Opublikowano 2 komentarze

Ekologia, wino, nawiedzeni tradycjonaliści

Ogłupiona do reszty pogoda popycha ku ekologii. Z drugiej strony też czuję się ogłupiony. Tym razem przez nawiedzonych tradycjonalistów występujących w sojuszu z dawnym czerwonym maksymalizmem (a tak widzę Parpę), który rządził nami przez pół wieku. Wtedy za pysk nas trzymali nie hedoniści, czy też sybaryci, lecz raczej asceci, marzący o tym, by społeczeństwo składało się z posłusznych i do tego świętych robotów. Do tego trzeźwych, w mordkę jeża. Otóż nawiedzonym tradycjonalistom zamarzyło się nas zapędzić do świątyni Pana, gdzie wszyscy trzeźwi jak sam Prezes Brzóska będziemy oglądać kielichy z winem wznoszone w ofierze. Otóż rytuał tak, samo zaś wino nie, nie wspominając gorzały. Jako że nasi nawiedzeni tradycjonaliści nie grzeszą nadmiarem intelektu (co powoduje, że wiara nasza siermiężną jest i pełną wąsów po omłotach), nie będziemy wśród nich poszukiwać cienia myśli, za którym przemyka zdrowy rozsądek.

Wyobrażam sobie, że i oni czują, że coś z tym światem jest nie tak. Oni też czują wiosnę w styczniu, zauważają coraz wyższe fale i erozję plaż, nie umyka im płacz płonących koali. Czując to i w siermiężności swojej troszcząc się o nagle znikający świat, zatem o nas, dochodzą do takich samych wniosków, co zawsze. Ratunek jest w gestykulacji. Rytuał staje się dla nich wiarą,  a więc gesty i szamańskie zaklęcia uratują, w ich mniemaniu, nas wszystkich, jeżeli staniemy się wszyscy trzeźwymi aniołami (choć stając się aniołami utracimy nagle płeć, co można przeczuć, chociażby,  przyglądając się innej gestykulacji i rytualnym zaklęciom, tym razem w środowisku mituistów). W końcu nawiedzeni tradycjonaliści są wszędzie tacy sami, czy wśród talibanu, czy w kręgach Hollywood wśród wrogów Weinsteina, czy też w Parpie i w walczących z alkoholem (bo nie z alkoholizmem) katolikach. W obliczu katastrofy stać ich tylko na gesty, a wiara ich pozbawioną treści będąc zatrzymała się na formie. Stąd z objawami zawsze walczą, w spokoju pozostawiając przyczyny.

A przyczyną jest źle postawione życie. Samotność w tłumie, brak perspektyw, brak siły w wyścigu szczurów, albo zazdrość wobec tych, którym w takim wyścigu się udało. Nieumiejętność kochania i przekazania innym miłości, pustka egzystencjalna, ból takiż, a więc wszystko to, co dotychczas Objawienie uznawało za doskonały wytwór Boga. Nawiedzony tradycjonalista przeczuwa coś na rzeczy, boi się jednak przyznać, że coś w Stworzeniu Pańskim nie do końca się udało. Tymczasem ludzie żyją mimo to, zawieszeni w absurdzie narkotyzują się przedmiotami, lub szukają używek, aby sztucznie stworzyć euforię i akceptację. Nawiedzony tradycjonalista chce im odebrać przyjemność zapełniającą pustkę i dać w zamian rytuał, od którego wszyscy tak bardzo pragniemy uciec.

Nawiedzony tradycjonalista, zupełnie jak komunista, czy inny mituista, chciałby obedrzeć człowieka z człowieczeństwa i naturalnych instynktów, zbudować nowy typ cyborga (podobnego do gostków obok młodego ministra), wmawiając, że nadal pozostaje człowiekiem i jako taki zasłużył sobie na zbawienie. Tutaj, zaś, zamotałem się w sprzecznościach, pęka bowiem do reszty moja wytrzymałość w morzu doraźnej głupoty. Cofam się zatem w eukaliptusy (dwa jeszcze pozostały), na puszczy drzew pozbawionej wołając i to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Moralne dobro narodu i pulp fiction

Będzie krótko i węzłowato. Kiedym za młodu obserwował narodową frakcję polskich komunistów, która ręka w rękę z ówczesnym Paxem leczyła krajowe nieszczęścia goniąc gudłajów za morza szerokie, w najbardziej wyrafinowanej historycznej wyobraźni nie miałbym odwagi przypuszczać nawet, że jakieś pięćdziesiąt lat później frakcja ta obudzi się w najczulszym miejscu polskiej duszy, czyli wśród katolickiej elity, aktualnie miłosiernie nam panującej. Nie mam zamiaru rozważać implikacji politycznych współczesnych dylematów, niech się nimi zajmuje towarzysz Olszowski gdzieś tam w Nowym Jorku i jego przyjaciół garstka gdzieś tam na Nowogródzkiej. Mnie tutaj zajmuje wino, bo ono sił dodaje w czasach frustracji zgniłej.

