Opublikowano Dodaj komentarz

Varsovino i etykiety

Miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w tegorocznej edycji Varsovino w radosnej Stolicy (a uczestniczenie zakończyłem sukcesem, bo znalazłem bez trudu drogę na A2 z lotniska i bez przeszkód wróciłem na moją wieś) i na gorąco zapisuję kilka przemyśleń. Bardziej one mnie dotyczą niż hiszpańskiego wina, ale o winie z Hiszpanii z pewnością będzie tutaj więcej. Jako że są te przemyślenia bardzo osobiste, pozostawię je dla siebie, jedno jednak spostrzeżenie może przydać się innym, bo chyba każdego dotyczy. Spacerując sobie i gaworząc przy stoiskach wywnioskowałem, że jestem zauważany tak, jak sam siebie w początkach mojego blogierstwa zdefiniowałem, czyli jako spec od win dla pospólstwa dostępnych w supermarketach. Od takich win już dawno odszedłem, piszę chyba inaczej, opinia jednak nadal pokutuje i trudno będzie ją zmienić.

To samo dotyczy innych. Pewnego znanego publicystę, znakomitego win znawcę i wykładnię trendów postrzega się wyłącznie jako skandalistę, autora dżemowatości i gałązkowatości na błotnistym gruncie i w ogóle nie bierze pod uwagę jego niezaprzeczalnych zasług i wiedzy, chociaż stara się chłopak, jak może w poważnym widzie traktować swoje pisanie i osobę. Natomiast wspaniałą tłumaczkę, pisarkę i felietonistkę mało kto rozpatruje w otoczeniu stworzonych przez nią tekstów, zaś większość mierzy ją wzrokiem zupełnie inną miarą, bardziej z estetyki seksu niż literaturoznawstwa. Stąd wskazówka (jeśli ktokolwiek na takie wskazówki zwraca uwagę): uważajmy na to, jak sami siebie definiujemy, gdyż pozycjonowanie pozostaje i trudno jest w plotkarskim świecie w prawdziwy sposób funkcjonować.

A maraton win zaserwowany przez Dawida Seijasa to rzeczywiście było coś, nawet jeżeli zakończył się potężną (moim zdaniem) bańką mydlaną. Wśród degustowanych win z pewnością kilka zasługuje na bliższą znajomość, mnie bardziej zajęła obserwacja mimiki zebranych na sali, chociaż kilka rzeczy zrozumiałem (lub tylko tak mi się wydaje). W każdym razie cieszę się bardzo, że wyjechałem ze wsi mojej i na chwilę usłyszałem, co w hiszpańskiej trawie popiskuje, ciągle jednak drąży mózg kornik powtarzający, że wszystko za późno. I to było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Zatruty kpiną

Sądzę, że brak nam wszystkim dystansu. Z drugiej strony taki dystans nabywa się z wiekiem, czyli trudno wymagać od młodych, aby nad pewnymi rzeczami zastanowili się i z daleka ocenili. Często tutaj zwracam uwagę na nowy typ percepcji kształtujący się współcześnie, w którym tradycyjna logika zastępowana jest logiką emocjonalną, a język ikonami, obrazami, czy gestami. Czy w nowej percepcji jest miejsce na ironię, kpinę, wyzłośliwianie się i strojenie min? Może i jest, ale chyba stosując inne techniki, tych zaś ja nie znam, jako wychowany wedle tradycyjnej szkoły.

Stąd prośba do moich Czytaczy. Więcej dystansu, zróbcie czasami głęboki oddech, policzcie do dziesięciu, przejrzyjcie się w przeczytanym zdaniu i spróbujcie zauważyć uśmiech, kpinę, podpuchę. Coraz częściej podpuszczam po to, aby uzyskać jakąkolwiek reakcję. Trudno jest pisać dla tłumu niemych. Zapytają niektórzy: czy takie pisanie jest konieczne, czy świat łaknie tekstów moich jak kania dżdżu? Ba, tego nie wiem, wiem jednak, że nawet sam siebie nie traktuję poważnie. Czyż w takim razie powinienem poważnie traktować otoczenie, albo wino, albo pijaczy?

