Opublikowano Dodaj komentarz

Piemont, Decanter i zdziwienie Włochów

Skąd ten Piemont i Decanter? Co ma do tego zdziwienie Włochów? Oczywiście winnych recenzentów. Otóż Angole spłodzili wybitnie bezpretensjonalny tekst, taki z gatunku pisać, aby pisać i rozdrażnili czułych do białości Włochów. Ja bym się tak nie oburzał. Nie wolno zapominać, że i do Decantera dotarło pokolenie kciuka i nie należy spodziewać się tutaj żadnych cudów. Oni przestali być odpowiedzialni za słowa. Preferują obrazki i czekają, aż świat wokół zacznie za nich myśleć.

Wszyscy normalni ludzie wina na świecie wiedzą, że Piemont jest najważniejszy, że kaplicą jest i wieżą z kości słoniowej, a więc głupota Angoli w niczym nie zaszkodzi. Basta che se ne parli. Lepiej kiedy o czymś mówią, niżby nabożnie zamilkli. Cisza to wróg marketingu. Dziwi mnie więc zdziwienie zdziwionych, a nawet oburzenie, jeśli nie jest zamierzone. 90 procent, z grubsza, światowej populacji na dobre Barolo nie stać, nie potrafię tego policzyć odnosząc do faktycznych miłośników wina.

Włoskim braciom powinno zależeć na opinii i to w kręgach szerszych niż wąskie grono czytelników Decantera. Tak się składa, że jestem miłośnikiem wina z Polski Powiatowej, do której niekiedy docierają jakieś czarne pinoty z Piemontu (Neirano w Biedronce), na Barolo z Kauflandu raczej już nas nie stać, a Piemontczycy uwzięli się i chcą nam tutaj wszystkim wmówić, że Cuneo jako rozlewnia centrum świata się stało i że nawet Prosecco można w tymże Cuneo upichcić. Tego typu przedsięwzięcia groźniejsze są dla opinii tego regionu niż najgłupszy artykuł w Decanterze.

Po co więc tworzyć nieustannie nowe circolari, przepisami oplatać rzeczywistość, jeśli trudno jest potem zachować twarz wobec winnego świata? Od lat obserwuję, jak włoskość  moich włoskich przyjaciół ogranicza się do wybuchów gniewu z powodu słów gdzieś w świecie źle wymierzonych, a przy tym niknie przy obowiązkach wobec swojego własnego Państwa i najbliższego, chociażby, społeczeństwa. To prawda, że Państwo włoskie jest równie egoistyczne jak najzwyklejszy Giovanni i że łatwiej podatków nie płacić gdzieś pod Krakowem, aniżeli pod Brescią. Nie oburzajcie się zatem głupotą Angoli, pomyślcie czasami, co o Was mówią najzwyklejsze włoskie wina dostępne w polskich supermarketach, a nie w luksusowych piwnicach. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Bressan, wino, poprawność polityczna i Polański

Rok 2013 wrócił do mnie z tym, co francuskie cezary wyprawiają z Polańskim. Staje w oczach Bressan, wino, no i poprawność polityczna, chociaż to sprawy niby odległe. Poprawność polityczna, którą utożsamiam z hipokryzją, wyłazi z podszewek po obu stronach szachownicy. Nie mam wcale zamiaru odgrzewać starych kotletów. Hipokryci są zawsze i wszędzie. Ot kolejna okazja do felietonu jawiąca się znakomicie.

W ówczesnych dyskusjach o bojkocie winiarza z Friuli wziął udział kwiat winnej krytyki w Europie, a także w przyległościach. Większość wykazała się zdrowym rozsądkiem. Zapadły mi w pamięci teksty Franco Zilianiego i Wojciecha Bońkowskiego. Potem winny świat o Bressanie zapomniał, natomiast flaszki pozostały. W końcu one dla winiarzy liczą się najbardziej.

