Opublikowano 1 komentarz

Wesołych Świąt

Nie wspominając Szczęśliwego, oczywiście, Nowego Roku, a życzenia moje ślę wszystkim bez wyjątku, tym co wino kochają, tym co je nienawidzą, a jak nienawidzą, to wszystkich, po równo, tym co za piecem i tym pod piecem, tym co zjadają pierogi, a także tym, co grzybów nie trawią. Czytelnikom tego bloga i czytelnikom Winicjatywy, wielbicielom wszystkich blogów, wielbicielom nadobnej Izy z popcornem w nazwisku, zjadaczom chleba z kaszanką, zjadaczom resztek pod śmietnikiem, ekologicznym szpanerom i niewierzącym w ekologię katolom.

Prawiczkom i lewiczkom, wchodzącym i wychodzącym inaczej, mułłom, popom i rabinom, także tym z konfederacji, bo jak powiada Blumsztajn, każdy powinien mieć swojego żyda, dziadkom i wnukom, córkom i obrażonym synom, filozofom i kciukologom (nie zapominając o kciukolożkach), kałużom, ptaszkom, wężom, żmijom i glizdom wszelakim, w ogóle całemu kształtu, co mnie zauważa i temu, co mnie zauważyć nie chce.

A że jest to zarejestrowany 1197 wpis w tym blogu, nie licząc dodatkowych na blogach braterskich, sobie samemu życzę, by Pan dał mi jeszcze tyle siły, cobym kolejne tysiące spłodził, ludzi wkurzając i do myślenia goniąc. Przy okazji innym też życzę, aby płodność swoją nie w mituiźmie wyrażali, a w pisaniu tekstów dobrych lub złych, lecz nigdy nie średnich. Świat nie zasługuję na mierną średniotę, bo i tak z gniota, w zasadzie, powstał i w gniot się obróci. Co na względzie mając, życzenia dla dobrego rachunku ponawiam i sakramentalnie stwierdzam: to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Wszystko to przez media społecznościowe

Miałem co prawda napisać dzisiaj o dość sympatycznym bobalu z radosną etykietą, ale okoliczności zmuszają mnie do tego, bym pociągnął temat, czyli, jakby niektórzy uznali, gumę. Otóż po wpisie o wypalonych blogerach znalazło się kilka osób z komentarzami wyważonymi, rzekłbym: wręcz rozsądnymi. Znaczące jest jednak nie to, że pojawiły się komentarze (w zasadzie od zaczepionych w tym wpisie), lecz to, że od faktycznie zaczepionych spodziewanych komentarzy nie było, a podejrzewam też, że nie będzie. Mimo wszystko, coś się dziać zaczyna.

Propozycja projektu łączącego wysiłki blogerów jest interesująca, lecz trudna do wykonania, chociażby dlatego, że bloger do niepodległości swojej nadzwyczaj przywiązany jest i nie znosi, jak mu się ktoś do redakcji na chama wtrąca. Zresztą każdy z nas sporo w swoje dzieła wkłada wysiłku i trudno będzie komukolwiek z ukrytych marzeń zrezygnować. Jedynym wyjściem byłaby witryna zbiorcza, dajmy na to www.xxxxx.pl, a w tej witrynie poddomeny typu jarek.xxxxx.pl, zosia.xxxxx.pl, marek.xxxxx.pl i tak dalej. Jedyną rzeczą wspólną powinien jednak być wystrój, a więc poddomeny powinny różnić się autorami, a nie wyglądem. Podobny typ podejścia jest u mnie, gdzie www.towinakoali.com pączkuje i pojawiły się hiszpania.towinakoali.com, italia.towinakoali.com, w12zdaniach.towinakoali.com i tak dalej.

Wymaga zastanowienia, jak przełamać impas spowodowany pojawieniem się mediów społecznościowych. Faktycznie większość komentarzy pojawia się na FB, pod wpisami na blogu nikomu pisać się nie chce, jednak trzeba uświadomić sobie, że są to dwa różne typy rozmowy. Rozmowa na FB jest krótkim spotkaniem, zaczepką, plotkarskim maglem, natomiast komentarze pod wpisami z bloga, jeśli już są, są raczej dłuższymi rozmowami, dywagacjami, niekiedy nawet opowiastkami. Jedyną witryną, której udało się przenieść magiel z FB na swoje łamy, jest Winicjatywa, chociaż uważam, że jest to raczej ślepa uliczka, bo w końcu doprowadzi Winicjatywę wyłącznie na FB. Tego będzie wymagać oszczędne gospodarowanie.

Redaktor Bońkowski, któremu wszyscy zawdzięczamy wiele, ma swoje wady i zalety, jak każdy. Jest znakomitym felietonistą, mistrzem krótkiej puenty (w wielu momentach właśnie z niego czerpię wzory), a przede wszystkim świetnie służy za punkt odniesienia, jak kto woli, za matę treningową. W końcu jest on przede wszystkim managerem firmy i swojego nazwiska i nie wolno mieć pretensji, że dba właśnie o siebie. Pamiętajmy, że póki on będzie istniał, póty my będziemy mieli darmową promocję. Zatem nie przeginajmy. I to by było na tyle.