Kpina jest samoobroną. Nie napiszę tutaj przed czym. Uważni Czytacze sami się domyślą, zaś z nieuważnymi pal w łeb, kto nie kiep. Tabliczki mnożenia, prawda zewnętrzna tak prawdziwa, bo namacalna, ikony wyrosłe z emocji, wszystko to należy do kolejnej konwencji, konwencja natomiast służyć ma nie sobie, a życiu. I tak sobie kpiąc zakochany w życiu bronię się przed nicością paciorkami słów, które w moim przypadku stanowią różaniec, bom okrutnie wierzący. I to by było na tyle.

 

Opublikowano 2 komentarze

O cenach win w Polsce kijem w mrowisko

Ostatnio w komentarzu (na szczęście jeszcze są tacy, którzy mnie czytają i komentują) Pan Jacek zarzucił mi brak znajomości tabliczki mnożenia, bo porównując włoskie 6,00 euro stwierdziłem, że jest to tyle samo, co w Polsce 45 PLN (albo jakieś takie zbliżone wartości). Na pierwszy rzut oka (jakże łatwo wtedy stracić wzrok) miał rację, nigdy nie przywiązywałem wagi (proszę wyobrazić sobie teraz tego, który przywiązuje sobie do szyi wagę) do liczb i życie przepłynąłem, jakby wartości wcale nie było. W nosie miałem policzalne i niepoliczalne, pozostawiając te kategorie gramatyce. Otóż jednak i natomiast, aczkolwiek i tymczasem sprawa nie jest taka prosta. Bywa tak, że 5 euro za granicą to 60 PLN w Polsce, co można publicystycznie uznać za niewiele, czyli tanio.

Taki jest między nami obyczaj, iż lamentować lubimy, a nawet mistrzami świata staliśmy się w labidzeniu, co ja interpretuję jako kolejną technikę hipokryzji, albo od bogatszego świata wyłudzania dóbr należnych, bo pawiem jesteśmy, lub tylko papugą. Jedziemy na Sycylię, kupujemy flaszkę i pod cytrynowcem obalamy ją zachwyceni taniością i jakością, po czym wracamy do kraju i tę flaszkę zauważywszy w lokalnym sklepie z przerażeniem konstatujemy, że ktoś wrzucił 200% marży. Otóż w Polsce pazerność też ma swoje uzasadnienie, chociażby dlatego, że woda u nas ciągle jest tańsza niż wino (Stwórca tak klimat poustawiał), ale podatki i różniste daniny wynikłe z bardzo specyficznej polityki społecznej są u nas niezwykle wysokie, na co też w innym kontekście nieustannie narzekamy. Poza tym w taniości na Sycylii nie bierzemy wcale pod uwagę kosztów naszego tam wyjazdu i gdybyśmy faktycznie policzyli i dojazd i ceny zakwaterowania, i wiele innych koniecznych dodatków, to nagle ta polska wygórowana marża zmniejszyłaby się do 100% (co i tak jest w naszym przekonaniu za dużo). Kiedy kupuję we Włoszech flaszkę i jestem tam fizycznie, to mój koszt obecności muszę dorzucić do ceny flaszki, jeśli potem jej cenę zechcę porównywać do ceny w miejscu oddalonym od zakupu o jakieś dwa tysiące kilometrów.

Poza tym czas wreszcie zacząć przyglądać się tutejszej kapitalistycznej pazerności i znajdować jej racjonalne przyczyny, bo skądś się ona bierze. Trzeba także zadać sobie pytanie, czy wolno jest nam patrzeć na prawdziwe wino powstałe bez przemysłu i poza dystrybucją w wielkich sieciach jak na codzienny napój kupowany w supermarkecie za rogiem. Otóż udajemy się do butiku i chcemy w nim kupić kieckę za pieniądze wydane na rynku w Grajewie. To tak nie działa. Na szeroko pojmowanym Zachodzie stać jest handlowców na 10-procentowe marże, bo nikt im co pięć lat nie wywraca do góry nogami gospodarki, a zasady prowadzenia handlu są niekiedy takie same, jak sto lat temu. U nas nowobogacki kapitalista chce jak najwięcej zarobić i jak najszybciej, bo boi się, że za pięć minut mu wszystko zabiorą. Zresztą, jeśli dobrze poszukamy w sieci, to okaże się, że wspaniałość z Sycylii można znaleźć i w Polsce z marżą 40%, czyli po faktycznych kosztach wakacji spędzonych gdzieś tam pod wulkanem. A tabliczka mnożenia inne podaje wartości w handlu, a inne u blogera, któremu zależy na wywołaniu reakcji. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Bałaganu ciąg dalszy i uwagi o zawartości flaszki

