Opublikowano Dodaj komentarz

Alkoholizm i katarynka

Nie można zabrać człowiekowi alkoholu nie dając nic w zamian. Przecież jest to tak proste jak Banie (Mazurskie) i średnica czapki. Alkoholizm, czyli przyzwyczajenie uzupełniające jakiś brak, deficyt, puste miejsce, przepaść tuż pod sercem, niezamieszkałe niebo, a czasem i piekło jest właśnie tym, czym jest: uzupełnieniem koniecznym tam, gdzie życie nie wypełniło charakteru niczym innym. Usuniesz alkoholizm, pojawi się następny …holizm, zaczniesz molestować Boga, siebie samego, niewiasty zbyt pełnoletnie pod kościołem, księdza namawiać do grzechu i po co? Po to tylko, aby poprawić statystyki? Aby utwierdzić suwerena w jego wyjątkowości? Aby kolejne @metoo znalazło uzasadnienie swojego istnienia? Aby w końcu bardzo inteligentny redaktor po raz kolejny zaafirmował własną karmę?

Alkoholizm jest oczywistym problemem, gdyż zakrzywia rzeczywistość i zamiast realu podstawia szkło (albo inne opakowanie). Ale równie oczywistym problemem (psychologia społeczna) jest udowodnienie wyjątkowości narodu wśród innych wskazując, że w nim jest najwięcej pijaków, bo nie o pijakach to świadczy, a o koszmarnym deficycie w duszy tego narodu. Zacznijmy zastanawiać się nad przyczyną i odpierdzielmy od objawów. Objawy, w mordkę jeża.  Skasujemy te, przyjdą inne.

Yuval Harari wskazuje kierunek opisując nadchodzący świat przyjemności, gdzie człowiek jako Homo Deus sam sobie Panem będzie. Tam będziemy zmierzać. W naszkicowanej utopii przeszkadza jednak rzeczywistość i deficyty. Na razie wydaje się, że zasypujemy je budując nie Homo Deus, a Homo Robot. Pozbawiony zupełnie kantów przedmiot, który podmiotem stawać się będzie wyłącznie w momencie konsumpcji tego, co rynek mu podsunie. Taki Homo Robot bez wad, zboczeń, wątpliwości, wykarmiony hormonami doskonałości i poza jakimkolwiek deficytem zadowoli marzycieli, tylko czy o to w życiu (tak jak je aktualnie pojmujemy) chodzi?

Co zaoferujemy w zamian? Szarmankę szarlatankę, pozytywkę w kółko wygrywającą ostrzeżenia, katarynkę przypominającą niedoskonałości po to, by w nas bóstwo obudzić? O Panie, w skromności ułomnego mojego etapu rozwoju uznaję wady moje i …holizmy za lepsze od Ziemi Obiecanej, gdzie Homo Robot będzie udawał Homo Deusa po to, by kilku cwaniaków skuteczniej zarabiało. Dlatego nie można zabrać człowiekowi alkoholu nie dając nic w zamian. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Diabelska grupa

Mariannie, otóż, nie pasuje, że niektórzy uprawiają marketing diabelski. Przygląda się temu winnemu światu i zauważa mnóstwo przedziwnych odchyłek rozsianych tu i ówdzie. Szuka wyjaśnień, próbuje zatem rozumieć, a więc myśli, czyli jest przedstawicielką pokolenia schyłkowego, odchodzącego, jako że nadpływają czasy emocji i grafiki kciuka na przeróżnych ekranach. A sprawa jest prosta i skomplikowana, jak wszystko, co nie tylko wina dotyczy. Najłatwiej, chyba, rozpoznać ją marketingiem, chociaż filozofia też może się przydać.

Jeśli uznamy wino za część światowego hipsterstwa, to zauważymy w tej grupie freaków (taka forpoczta dekadencji), którym znudziła się zwyczajna normalność. Podniet szukających na skrajach ciemnych lasów, a przyjemność czerpiących w tajnych zakątkach równie diabelskich zagajników. Świat ma odmian nieskończenie wiele i różne istnieją odchylenia, w marketingu jednak chodzi o dotarcie do klienta. Globalnie hipsterzy to ludkowie normalni. Sprzedać im można wino stosując normalne sztuczki. Więcej, zastosowanie chwytów poza normą raczej ludzi zrazi, w końcu normalna masa odchyłek się boi. Diabelstwo dotyczy tylko niektórych znudzonych freaków. Do nich dotarcie wymaga zastosowania technik paranormalnych i nie ma się tutaj czym podniecać. Jeden lubi pomidory, drugi jak mu onuce śmierdzą.