 

Opublikowano 15 komentarzy

Pisanie o winach wypala

A może blogerski materiał też ulega zmęczeniu. Niewielu jest takich jak ja emerytów hobbystów blogujących po to, by skleroza im mózgu nie wyjadła. Większość to młodzi (przynajmniej z mojej perspektywy) autorzy, warunkowani przez bieżące potrzeby i dlatego coraz bardziej zajęci marketingiem, czyli tym, co może pusty brzuch zapełnić. Tacy nie mają czasu na artystyczne odloty. Stąd narastające wrażenie oschłości w skrupulatnie przeze mnie czytanych opisach, a i te opisy stają się coraz rzadsze. Wydaje się, że bohaterski okres Sturm und Drang winna blogosfera ma już za sobą. Biznes przecież zjada ambicje, a rozpędzony świat nie pozostawia miejsca na eksperymenty. Do tego nawet osławieni blogerscy heretycy, wyklęci przez winicjatywny mainstream  stopniowo cichną, a szkoda, bo to oni do zastygłego winnego bajorka wprowadzali odrobinę świeżego powietrza.

Nie mam najmniejszego zamiaru pokazywać tutaj palcem, kto, kiedy i dlaczego, nie jestem bowiem od pasowania na rycerzy, od rozdawania laurek, czy też ganienia za wymyślone przeze mnie przywary. Brakuje mi jednak szczerze tak mało znanego bloga jak Design, Wino i Sztuka, w którym wpisy bywały długie, ale zawsze mądre i nigdy sowizdrzalskie, coraz rzadszą staje się okazja polemiki z blogiem Domowy Doradca Wina, zadręczonym brakiem czasu i nietolerancją niektórych guru, dokucza nieobecność Nie zawsze wina, uświadamiająca, że pewnych procesów nie da się już zatrzymać. Sic transit

Pozostaje z trudem animowana dyskusja pod wpisami Winicjatywy, która niekiedy przypomina jazgot handlarzy na suku w Casablance, gdzie jeden z drugim przekrzykują się, która flaszka jest tańsza, każdy udając, że z marketingiem nie ma nic wspólnego. Pozostaje niezmordowany Blurrp z coraz piękniejszą winietą, którego nawet kontrowersyjne opinie nie wywołują wśród kolegów blogerów żadnej dyskusji, jako że jesteśmy okrutnie leniwi i nie zatrzymamy się pod wpisem po to, by dodać komentarz. A pamiętam czas, jak na tegoż Blurrpa rzucano gromy, kiedy ośmielił się oceniać innych blogerów. Wspominam z rozrzewnieniem, bo i o mnie tam było. Było, a potem zdechło. Co nie zmienia faktu, że zamiast propagować, poszerzać wiedzę, być fermentem zdrowej dyskusji powoli stajemy się Stowarzyszeniem Wzajemnej Adoracji, w którym każdy oddzielnie chciałby dostać Nobla, tylko mu czasu zabrakło. I to by było na tyle, a założę się, że nikt tego tekstu nie skomentuje, no bo w końcu po co?

Opublikowano Dodaj komentarz

Pałą po łbie

Trwa od setek, a może tysięcy lat moda na pierdoły. To znaczy, na zajmowanie się pierdołami. Obsrywanie rzeczywistości pierdołami to sport dla wszystkich: kobiet, mężczyzn, intelektualistów, prostaków, starych, młodych, grubych, chudych, tych w okularach i bez okularów, tych kochających inaczej, tych co nie kochają wcale, wierzących, agnostyków, inwalidów, sportowców, członków konfederacyjnych, członków bez prezerwatyw, pisiorków, piździorków, biskupów, diakonów, popów, pastorów, blogerów, blagierów, winopijców, gorzałochlepców, amatorów denatury, miłośników Vega Sicilia, żydów, nieizraelitów, arabskich mułłów, no i setek innych, aż do wyczerpania pierdołologii stosowanej.

Wśród pierduł takowych pierwsze miejsce ostatnio zajęła pierdoła wygłoszona, iż „alkoholizm to poważny problem, który dotyka ludzi w całym kraju i z każdej grupy społecznej.Pierdoła i wyjątkowo spłaszczony banał. Głoszący tak epokową prawdę dodał jeszcze, że przez alkohol co roku w Polsce umiera 10 tys. osób. To tak, jakby zniknęło z mapy Polski miasteczko wielkości Władysławowa, Bystrzycy Kłodzkiej czy Włoszczowej.

A wszystko to po to, aby usprawiedliwić podniesienie akcyzy. O Panie! Takie przyszły czasy, że z istnienia śmierci bezczelnie budujemy sobie wymówki, jakoś bowiem nie przychodzi do głowy stwierdzenie, że z powodu tego, że żyjąc każdy musi umrzeć.