Myślałem, że Parpa to wszystko, co złego może człowieka takiego jak ja spotkać. Okazuje się jednak, że nie i odsyłam zainteresowanych tutaj, albo bezpośrednio tutaj. Szkoda słów, ozór strzępiony w kółko boli, osoby inteligentne same sobie wyrobią zdanie, ja przyznam, że mam już dosyć. Ten świat mnie przerasta i nie sądzę, bym chciał się doń dostosować. W całym tym towarzystwie wolę konesera win wszelakich i gorzałek słodkich w postaci pewnego przemiłego proboszcza, któremu współczuję, bo kiedyś się dowie, że jest wrzodem na tyłku zdrowego trzonu narodu. Nie zadam pytania, które samo się ciśnie: gdzie znajdziemy miejsce dla pewnego znanego z Gdańska i Podlasia biskupa, też znawcy okowitej? A co z kielichem, który  co niedziela wznoszą? Wiem, że to demagogia, lecz czym można na demagogię odpowiadać, jak nie demagogią?

Ciężkie nadchodzą czasy. Niektórzy z kilofami przyjdą robić porządek, inni ustawy zmienią i każą w kolejkach stawać do trzynastej. Ktoś oczywiście na tym zarobi. Starych sędziów uwolnione miejsca zajmą młodzi pyskacze z pokolenia cyborgów o złotych kciukach, które niekiedy im się z ustami mylą, a wyspecjalizowane gorzelnie znikną na korzyść w lasach pędzonej barbeluchy, a i babki odrodzone dołożą nowy zarobek do pięciuset plus i w ten sposób uzdrowiony naród wkroczy wreszcie w dwudziesty pierwszy wiek. Dobrze jednak, że mnie już przy tym nie będzie. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Ziemia jest tylko jedna – Zeno Zignoli


Nie jestem największym amatorem win z Valpolicelli, chociaż trafia mi się niekiedy nawet niezłe, nie chodzi jednak tutaj o Valpolicellę. W peregrynacjach sieciowych, a nie ukrywam, że pod wpływem całego tego bałaganu, jaki nas coraz częściej dotyka, szukam kamienia filozoficznego, uniwersalnej odpowiedzi, która pozwoliłaby mi odejść w spokoju, bez obawy o los wnuków.

Coraz to trudniejsze, jako że zderzam się z nieszczęściem dotykającym całą współczesność, a mianowicie z niekontrolowaną ekspansją cywilizacji kciuka i niepohamowaną konsumpcją, z powodu której trawa staje się coraz mniej zielona, a smak wina bardziej taki chemiczny, przemysłowy, no bo w końcu zaspokoić trzeba już nie tysiące, a miliardy spragnionych. Do tego te miliardy, będąc produktem rewolty mas, skłaniają się ku kanapie i nie chce się im ambitnie szukać wyrafinowanych smaków, sięgając najbliżej i najtaniej i gdzieś mając, czy chemia jest to, czy też zabarwiona sokiem woda.

W takim to nastroju trafiłem na flaszkę Monte dei Ragni i zdziwiła mnie jej cena, bo 50 euro za flaszkę wydaje się być kwotą wygórowaną. Próbując zrozumieć, zatrzymałem się przy wspaniałym akcencie chłopa spod Werony, którego spokojnie wysłuchałem i który mnie do kamienia filozoficznego przybliżył. Mówią o nim, że filozof bardziej on, niż rolnik, wolę stosować tutaj etykietę „chłop”, gdyż nie tylko rolę on uprawia. Jak sam mówi, szkół kiedy trzeba było, nie skończył, bo w domu było ich kilkoro i na naukę pieniędzy nie starczyło, a dzięki temu uczył się ziemi, praktycznie dochodząc do niej powoli i bez pazernej chęci wydarcia z niej jak najwięcej. Teraz kończy jakieś szkoły i gospodarzy na 8 hektarach, z czego na 2 hektarach uprawia winorośl. Na pytanie dlaczego nie robi tego na całej powierzchni, odpowiada, że monokultura jest dla ziemi zabójstwem, a ziemię mamy tylko jedną i tak trzeba ją traktować, aby zadowoloną będąc miała ciągle nowe siły. Takie nowe siły odzyskuje przy wielu uprawach, przemieszanych ze sobą i jeśli jej się nie wykorzystuje do przemysłowej produkcji. Stąd i cena wina, bo wszystko ma swoją cenę i nie robi się wina po to, aby cały świat nim zalać i wieczność zadziwić.

Wcale nie prosty, lecz bardzo skromny człowiek, a o winach jego powoli zaczyna rozmawiać świat. On zaś wie, że po to, by ów świat przetrwał, trzeba zrezygnować z pazerności, odejść od przemysłu i zrozumieć każdy swoje w nim miejsce, bez niepotrzebnych ansów i ambicji bez sensu. W tym co mówi, jest świadomość, że trzeba po prostu pracować i robić to w zgodzie z otoczeniem, pracując zaś tworzyć i tylko z tego, co w najbliższym zasięgu, bez przemysłowego blichtru.

Trudno to lansować w tutejszym środowisku Grażyn i Januszów, przez wieki głodzonych, więc i teraz nieustannie głodnych w pogoni za gadżetami i za kasą, kasą, kasą, jeszcze raz kasą. Widać trzeba przejść określone szczeble rozwoju, aby ze słomy w butach wyrosły kwiaty wonne i zakiełkowało nasienie nadziei. Zapraszam więc tych, co mogą zrozumieć, do spokojnego wysłuchania, co Zeno Zignoli ma do powiedzenia. I to by było na tyle.