Teraz zaczyna się ekonomia albo taniec nad krawędzią. Co bardziej się opłaca: sprzedawać normalnym  miliony butelek stosując marże dla biedaków, czy też kilka flaszek freakom z marżą zapewniającą i nieróbstwo i przepych. W końcu można za pewnik uznać standardowy koszt wytworzenia flaszki wina w świecie nieprzekraczający 5 euro (my zwykle pijąc z Lidla zadowolić się musimy winem z kosztem produkcji do 2 euro). Jeśli znajdziemy w świecie freaka zdolnego zapłacić za czarnego pinota z Burgundii  200.000 dolarów, to pamiętać trzeba, że z maksymalnie dobrą wolą koszt wytwarzania takiego pinota nie jest większy niż 100 dolarów, biorąc pod uwagę wszystkie imponderabilia. Proszę zatem obliczyć marżę i z ręką na sercu stwierdzić, iż nie warto z diabelstwem paktować po to, by takie pieniądze zarobić. Diabelski marketing nie dotyczy jednak klientów normalnych, nikt bowiem normalny nie wyda milionów na flaszkę wina. Zaznaczam, że podane wartości są owocem mojej bardzo swobodnej interpretacji.

Są jeszcze inne implikacje. Ważniejsze, z wiarą połączone i filozofią. Sam jestem po stronie tych, co sądzą, że „nie wódź nas na pokuszenie” bardziej jest uzasadnione od nowszej wersji od Papy Francisco. W końcu, jeśli Pan wszechmocny jest i nieskończony, to gdzie w świecie miejsce na Jego przeciwieństwo? To jednak są sprawy, o których bez flaszki dyskutować nie wypada. Poza tym zawsze epoki kończyły się dekadencją i potem byli następni barbarzyńcy. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Winna grupa docelowa

Nadobna Marianna od pewnego czasu próbuje uwieść mnie i namawia, abym zajął odbiegającymi od normy zachowaniami w marketingu wina; chodzi o rynek przede wszystkim hiszpański. Szkopuł w tym, że nie jestem do końca przekonany, czy wiem, co to jest winna grupa docelowa nawet tutaj, w Polsce, a jeszcze, jeśli dodać do tego Powiatową, gubię się całkiem. W końcu w marketingu najważniejszym jest zrozumienie, do kogo chcemy dotrzeć. W zasadzie sam powinienem przeprowadzić analizę mojej grupy docelowej, bo w końcu dobrze jest wiedzieć,  komu potrzebne jest moje pisanie; intuicyjnie przeczuwam, że w jakimś stopniu pokrywa się to z rynkiem wina, ale co to jest rynek wina i czy w każdym kraju chodzi o to samo?

Z grubsza: informacji o winie poszukują w sieci zainteresowani winem. Banał. Patrząc na to masowo, kieruje ich do informacji przeglądarka. Wystarczyłoby zatem dobre pozycjonowanie. Trochę masło maślane, gdyż dobrze się pozycjonować znaczy ni mniej ni więcej dobrze zdefiniować grupę docelową. Należałoby zrozumieć, zatem, jaki ma zasięg rynek wina. Istniejące w sieci źródła wiele podają danych na temat grup docelowych poszczególnych marek, na temat opłacalności inwestowania w wino, czy whisky, nie znalazłem jednak rezultatów socjologicznych badań, być może dlatego, iż nie ma czegoś takiego jak globalna grupa docelowa wina, a każdy kraj dostarcza zupełnie innych danych. Jeżeli dodamy do tego jeszcze zainteresowania mieszane, na przykład wino i filozofia, sprawa się komplikuje, jako że zainteresowania wcale się nie dodają.

Przychodzi mi zatem do głowy przyjrzeć się karierom i postępowaniu ludzi zajętych winem w świecie, wiedząc jednak, że jest to przyglądanie ryzykowne i delikatne. No bo, jeśli weźmiemy francuskie enfant terrible marketingu winnego, dziarskiego 81-letniego staruszka Bernarda Magrez, to nie może on wcale być przykładem z podręcznika, bowiem większość francuskich właścicieli i wytwórców podchodzi doń z nieufnością, nie ma  — przecież — za sobą spadków i wiekowej tradycji, a do wszystkiego doszedł własną pracą (tam też do takich podchodzą jak do jeża). Możemy próbować zaczepić Roberta Parkera, ale to też szczególny gigant, w którym trudno znaleźć zwierciadło odbijające, czym jest faktycznie rynek wina. Gdyby odwiedzający mnie Szanowni Czytacze bardziej byli skłonni do wysiłku, zaprosiłbym ich do dyskusji na ten temat, niestety jednak jednego jestem pewien: tak leniwych czytaczy rzadko który bloger posiada.