Najbardziej zdziwiła mnie opinia, jakoby flaszka wina była odbiciem duszy winiarza. Z niej jakiś autor wysnuł wniosek, że win od Bressana pić nie należy. Przypuszczam przy tym, że o tej duszy napisał ktoś, kto na co dzień nie odwiedza żadnej świątyni. W ogóle laickość niektórych i niby z nią związane zapatrywania wymagałyby odrębnych badań.

Mnie mamusia nauczyła, że powinienem wypowiadać się wyłącznie o tym, co w mojej duszy gra, cudze pozostawiając w spokoju. Wino we flaszce, jako twór materialny, odbija w sobie raczej wszystko, co wyraziła ziemia i klimat. Duszę winiarza trzeba pozostawić winiarzowi, wino zaś rozpatrywać w kategoriach smaku, a nie polityki.

Fulvio Bressan Magazyn WINO

W moim długim życiu, w większości spędzonym po lewej stronie (a procent idiotów równo przypada na lewicę i prawicę) zauważyłem, że otoczenie uwielbiało ogólnikowe slogany o sprawiedliwości, wyzysku, czy też walce z ciemiężycielami. Jeśli jednak dochodziło do konkretnych przypadków, moi lewicowi przyjaciele stawali się wzorcami świetnie zorganizowanego wyzysku. Zazwyczaj brakowało im empatii, co po ludzku nazywamy miłością bliźniego.

Po prawej stronie spotykałem brak ogólnych sloganów. Można powiedzieć, że w ogóle na prawo nie ma żadnej ideologii oprócz zwyczajnego egoizmu. Niektórzy twierdzą nawet, że prawą stronę zaludniają stada sukinsynów, a sukinsyny zwykły myśleć wyłącznie o własnym interesie, chociaż dość zaskakujące jest, iż takie sukinsyny o wiele czulej odnoszą się do konkretnych ludzkich nieszczęść. Jakoś tak się zdarzało, że po lewej stronie spotykałem przecudne etykiety pełne ogólników. Po prawej zaś miałem zwykłych ludzi z oczywistymi ułomnościami i ze sporą dozą współczucia.

Talerz zupy dadzą tacy z prawej, ci z lewej obdarzą cię garścią przepisów o tym, co powinieneś robić, by się w życiu udało. Cała ta amerykańska i francuska polityczna poprawność nie widziała nigdy problemu w tym, iż na dziełach Polańskiego kasę zarabia się najlepiej, dopasowując przy tym jego grzechy do własnych wyobrażeń na temat moralności. Mam takie niejasne przeczucie, że za pluciem na Polańskiego nie moralność się skrywa, a zwykłe gudłajom dokładanie, co można nazwać po prostu antysemityzmem.

Wydaje się, że w manifestacjach przeciw i w wyrażanej złości wcale nie chodzi o moralność, czy dusz zbawienie. Tak naprawdę w dusz istnienie manifestujący wcale nie wierzą. Chodzi raczej o spokój własnego sumienia i ukrywanie tego, co we łbach rzeczywiście zalega. I tutaj wraca sprawa Bressana z roku 2013. Odsyłam zatem do Vargasa Llosy i kończę. To by było na tyle.

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Chyba pożegnam się z FB

W znerwicowanej manii ulepszania za wszelką cenę coś przekombinowałem, wcisnąłem buton nie ten, co trzeba i nagle okazało się, że już mnie nie ma na Fejsbuku. Nie spodziewałem się, że to będzie tak łatwe, pamiętam bowiem płacze i jęki na różnych forach w sieci, gdzie ludziki uskarżały się, że z Fejsbuka odejść praktycznie się nie da. No więc, nie ma mnie na Fejsbuku i jak tu teraz żyć? Kto się nade mną użali, kto pierdnie, kiedy i ja pierdnę, kto mnie czytać będzie? Zaraz, zaraz, ale przecież kiedyś dawałem sobie dobrze radę bez Fejsbuka i jakoś tam budowałem zasięg i oglądalność. No właśnie, nawet język idzie za tryndem: oglądalność, a nie czytalność. Może rozpoznawalność?