Uporczywe wysiłki obiecują stopniową poprawę. Za mną cały dzień usuwania fragmentów w plikach konfiguracyjnych po to, aby przeglądarki nie czuły się oszukane i otwierały dokładnie to,  co powinno być otwarte (albo otworzone, jak kto woli). Tymczasem wokół dzieje się coraz więcej, zaś o tym, co w szerokiej ofercie dla słabo uposażonych prezentują nam winni wytwarzacze coraz częściej pojawiają się głosy niezakłamane, jako że zasługujemy na prawdę, manipulację natomiast trzeba pozostawić rozwydrzonym do imentu politykom. W ogóle dobrze byłoby wszystkim im pokazać to, co pokazał Pan Olbrychski, niestety nic to nie da, jako że oni i tak robić będą swoje.

Tutaj możne przeczytać o tym, co można znaleźć współcześnie (a podejrzewam, że zawsze tak było, tylko oszustwa nie były wyrachowane, zgodnie z duchem czasu) we flaszkach dla biedoty i dla spragnionych płynu i sławy blogerów. W takim kontekście prześmieszne jest wyszukiwanie tak zwanych okazji i ogłaszanie światu, że za rogiem można cymes kupić za całe złotych 12. Taki cymes, w którym nawet woda została sztucznie spreparowana. Homo Deus udowodnił, że potrafi podrobić wszystko, pora przyszła, aby co mądrzejsi wyjawiać zaczęli masom prawdę o wyższości Świąt Wielkiej Nocy. Co prawda dylemat jest okrutny, bo każda ucieczka prowadzi do zagłady i konserwatywne próby zatrzymania rozpędzonej ludzkości są tak samo nierealne, jak możliwość postępu w sposób zupełnie niezmieniony. Dość jednak płaczu. Daremne żale. Bidoki przecież muszą mieć co wypić i w głębokim poważaniu mają proroctwa Harariego, czy postękiwania Szadkowskiego, albo gorzkie żale Hołowni.

Dlatego pozostaje zarabiać jak najwięcej i przepijać zarobione grosze wydając na prawdziwe napoje, robione jak Pan Bóg przykazał bez przemysłowej ingerencji. Oczywiście, za tym idzie plucie na człowieka i nazywanie go ochlapusem, winopijem, gorzałopijcą, szkodnikiem alkoholowym, menelem, cipą rozpuszczoną w sikaczu, małpą z flaszką w zadku, w ogóle wszystkim, co najgorsze. Przypomnieć więc wypada, że procent umarłych pośród pozbawionych nałogu jest równie wysoki, co wśród nałogowców, a Pan Bóg dając nam życie wcale nie obiecywał, że będzie łatwo. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Przedjesienne porządki

Powodują najpierw bałagan. Z tego powodu mam w plecy 30 godzin, bo zdecydowałem, że muszę dokonać migracji z serwera na serwer. Wszystko niby w porządku, ale problemy zawsze są. Jak u Murphy’ego, jeśli wszystko ma być dobrze, to zawsze coś złego się wydarzy. Dlatego przepraszam Drogich Gości za usterki wszelakie. Mam nadzieję, że nie przestraszą, w końcu przed nami wszystkimi świetlana przyszłość, jak powiada pewien ukochany Prezes.

Najbardziej ucierpiała nowa subdomena, czyli moja część włoska. Okazuje się, że certyfikat ssl nie taki i przeglądarkom się to nie podoba. Jak nie urok, to czkawka. Zmienić trzeba certyfikat i powinno być dobrze. Lepsze jest jednak faktycznie wrogiem dobrego. Niestety nie wszyscy politycy o tym chcą pamiętać. Mam nadzieję, że do końca tygodnia uporam się ze wszystkimi przypadłościami i reszta do samego końca będzie działała jak w zegarku.