To też, być może, wynika z niedopasowania do grupy docelowej. W Polsce trudno jedną nogą być w Powiatowej, a drugą wśród wielkomiejskich elit. Właśnie, jako że polski amator wina, ze względu na specyficzną historię nie jest zupełnie przedstawicielem powszechnego i powiatowego suwerena. Nasz suweren zgrzebny jest i wyrósł z plebejskiej tradycji, w której prym wiodą kasza i gorzałka, przy tym raczej siwucha, winem natomiast zalewała robaki lepiej uposażona szlachta, w większości zapatrzona na śródmorze. I to winem po wschodniemu słodkim jak ulepek do tortowych deserów, absolutnie obcym intelektualnym wygibasom sommeliera, któremu taniny podniebienie zamieniły w podeszwę. Dlatego w Powiatowej sławny byłbym, gdybym recenzował sauterny i słodkie kadarki  i podbijał bębenka tutejszym nowobogackim, natomiast Wielkie Miasta widzą we mnie niedopasowanego do ich wyobrażeń potworka. Jedni i drudzy nie znoszą filozofowania, jako że szkołę im to przypomina i każe myśleć, co wcale nie jest proste.

A przecież człowiek zmierza do przyjemności (patrz Youval Harari), zatem i wino ma z przyjemnością kojarzyć. Za Magrezem stwierdzając, że wino to „niebo, ziemia i człowiek”, zaś niebo utożsamiając z bóstwem i dedukując, że Homo Deus zastąpi kiedyś w ogóle człowieka, trójca Magreza stanie się w istocie dwumianem, tyle tylko, że wieszczę, iż ziemię w nim zastąpi przemysł. W Polsce natomiast przyjemność musi być słodka i już.

Przecież przyjemność pełna goryczy i tanin to prawie LGBT, czyli be, nie dla prostego człowieka, a więc winem ex definitione quoniam uidem multi conati sunt ordinare narrationem etc zachwycają się dwuznaczne wielkomiejskie elity. Komu w Powiatowej potrzebne jest wino? Zaiste, napój ten jest dla freaków, hipsterów i całego tego tałatajstwa, z którym postanowiliśmy powalczyć w nadziei, że świat wróci do czasów przed rozbiorami.

W Polsce więc winna grupa docelowa obejmuje przede wszystkim hipsterów, zwłaszcza hipsterów, a może wyłącznie hipsterów.

Nadobna Marianno, tacy zawsze byli w innej parafii. Nie ma co dziwić się, że do hipsterów dociera marketing hipsterskimi metodami. No bo jeśli przeczytamy taki, na przykład, pierwszej cudowności tekst – tutaj -, to natychmiast pytanie się nasuwa, czy mógłby napisać ten tekst przedstawiciel suwerena? Do tego jeszcze hipsterzy hiszpańscy o wiele bardziej są inni niźli nasi, bo naszych powstrzymuje chociażby wspomnienie miejsc, skąd przybyli i trzeba będzie kilku pokoleń (bez dronów i ich strącania), aby o przodkach swoich zapomnieli (mimo że u pewnego prezesa wystarczyły dwa pokolenia, aby stał się prawie szlacheckim katolikiem). Zauważam jednak przy tym, że Wielkie Miasta nasze podbijają wszystko po kraju granice (nie ośmielę się zauważyć, że warszawskie rejestracje budują rezydencje nawet pod Grajewem), co zwiastuje rychły koniec suwerena i gremialne przejście Powiatowej na hipsterkę, a w ten to sposób zatrzymamy landyzację i rozbicie dzielnicowe, ryzykując w zamian sytuację, kiedy to Powiatowa stanie się armią pracy półniewolniczej utrzymującą Stolicę.

No, chyba że suweren nasz na tyle silny w sobie i dla siebie będzie, że Stolicę zupełnie w Powiatową wessie. Ale tak daleko wyobraźnia moja nie sięga. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Przypadłości recenzujących wypite butelki

Planowałem dzisiaj napisać o konkretnej flaszce, ale pewne aktualne recenzje odnalezione w sieci spowodowały, że wracam z uporem maniaka do Etyki. Czyli do uczciwości. Czyli do przyzwoitości. Czyli do pokory.