Chyba nie ma się czym przejmować. Dane moje Zuckerberg może sobie przeżuć sto razy, jak umrę to i tak nie będą potrzebne nikomu. Nawet gdybym miał na sumieniu milion molestowalnych nadużyć, to w porównaniu do innych wydaję się wzorem niewinności, a przepraszać za to, że zawsze starałem się być człowiekiem? Nie biorę do głowy. Nawet stare historie z innej epoki nie są w stanie zaszkodzić, najwyżej mi emeryturę ktoś zabierze, ale jej jest zaledwie czterysta sześćdziesiąt PLN, więc żadna to będzie strata. Najważniejsze jest to, że przypadkiem dostałem kopa i wyrzucono mnie z cywilizacji obrazków i kciuka, czyli muszę znów zacząć robić to, co lubię. Czyli pracować i czytać, czytać i pracować, a praca jest jedyną rzeczą, która mnie trzyma przy życiu. Szkoda mi trochę tych kilkunastu osób, które jak dwór szły za mną od publikacji do publikacji lajkując, czyli dając znać, że żyć warto.

Z drugiej strony na fali zmian w ludzkim świecie Fejsbuk przesadza i wydaje się, że również przekombinowuje, czyli przegina. Pod pretekstem ochrony danych, prywatności i innych tylko im wiadomych zbiera ciągle nowe. Może tworzy w ten sposób rzeczywistość równoległą, a może upside down (świeżo jestem po 1. sezonie Stranger Things), w której Fejs nie jest już bukiem, a bardziej dybukiem. Nie biorę więc zdarzenia do głowy, ot jeszcze jeden dowód na to, że do niczego przywiązywać się nie trzeba, bo wszystkiego już nie będzie. I to by było na tyle.

P.S. Po 60 godzinach weryfikowania Fejsbuk uznał, że ja to ja i znów mam dostęp do konta. Finis histeriae.

Opublikowano Dodaj komentarz

Słowami rzeczywistości zaklinanie

Czyli nadszedł czas szamanów. Tych kilka procent rozumiejących, że sekret władzy ukryty jest w umiejętności myślenia, zrobiło wszystko, aby reszta od myślenia odeszła. Pomógł w tym postęp zaciemniający gadżetami istotność i związane z opanowaniem gadżetów zdolności wzrokowego odczuwania emocji. Przestał liczyć się mózg, a percepcja skoncentrowała w oczach (grafika i wszyscy ci, którzy dobrze chcąc nawołują, aby nie publikować tekstów bez obrazków, bo bez obrazków be) i w kciuku (jasne, że stosuję ogromny skrót myślowy). Kciukiem wybieramy obrazki. Obrazki nam się podobają, albo nie, czyli wzbudzają w nas emocje. Przestało zupełnie obchodzić, dlaczego i po co właśnie na obrazku pojawia się gruby facet; wystarczy, że jest śliczny, albo ohydny. Przyczynami i skutkami niech zajmują się za nas inni. Nam potrzebne są obrazki, doszliśmy zatem do osiągania przyjemności nawet bez butelki. Masturbacja bez plemników, czyli w końcu to, o co chodziło dotąd wszystkim moralizatorom i tutaj, jeśli dobrze się zastanowić, należy szukać wo liegt der Hund begraben.

Osobiście wolę z plemnikami, chociaż w moim wieku sprawa jest raczej trudna. Otóż pozostało kilka procent kumających i oni ciągną za sznurki. Do tego zrobią wszystko, aby było po ich myśli, bo potrzebują rzesz nabywców po to, by zbyć jak najwięcej gadżetów. Oni wiedzą, że największa kasa jest tam, gdzie największa bieda, bo miliardy biednych z groszowym zyskiem od sztuki są wdzięczniejszym rynkiem niż paru nadętych bogatych, w dodatku z reklamacjami i pretensjami. Rozumieć należy, że w winnym rynku pracując mamy bardziej do czynienia z tymi paroma nadętymi, a biedacy nie staną się naszą grupą docelową, chociaż udajemy, że los ich wielce świat zajmuje (chyba tak wypada). Kilka procent kumających to szamani. Żonglują oni słowami i kleją przed światem durnia, aby dość proste prawdy  zaciemnić do granic rozumienia. I tutaj przechodzę do winnego remu.

