rzeczy rzeczywistych. Siedzę sobie teraz i zaczytuję przepięknym tekstem o rodzinie Rotszyldów, tych francuskich, co to winami świat epatują i czuję w sobie odlot, tak daleko od realium czytając odfrunąłem. Myślę przy tym o Prusie (tym Głowackim), który świetne felietony tworząc, ani na jotę od ziemi się nie oderwał i wszystkich w taki sposób obywatelstwa uczył. A dzisiaj? Gorszy pieniądz jeno, ale wedle powszechnie panującej wykładni: cóż z tego, że gorszy, jeżeli do życia potrzebny. A jeżeli ktośkolwiek zechce pisząc obywatelstwa uczyć, to stado nań rzuca się natychmiast wrzeszcząc, że polityka mu tylko w głowie, a oni przyszli tutaj wina się nażłopać. To tak na niedzielnym marginesie, przed wizytą w Świątyni Pana, przed którą serce za każdym razem drży moje ze strachu, iż Wielebny z ambony znów coś nie tak nakrzyczy.

A więc forma, Panie, bo forma liczy się nade wszystko. Odpowiednio skrojona pod potrzeby kciuka, pod marketing, za którym czai się pieniądz, mamona, kasa, wyposażenie, uposażenie, zasiłek, świadczenie i w ogóle to, co się  święcie każdemu należy, no bo po prostu jesteśmy. Przestaje mieć zupełnie znaczenie, o czym piszemy, byleby suknia do ciała tak przyległa, iż wszystkim z wrażenia ozór stanie.  I nie tylko. A kiedyś uczyli mnie, że poezja zamieszkuje między słowami, ale jakże dawno to było, bo prawie już nie pamiętam.

Stałem sobie dni parę temu na imprezie promującej wina niemieckie i z niejakim przerażeniem obserwowałem, że z mojego pokolenia jest paru niemieckich i winnych producentów, zaś wśród gości całość przynajmniej lat dwadzieścia młodsza. Do tego jesteśmy z zupełnie innych światów. Moja wieża z kości słoniowej powstała zwyczajnie ze starości, oni — natomiast — sami chcą się w takiej zamykać uciekając w formę, byle jak najdalej od obywatelstwa. O kochany Prezesie, najwspanialsza rewolucja wymyślona z perspektywy lat twoich rozbije łeb swój o eleganckie kanciki i cudnie przycięte bródki, albo też wąsiki i o samozadowolenie z własnego istnienia. Szkoda, Prezesie, wysiłku i zgryzoty. Do tego wracając z imprezy (a pojazd zaparkowałem na Okęciu) przez dwie godziny z tegoż Okęcia przebijałem się do Legionowa (chyba to 20-30 km). Z Legionowa do Ełku zajęło mi 3 godziny. Jak oni mogą w tej Warszawie żyć? Przestaje dziwić, że takie durnoty wymyślają, zamknięci w betonie i w ciągłym stresie. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Piszemy dla tych, którzy chcą nas czytać

Każdy z nas pisze dla tych, którzy chcą czytać. W niszowym blogowaniu publiczność to nic innego jak obszar niszy. Trudno wymagać od miłośników gorzały, aby chcieli czytać o winie, tak jak trudno wymagać od amatorów twardych zelówek, aby biegali na bosaka. Jeżeli więc zauważam, że moje pisanie dociera ciągle do tych samych pięciu tysięcy czytaczy, to znaczy po prostu, że więcej miłośników wina w moim zasięgu nie ma, co wynika ze specyfiki miejsca na tym łez padole. Nie ma się zatem czym podniecać i robić trzeba swoje, albo przestać robić i basta.

Można załamywać ręce nad stanem zainteresowania winem. Można uznać, że pięć tysięcy to dużo, albo mało, jak kto woli. Szklanka w połowie pełna, czy pusta? Wszystko zależy od punktu widzenia, ale także od nastroju porannego, jeśli na niebie jasne słońce, lub czarne chmury i tak dalej. Nie będziemy krajem śródziemnomorskim i ciągle będą nas wkurzać jakieś parpy. Inne kraje mają inne problemy i procent myślących (oraz pijących) inaczej w każdym zależy od promieni słońca, jak powiada Staszewski.

Przebijające się w każdym z nas pragnienie stania się celebrycką gwiazdą nie da się pogodzić z niszowym charakterem naszego blogowania. Aby być celebrytą wypadałoby do reszty wyzbyć się indywidualności, czyli tak pisać, by wszyscy poczuli się usatysfakcjonowani, albo stać się omnibusem, czyli o wszystkim rozprawiać, a zatem o niczym. Niektórzy z nas dodają do pisania o winie historie o pietruszce, lub sierotce Marysi, niektórym ciągle politykowanie w głowie, lecz czy są to pomysły szczęśliwe? Nie wiem i prawdopodobnie nikt tego nie wie. Trzeba więc zadowolić się tym, co mamy i radośnie patrzeć na jeszcze raz wschodzące słońce. I to by było na tyle.