Dwa są, moim zdaniem, grzechy główne większości blogerujących recenzentów. Pierwszy, który staje się postawą i jakimś tam szpanem to brak staranności. Bloger niestaranny, wrzucający aby zbyć, co tylko mu język i niekiedy myśl przyniosą, kraszący tekst literówkami udowadnia, że pisze tak, jak żyje. Bez sensu, bez planu, okrakiem na przypadku. W końcu w epoce korektorów tekstu publikowanie tekstu z literówkami absolutnie i bezsprzecznie wynika z ogromnie przekonującej filozofii, z jakiegoś absolutu, no bo inaczej tego nie potrafię interpretować. Przestaję czepiać się różnistych makaronizmów, anglicyzmów, izmów, bo takie czasy są to i już nic na to nie poradzę. Moim zdaniem wynikają one z nieporadności stylistycznej, no i z niestaranności. O wulgaryzmach nie wspominam, chociaż z umiarem i dobrze użyte są mile widziane. Ten grzech, a raczej przypadłość można naprawić. Gorzej z drugim.

Drugi to grzech ciężki i wymagający spowiedzi do rozgrzeszenia. Chodzi o pychę, a więc brak pokory. Grzeszymy nią wszyscy, począwszy od Parkera, chociaż parkerowskie zasługi w pewnym stopniu rozgrzeszają. Czytam, otóż, recenzję, w której autor wypowiada się o jednej wypitej flaszce wina tak, jakby wlał w siebie wszystko, co pod tą marką powstało. Stawia ocenę i feruje wyrok. Wykracza, tym samym, poza chwalebną rolę pedagoga i staje się katem, a może bogiem, koronując lub strącając do lochu. Flaszka nie smakowała, płaska była i za mało kwaśna, więc powiada o wszystkich flaszkach noszących tę nazwę: „do dupy„. Gdzie tu pokora i umiar? Rozumiem, gdyby dotyczyło to jakiegoś czarnego pinota od Romanée Conti, ale w przypadku niedrogiego wina z sieci? Przecież wiem, iż recenzent uświadamia sobie, że z cudem graniczy utrzymanie poziomu we wszystkich butelkach wszystkich marketów Europy. Czytelnik po przeczytaniu recenzji od takiego autorytetu będzie omijać szerokim łukiem zrecenzowane flaszki. W końcu napisał o nich znany bloger.

Piszmy zatem: ta butelka mi nie pasi i wysilmy się na zakup następnej, wypijmy ją w innym nastroju i może nam się optyka zmieni. Nie wmawiajmy ludzkości, że wiedza nasza i sprawiedliwy osąd to wzorce z Sèvres. Życie wymaga dystansu i wyrozumiałości, bo oceniając cudzą pracę wkraczamy na tereny grząskie.  Pokornie, więc, prosząc o wybaczenie, żem zajął czas Szan-Państwu cenny, wracam do wiele ciekawszych zajęć. Ogórki trzeba przed ślimakami obronić i chrabąszcze tępić i to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Blogerski goły tyłek i recenzowanie

Dożyłem czasów, kiedy na każde pierdnięcie musi być ustawa. Prawodawcy mnożą przepisy, w których sami gubią się, zapominając, że Prawo zostało zawarte w Dekalogu, a obdarzony wolną wolą człowiek sądzony będzie indywidualnie za każdy postępek. Strasznie górnolotnie zaczynam. Prawie jak Koala (przy okazji, uśmiercając Koalę uświadomiłem sobie, że kasuję markę, którą przez kilka lat pieczołowicie pozycjonowałem i że skończy się to tąpnięciem w odwiedzinach na stronie, no ale parę lat mi jeszcze pozostało, więc wypozycjonuję się na nowo). Kiedy zaczynam dywagować o wolnej woli, niektórzy moi przyjaciele o duszach talibów zżymają się, bo wszędzie wietrzą liberalizm, a z liberałami nie wolno dyskutować, trzeba ich wszystkich, jak karaluchy, wytłuc. Nie ma na świecie miejsca dla innych opinii. Po kiego, zatem, groma wolna wola, którą nas Pan obdarzył? Po co wolność? Swoboda wyboru?

Powoli w głowie mojej docieram do gołego tyłka. Tworząc tak w nieskończoność niezliczone ustawy społeczny prawodawca ślepy jest na fakt, że postępowaniem każdego rządzi nie Prawo, a Etyka, ona jest bowiem instancją wolnego wyboru. Bloger pisząc swoje recenzje umocowany jest etycznie w wolnym wyborze, o ile faktycznie należy wyłącznie do siebie. Z gołym tyłkiem, natomiast, należy przede wszystkim do tego, który blogera karmi. Opinie blogera, w takim przypadku, zależą nie od jego intelektu, a od interesu sponsora. Goły tyłek skreśla wolny wybór. Wniosek z tego jest jeden. Prawo do wolnych opinii mają tylko ci, których na to stać.