Ambicje blogera popychają mnie (i nie tylko mnie) ku grupie kumających, oni jednak blogów nie czytając mają takich jak ja w wielkim poważaniu. Zauważam przy tym, że zjawisko dotyczy wszystkich inteligentów w wytartych porciętach, do nich zaś zaliczyć należy prawie wszystkich o winie piszących i to nie tylko takich na nadwiślańskich piaskach. Ci jednak, co kumają, mają ogromnie dużo kasy, my natomiast posiadamy ambicje. Co więc robimy, aby rzesze, czytaj masy, czytaj biedni i nie całkiem wbrew pozorom suwerenni, zauważyli w nas wyrocznie, godne uwielbienia? Czym ukrywamy wytarte nasze porcięta, a niekiedy wręcz gołe tyłki? Tym, czym potrafimy żonglować najlepiej. Słowami.

Stąd ten tekst. Czytając setki recenzji, nie tylko polskich, zjawisko jest uniwersalne, otwieram szeroko gębę, bo ciągle mnie zadziwia, że słodkie słodkim być nie powinno, ani kwaśne kwaśnym, jako że zbyt są przaśne zwyczajne smaki i wiedza. W recenzjach nawija się makaron gubiąc sens i miarę i nawet ja, jako tako wyrobiony, z trudem rozumiem meandry myśli, a już nigdy nie jestem pewien, czy słodkie faktycznie jest słodkie, a kwaśne kwaśne.

Ma to wszystkie cechy szamańskich zaklęć wypowiadanych nocą na preriach przez tańczących z wilkami, byleby tylko naród oniemiał, nie zrozumiał, no i wino wraz z tekstem o nim kupił. A w nosie mamy, czy wino takie potem do zlewu wyleją. Ważne jest by czytali. I tak zakręciwszy ogonem przyznaję, że większości winnych recenzji ni hu hu nie rozumiem i zrzucam to na karby ograniczenia mego, oraz wielkiej polityki. Co by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Smutek

Odszedł na drugą stronę enfant terrible winnej blogosfery Robert Borowski. Nie powiem, bym był fanem absolutnej szczerości, trochę z filmów Noaha Baumbacha, albo Woody’ego Allena z jego najbardziej egzystencjalnych kawałków. Przyznaję, że nie znając całego potwornego tła uznawałem pewne jego opinię za znerwicowaną pozę, pokłóciłem się z nim kiedyś w sieci, on mnie za coś przepraszał, ale w stylu łaskawie zezwalającym na istnienie „bo mówią, że jesteś dobry człowiek, więc sobie bądź”. Niektóre jego teksty przejdą z pewnością do klasyki winnej blogerki, chociażby o masturbacji polskimi butelkami (zapraszam tutaj), o innych zapomnimy, pozostaje jednak we mnie agresywny smutek, nawet wkurwienie na Tego, co to nas zabiera, niezależnie, czy 44-letnich, czy takich jak ja, pod 70-siątkę.

Odszedł chyba jeden z niewielu szczerych, nie tylko o winie, a takiej szczerości z pewnością będzie brakować, choć powtarzam, absolutna szczerość niczego dobrego za sobą nie niesie. Kwestia systemu. Tam, gdzie wszyscy byliby absolutnie szczerzy, przechodziłaby z pewnością, lecz wtedy nie byłoby handlu, ani marketingu, ani polityki. Pochylam zatem moją tym razem cyniczną głowę i zmawiam za Winnego pacierz ciągle rozdarty, bo do końca nie jestem w stanie pojąć, czy ma sens poczynanie czegoś, aby potem zabić. I proszę mnie tutaj  żadnym Objawieniem nie mamić, ani innymi pierdołami, bo ciekaw jestem, jak będziecie sobie radzić z apoteozą zbawienia, jeśli wam, dajmy na to, dziecko 20-letnie odbiorą.