Tymczasem grożą mi tutaj deszczem, a staw wysechł i trawa przed domem przypomina pustynię. Z drugiej strony nie muszę kosić. Coś za coś. Ciepło przy tym ciągle jak latem. Byleby można powrócić do młodości! W lesie pojawiły się zdrowe prawdziwki, przede mną cała bateria Montepulciano d’Abruzzo (jest tam i Cantina Tolle, są Illuminati). Do tego Di Majo Norante z dwiema flaszkami. Będzie o czym pisać. Byleby młodość wróciła! I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Algorytmy winnego umysłu we własny ogon zakręcone

Coraz bliżej jesteśmy wniosku, że nie świat materialny jest istotny, rzeczywiście i namacalnie, lecz to, co człowiek sam wymyślił, jako że trwalsze jest od kamienia, a wydaje się, że kamieniami ludzkość przestała przejmować się uwierzywszy, iż liczy się tylko streszczenie w logosie, lub algorytm, jak kto woli. Stąd podejrzewam, że kiedy oszalała z ludzkiego nadużycia przyroda rozleci się na plastikowe kawałki, niewielka grupa ludzi, takich co to ich będzie na to stać, a oni już  się do tego rychtują, odleci w przestrzeń sterowaną algorytmami,  otoczona wymyślonymi strukturami jak ochronnym murem. Czy tam będzie jeszcze wino? Nie wiem, chyba nie, bo winogrona są materialne, potrzebują wody i trudno je uprawiać pośród fenomenów intelektu. Na razie jednak istnieją i mam to szczęście, że naturalnego końca świata nie zdążę  doczekać, więc cieszę się wymyślając ciągle to nowe sposoby zabijania czasu.

Odszedłem od marketowej miełoczy, w końcu tak elitarny napój, jakim jest wino, nie ma szans zejść pod strzechy, jeżeli faktycznie o winie myślimy. Nie ma taniego wina, a to, że jeszcze nie znaleziono nowej nazwy dla tak nazywanego napoju sprzedawanego na każdym rogu i z przyzwyczajenia upodobniającego się do wina powstającego dla nielicznych? Kiedyś, kiedy masy nauczą się myśleć (to wersja optymistyczna), być może zrozumieją, że markizami wszyscy być nie mogą i że cenniejszy dla ludzkości jest jeden markiz De Sade niż miliony ludzików pozbawionych osobowości. Natomiast dla tych nielicznych, aspirujących do lepszego świata i szanujących słowo, związki przyczynowo skutkowe, w ogóle logikę, a więc wiedzę i myślenie ciągle warto jest pisać, bo póki jeden taki w ogłupiałych masach pozostaje, póty jest nadzieja. A z nadzieją uwielbienie, czyli euforia, zatem wino, z którego radość, że żyję, wypływa (napełniając umysł i rozgrzewając ciało).

Przestaję, oczywiście, skarżyć się na coś, że kosztuje za dużo. Tyle ma kosztować i już, bo cena wynika z faktycznych możliwości wytwórcy. Gdyby tenże swój wysiłek zechciał na lichwę zamienić, natychmiast musiałby zaspokoić popyt wielu klientów, czyli z tego, co ma, musiałby zwiększyć sprzedawaną ilość, a zatem zepsuć wyjątkowość. Ta zaś zawarła się w ulotności chwili, w smaku, który nigdy taki sam nie bywa, bo w końcu na tym polega życie, jak więc można chcieć je kupić za czterdzieści groszy w pobliżu śmietnika? Masom nikt nie zabrania zejść z kanapy i ad astra poszybować, nie trzeba im jednak wmawiać, że szczęście oraz Pomerol za 500 złotych im się należy. Gówno im się należy, bo nic nie należy się nikomu, jeżeli nie stać na wysiłek i uruchomienie wyobraźni przy próbie zatrzymania uciekających godzin. I to by było tyle.