Wynika z tego ogromna odpowiedzialność. 20 procent najlepiej uposażonych członków społeczeństwa posiada obowiązek etyczny wobec siebie i wobec reszty świata. Czymże jednak jest taki obowiązek? Skąd bierze się Etyka, o której tutaj po omacku dywaguję udając Koalę? Zawiera się ona w przykazaniach Dekalogu i wcale do niej nie są potrzebne rozliczne ustawy, a streścić ją można w jednym, najważniejszym przykazaniu o wzajemnej zależności: „nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe„.  Takie to poranne omamy nachodzą wspominając Koalę i okres bohaterski. Przy okazji dochodzi do tego świadomość, iż goły tyłek łatwiej obić, a odpowiedzialność nie spada nigdy na faktycznie winnego. Bloger, zatem, winien najpierw stać się bogatym, co go uniezależni, a dopiero potem wypowiadać opinie na temat tego, co dobre albo smaczne. Inaczej każde słowo blogera czytelnik odszuka w intencjach sponsorów, a pisanie straci jakikolwiek sens. Co by było na tyle. Na tyłek.

Opublikowano Dodaj komentarz

Pisanie o winach i rzeczywiste doświadczenie blogera

Będzie o sprawach tak oczywistych, że aż płasko banalnych. Niestety dotarły te pytania do mnie bardzo późno, gdybym nad nimi zastanawiał się wcześniej, może uniknąłbym wielu zawodów, a nawet sieciowo-blogerskiej samotności. Lepiej późno niż wcale i przemiana, jaką aktualnie przechodzę, wyjdzie na zdrowie (o ile nie brzmi makabrycznie zdrowie u staruszka).

Wiele razy powtarzałem, nawet tutaj, że prowadzenie bloga to przede wszystkim kronikarstwo, a więc pisanie, czyli literatura. Dla niektórych literatura jest fikcją i podlega wygibasom wyobraźni autorów, a wypada zgodzić się z takim podejściem w przypadku jej pewnych rodzajów, chociażby przy science-fiction. Blogowanie jednak nie jest żadnym science-fiction, jak już powiedziałem, bliżej mu do kronikarstwa, dlatego też nie ma wiele wspólnego z wyobraźnią, a wszystko z doświadczeniem. Bez doświadczenia w określonej dziedzinie nie ma co brać się za pisanie o niej, sama bowiem wyobraźnia nie stanie się wyraźnym zwierciadłem.

Do takiego wniosku doszedłszy wypada mi się puknąć w łeb pusty, paść przed światem na kolana i pychę własną wyznać prosząc o wybaczenie. Otóż wydało mi się kiedyś, kilka lat temu, że mając pewne zdolności oraz umiejętność przebywania w sieci, uda mi się stać kimś, kim nigdy przedtem nie byłem, opierając na tak trudnej dziedzinie, jaką jest wiedza o winie i związane z nią recenzowanie poszczególnych flaszek. Przez cały ten czas wymagało to koszmarnej ekwilibrystyki i ciągłego poszukiwania niszy, która – przecież – nie istnieje, bo istnieć nie może dla kogoś, kto nie ma w winach żadnego doświadczenia (a prosta gra słów między „wina” i „wino” wcale tutaj nie wystarcza).

Nie biczuję się wcale publicznie po to, aby mieć z tego jakiś zysk, czy czerpać zboczoną przyjemność. Pokazując innym blogerom własne przypadłości chciałbym ich przestrzec przed pychą i namówić do uczestniczenia we wszystkich ewentach związanych z winem, jako że tylko w ten sposób rozszerzą doświadczenie po to, by ustrzec przed pisaniem o niczym lub przed wymyślaniem teorii bez pokrycia.  W moim przypadku jest grubo za późno, wiek stał się obiektywnym ograniczeniem, dlatego pozostanę przy ślizganiu się gdzieś na obrzeżach, młodszych jednak napominam, aby nie zamykali się w pogardliwej dla świata nieobecności.

Doświadczenie jest najważniejsze. Dodana do niego dezynwoltura i literacki talent to przesłanki do popularności, a o to blogerom (nie tylko winnym) przede wszystkim chodzi. Doświadczenie zaś w tej branży łączy się z zasobnością, no bo skąd na wino brać pieniądze zaniedbując całą resztę. Tego świadom zastanawiam się nad rzeczywistością, w której o winach piszą tak liczne osoby o gołych tyłkach.  Czyżbyśmy wszyscy żyli na cudzym utrzymaniu? I to by było na tyle.