Cóż, pozostaje to, co napisał i smutek po nim. Po każdym odchodzącym, bez zadawania głupich pytań, czy to sens jakiś miało, czy nie. Zdaje się, że na tym polega wiara? Prosiłbym także nie namawiać tych, co przy życiu zostali, aby za wszelką cenę szczerze bebechy swoje wywalali w sieci, bo okaże się nagle, że nikt pisać się nie odważy i szlag trafi wszelkie arcydzieła blogersko-domorosłych krytyków. W hołdzie więc temu, który odszedł tam, gdzie raka nie ma, czy polityki, pozostaje robić to, co zawsze, niezmiennie wierząc, że nas to nie dotknie, że nas to nie dotyczy, że każdy z nas innym będąc wobec śmierci pozostanie jakoś wyjątkowym. Spoczywaj w pokoju.

Opublikowano 2 komentarze

Ekologia, wino, nawiedzeni tradycjonaliści

Ogłupiona do reszty pogoda popycha ku ekologii. Z drugiej strony też czuję się ogłupiony. Tym razem przez nawiedzonych tradycjonalistów występujących w sojuszu z dawnym czerwonym maksymalizmem (a tak widzę Parpę), który rządził nami przez pół wieku. Wtedy za pysk nas trzymali nie hedoniści, czy też sybaryci, lecz raczej asceci, marzący o tym, by społeczeństwo składało się z posłusznych i do tego świętych robotów. Do tego trzeźwych, w mordkę jeża. Otóż nawiedzonym tradycjonalistom zamarzyło się nas zapędzić do świątyni Pana, gdzie wszyscy trzeźwi jak sam Prezes Brzóska będziemy oglądać kielichy z winem wznoszone w ofierze. Otóż rytuał tak, samo zaś wino nie, nie wspominając gorzały. Jako że nasi nawiedzeni tradycjonaliści nie grzeszą nadmiarem intelektu (co powoduje, że wiara nasza siermiężną jest i pełną wąsów po omłotach), nie będziemy wśród nich poszukiwać cienia myśli, za którym przemyka zdrowy rozsądek.

Wyobrażam sobie, że i oni czują, że coś z tym światem jest nie tak. Oni też czują wiosnę w styczniu, zauważają coraz wyższe fale i erozję plaż, nie umyka im płacz płonących koali. Czując to i w siermiężności swojej troszcząc się o nagle znikający świat, zatem o nas, dochodzą do takich samych wniosków, co zawsze. Ratunek jest w gestykulacji. Rytuał staje się dla nich wiarą,  a więc gesty i szamańskie zaklęcia uratują, w ich mniemaniu, nas wszystkich, jeżeli staniemy się wszyscy trzeźwymi aniołami (choć stając się aniołami utracimy nagle płeć, co można przeczuć, chociażby,  przyglądając się innej gestykulacji i rytualnym zaklęciom, tym razem w środowisku mituistów). W końcu nawiedzeni tradycjonaliści są wszędzie tacy sami, czy wśród talibanu, czy w kręgach Hollywood wśród wrogów Weinsteina, czy też w Parpie i w walczących z alkoholem (bo nie z alkoholizmem) katolikach. W obliczu katastrofy stać ich tylko na gesty, a wiara ich pozbawioną treści będąc zatrzymała się na formie. Stąd z objawami zawsze walczą, w spokoju pozostawiając przyczyny.

A przyczyną jest źle postawione życie. Samotność w tłumie, brak perspektyw, brak siły w wyścigu szczurów, albo zazdrość wobec tych, którym w takim wyścigu się udało. Nieumiejętność kochania i przekazania innym miłości, pustka egzystencjalna, ból takiż, a więc wszystko to, co dotychczas Objawienie uznawało za doskonały wytwór Boga. Nawiedzony tradycjonalista przeczuwa coś na rzeczy, boi się jednak przyznać, że coś w Stworzeniu Pańskim nie do końca się udało. Tymczasem ludzie żyją mimo to, zawieszeni w absurdzie narkotyzują się przedmiotami, lub szukają używek, aby sztucznie stworzyć euforię i akceptację. Nawiedzony tradycjonalista chce im odebrać przyjemność zapełniającą pustkę i dać w zamian rytuał, od którego wszyscy tak bardzo pragniemy uciec.

Nawiedzony tradycjonalista, zupełnie jak komunista, czy inny mituista, chciałby obedrzeć człowieka z człowieczeństwa i naturalnych instynktów, zbudować nowy typ cyborga (podobnego do gostków obok młodego ministra), wmawiając, że nadal pozostaje człowiekiem i jako taki zasłużył sobie na zbawienie. Tutaj, zaś, zamotałem się w sprzecznościach, pęka bowiem do reszty moja wytrzymałość w morzu doraźnej głupoty. Cofam się zatem w eukaliptusy (dwa jeszcze pozostały), na puszczy drzew pozbawionej wołając i to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Moralne dobro narodu i pulp fiction

Będzie krótko i węzłowato. Kiedym za młodu obserwował narodową frakcję polskich komunistów, która ręka w rękę z ówczesnym Paxem leczyła krajowe nieszczęścia goniąc gudłajów za morza szerokie, w najbardziej wyrafinowanej historycznej wyobraźni nie miałbym odwagi przypuszczać nawet, że jakieś pięćdziesiąt lat później frakcja ta obudzi się w najczulszym miejscu polskiej duszy, czyli wśród katolickiej elity, aktualnie miłosiernie nam panującej. Nie mam zamiaru rozważać implikacji politycznych współczesnych dylematów, niech się nimi zajmuje towarzysz Olszowski gdzieś tam w Nowym Jorku i jego przyjaciół garstka gdzieś tam na Nowogródzkiej. Mnie tutaj zajmuje wino, bo ono sił dodaje w czasach frustracji zgniłej.

Myślałem, że Parpa to wszystko, co złego może człowieka takiego jak ja spotkać. Okazuje się jednak, że nie i odsyłam zainteresowanych tutaj, albo bezpośrednio tutaj. Szkoda słów, ozór strzępiony w kółko boli, osoby inteligentne same sobie wyrobią zdanie, ja przyznam, że mam już dosyć. Ten świat mnie przerasta i nie sądzę, bym chciał się doń dostosować. W całym tym towarzystwie wolę konesera win wszelakich i gorzałek słodkich w postaci pewnego przemiłego proboszcza, któremu współczuję, bo kiedyś się dowie, że jest wrzodem na tyłku zdrowego trzonu narodu. Nie zadam pytania, które samo się ciśnie: gdzie znajdziemy miejsce dla pewnego znanego z Gdańska i Podlasia biskupa, też znawcy okowitej? A co z kielichem, który  co niedziela wznoszą? Wiem, że to demagogia, lecz czym można na demagogię odpowiadać, jak nie demagogią?

Ciężkie nadchodzą czasy. Niektórzy z kilofami przyjdą robić porządek, inni ustawy zmienią i każą w kolejkach stawać do trzynastej. Ktoś oczywiście na tym zarobi. Starych sędziów uwolnione miejsca zajmą młodzi pyskacze z pokolenia cyborgów o złotych kciukach, które niekiedy im się z ustami mylą, a wyspecjalizowane gorzelnie znikną na korzyść w lasach pędzonej barbeluchy, a i babki odrodzone dołożą nowy zarobek do pięciuset plus i w ten sposób uzdrowiony naród wkroczy wreszcie w dwudziesty pierwszy wiek. Dobrze jednak, że mnie już przy tym nie będzie. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Ziemia jest tylko jedna – Zeno Zignoli


Nie jestem największym amatorem win z Valpolicelli, chociaż trafia mi się niekiedy nawet niezłe, nie chodzi jednak tutaj o Valpolicellę. W peregrynacjach sieciowych, a nie ukrywam, że pod wpływem całego tego bałaganu, jaki nas coraz częściej dotyka, szukam kamienia filozoficznego, uniwersalnej odpowiedzi, która pozwoliłaby mi odejść w spokoju, bez obawy o los wnuków.

Coraz to trudniejsze, jako że zderzam się z nieszczęściem dotykającym całą współczesność, a mianowicie z niekontrolowaną ekspansją cywilizacji kciuka i niepohamowaną konsumpcją, z powodu której trawa staje się coraz mniej zielona, a smak wina bardziej taki chemiczny, przemysłowy, no bo w końcu zaspokoić trzeba już nie tysiące, a miliardy spragnionych. Do tego te miliardy, będąc produktem rewolty mas, skłaniają się ku kanapie i nie chce się im ambitnie szukać wyrafinowanych smaków, sięgając najbliżej i najtaniej i gdzieś mając, czy chemia jest to, czy też zabarwiona sokiem woda.

W takim to nastroju trafiłem na flaszkę Monte dei Ragni i zdziwiła mnie jej cena, bo 50 euro za flaszkę wydaje się być kwotą wygórowaną. Próbując zrozumieć, zatrzymałem się przy wspaniałym akcencie chłopa spod Werony, którego spokojnie wysłuchałem i który mnie do kamienia filozoficznego przybliżył. Mówią o nim, że filozof bardziej on, niż rolnik, wolę stosować tutaj etykietę „chłop”, gdyż nie tylko rolę on uprawia. Jak sam mówi, szkół kiedy trzeba było, nie skończył, bo w domu było ich kilkoro i na naukę pieniędzy nie starczyło, a dzięki temu uczył się ziemi, praktycznie dochodząc do niej powoli i bez pazernej chęci wydarcia z niej jak najwięcej. Teraz kończy jakieś szkoły i gospodarzy na 8 hektarach, z czego na 2 hektarach uprawia winorośl. Na pytanie dlaczego nie robi tego na całej powierzchni, odpowiada, że monokultura jest dla ziemi zabójstwem, a ziemię mamy tylko jedną i tak trzeba ją traktować, aby zadowoloną będąc miała ciągle nowe siły. Takie nowe siły odzyskuje przy wielu uprawach, przemieszanych ze sobą i jeśli jej się nie wykorzystuje do przemysłowej produkcji. Stąd i cena wina, bo wszystko ma swoją cenę i nie robi się wina po to, aby cały świat nim zalać i wieczność zadziwić.

Wcale nie prosty, lecz bardzo skromny człowiek, a o winach jego powoli zaczyna rozmawiać świat. On zaś wie, że po to, by ów świat przetrwał, trzeba zrezygnować z pazerności, odejść od przemysłu i zrozumieć każdy swoje w nim miejsce, bez niepotrzebnych ansów i ambicji bez sensu. W tym co mówi, jest świadomość, że trzeba po prostu pracować i robić to w zgodzie z otoczeniem, pracując zaś tworzyć i tylko z tego, co w najbliższym zasięgu, bez przemysłowego blichtru.

Trudno to lansować w tutejszym środowisku Grażyn i Januszów, przez wieki głodzonych, więc i teraz nieustannie głodnych w pogoni za gadżetami i za kasą, kasą, kasą, jeszcze raz kasą. Widać trzeba przejść określone szczeble rozwoju, aby ze słomy w butach wyrosły kwiaty wonne i zakiełkowało nasienie nadziei. Zapraszam więc tych, co mogą zrozumieć, do spokojnego wysłuchania, co Zeno Zignoli ma do powiedzenia. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Winne blogowanie

Przeglądając sieć, co zawsze i wszędzie znaczy: zaglądając do Jasona Hunta, stwierdzam, że winna blogosfera (lub jak kto woli winne towarzystwo  wzajemnej adoracji) praktycznie w polskiej blogosferze nie istnieje. Jesteśmy tak minimalnym zjawiskiem, że nie biorą nas pod uwagę żadne rankingi blogerów, czy influencerów, a wynika to nie tylko z niewielkiego rynku wina. Nie jest zauważana także krynica mądrości, a także wieża z kości słoniowej, czyli Winicjatywa, którą niektórzy uważają za blog, chociaż większość (do tej sam się zaliczam) sądzi, że jest to szczególny rodzaj sieciowego periodyku, wykorzystujący niekiedy blogerskie techniki.

Jedną z cech szczególnych polskiej blogosfery jest jej feminizacja. W rankingu Jasona Hunta za rok 2018 95% czołowych miejsc zajmują kobiety. W dość szczególny sposób zauważam to także w statystyce odwiedzin moich najbardziej czytanych wpisów z blogaw12zdaniach„, gdzie 90% najaktywniejszych czytelników to kobiety, tak jakby mężczyźni prawie wcale w sieci aktywnie nie uczestniczyli. Natomiast zupełnie inaczej jest w winnej blogosferze, a obserwuję ją poprzez wpisy lansowane z Winicjatywy. Tutaj prym wiodą mężczyźni, zatem wydaje się, że zainteresowanie używkami tylko ich dotyczy. Obecne w winnej blogosferze Panie zajmują się (takie mam wrażenie) winem bardziej artystycznie, rzekłbym pisarsko, z odejściem w kierunku kulinariów i jest ich zdecydowanie mniej.

Są za to bardziej pracowite i metodyczne. Taka pracowitość i pilność procentują najwyraźniej również w polskiej blogosferze, bo tam, jak już powyżej napisałem, rządzą kobiety. Chłopy w ogóle w kraju moim uwielbiają słomiany ogień i są trochę lelum polelum, co widać szczególnie w polityce. Prowadzenie bloga, jeśli chce się zająć z nim porządną pozycję i na coś wpływać, to ciężka harówa. Za ciężka dla mężczyzny. Kobiety do takiej są przyzwyczajone, my mężczyźni wolimy się napić i potem nie myśleć, co dopiero jeszcze o tym pisać. Podstawowe wymaganie, jakie sieć stawia blogerowi, to jego nieustanna obecność, czyli absolutna, ale to absolutna konieczność codziennej publikacji. Pisanie raz na dwa tygodnie? Lepiej dać sobie spokój, albo napisać zwykły list do ciotki i poprosić ją o pamięć w testamencie. Taki sam będzie skutek.

Nie sądzę, by rankingi i proporcje za rok 2019 bardzo różniły się od rankingów z 2018 roku. Pozostaje mi złożyć życzenia noworoczne kolegom blogerom, przede wszystkim uporczywości i pracowitości i odesłać do Jasona Hunta. Na naukę nigdy nie jest za późno. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Próbować trzeba, zapraszam na winne forum

Nie ma co narzekać. Jest, jak jest, lepiej nie będzie i w takiej rzeczywistości, jaką mamy, każdy z nas powinien dawać sobie radę po swojemu. Podejmuję więc kolejną próbę, może wypali i otwieram forum, zbudowane na „phpbb„, który to zestaw wydał mi się najmniej skomplikowany. Każdy ma prawo głosu, nie będę tolerował wulgaryzmów zbyt wulgarnych i typowego hejtu, jednakże nie będę cenzurować opinii, ani też segregować użytkowników. Pisać ma prawo każdy, bloger i zwykły amator wina. Ważna jest rozmowa, uczestniczenie, nawet wkurzając się jedne, czy jedni na drugich.

Komentarze zamieszczane na Facebooku są ze względu na naturę FB krótkie i powierzchowne. Moje forum nie ma żadnych ograniczeń, poza tym jest skierowane do tych, którzy wolą tekst, czyli potrafią czytać, a jak już potrafią czytać, to również myślą. Może uda się zbudować forum myślących miłośników wina? Kto wie. Kto nie próbuje, ten sobie karku nie łamie.

W końcu tym się różnią miłośnicy wina od zwykłych gorzałopijców, że mają przed sobą praktycznie nieograniczony materiał badawczy, miliardy niepowtarzalnych smaków, a zatem i sytuacji, o których nic tylko dyskutować. Wino to samo życie, socjologia, sztuka, polityka, bo do wina można podchodzić z każdej dziedziny i każda jest dobra, jeśli tylko mamy faktycznie coś do powiedzenia. Jeszcze raz serdecznie na forum zapraszam.

forum.towinakoali.com