Alkoholizm to poważny problem. Dzięki niemu jednak możemy podnieść akcyzę dbając przy tym, aby nie przestawał istnieć, bo jak zniknie, to kto będzie tę akcyzę płacił? Alkoholizm jest objawem poważnej choroby dotykającej każdą współczesność, nie będę nawet starał się tak poważną chorobą w tekście tym zajmować. Chodzi o to, aby zawsze istniał, bo z niego żyjemy.

Alkoholizm w swoim zagmatwaniu jest metodą najskuteczniejszą wyzysku, w każdym wykonaniu, zarówno moim, bo o winie pisuję, a więc czerpię zeń tematy, jak i społeczeństwa hipokrytów, którzy użalając się nad ludzkim nieszczęściem z podatków z nim związanych budują świątynie, czy żłobki. No bo wyobraźmy sobie dzień, w którym nagle wszyscy przestaną pić i alkohol kupować, a dochody kasy państwowej spadną do zera? Dlatego bawi mnie rozważanie sowizdrzała, który nagle w cudzy ornat się ubrał i o zdrowiu społecznym rozprawia. A gdybyś tak człowieku zaprzestał wyzysku i wszystko, co posiadasz, oddał tym, którym odebrano sens życia?

Wolimy zajmować się pierdołami. W końcu złożony z wyłącznie logicznych powiązań pomiędzy zerami i jedynkami świat jest tylko jedną wielką pierdołą. Wynajdujemy sobie zatem pierdołowate zajęcia w poszukiwaniu definicji płci u aniołów, zadajemy pytania, czy Bóg to kobieta, tracimy czas na bunt wobec czegoś, co nie ma żadnego znaczenia, pozbawiamy w ten sposób nasze własne dzieci oparcia w tradycji, sensu życia w szacunku dla istniejącego świata i relatywizując wszystko wpuszczamy pustkę, którą później banda cwaniaków wypełnia sprzedając nam takie używki, na jakie zasłużyliśmy. W pierdołach zanurzeni pozwalamy innym, żeby pierdołami nam mózgi zapychali. I z taką bezsiłą świadomy, że będzie tylko gorzej, stwierdzam: i to by było na tyle.

Ciekawy artykuł tutaj.

Opublikowano Dodaj komentarz

Światowa produkcja wina – szacunki na rok 2019

Oto pierwsze oficjalne szacunki dotyczące światowej produkcji wina po rekordowym roku 2018. Niekorzystne zjawiska klimatyczne we Włoszech, Francji i Hiszpanii spowodowały spadek produkcji do poziomu około 263 milionów hektolitrów. W Europie ratuje się tylko Portugalia. Mimo spadku Włochy nadal są na czele.

Światowa produkcja spadła o 10%. OIV: „Wracamy do wartości średnich”

Po bardzo wysokich i wyjątkowych zbiorach w 2018 r. światowa produkcja wina wraca do średnich wartości z poprzednich lat. Oto oczekiwane prognozy OIV (Międzynarodowa Organizacja Winorośli i Wina)  na 2019 r.: około 263 mln hektolitrów (z wyłączeniem soków i moszczów).
W trakcie konferencji prasowej Dyrektor Generalny OIV Pau Roca w paryskim biurze organizacji przy Rue de Monceau zwrócił uwagę na to, że zbiory na półkuli północnej jeszcze trwają i są w końcowej fazie (we Włoszech dla na przykład w Valtellina i na obszarach Vulture), natomiast dane z półkuli południowej są zdecydowanie bardziej precyzyjne, ponieważ winogrona znajdują się w piwnicach już od początku roku.

Trendy według kraju

Ogólnie rzecz biorąc niekorzystne zjawiska klimatyczne zdecydowanie wpłynęły na obszary wiejskie Włoch, Francji i Hiszpanii, trzech największych producentów wina na świecie, gdzie odnotowano liczby niższe niż średnie historyczne. Na kontynencie europejskim tylko Portugalia ma produkcję wyższą niż rok wcześniej. W obu Amerykach spodziewany jest niewielki spadek w Stanach Zjednoczonych zmagających się z gwałtownymi pożarami w Kalifornii, chociaż zbiory tam zostały już zakończone, zgodnie z informacjami od producentów wina w regionie Sonoma; znaczące spadki pojawiły się w tym roku w Argentynie i w Chile. Republika Południowej Afryki drugi rok z rzędu spada poniżej średniej. Wreszcie Australia i Nowa Zelandia, które też są nieco poniżej poziomów z roku 2018.

Wino w liczbach

Mówiąc bardziej szczegółowo, jak wyjaśnia OIV na podstawie informacji zebranych w 28 krajach stanowiących 85% globalnego produktu z 2018 r., rynek wina powinien liczyć na od 258,3 do 267,3 mln hektolitrów, czyli średnio 262,8 mln/hl. Ogólny procentowy spadek wynosi 10%.  Pomimo braku 30 mln/hl, podkreślił dyrektor Roca, obecny rok to rok, w którym „poziomy produktywności są zgodne z poziomami zarejestrowanymi w latach 2007–2016, z wyjątkiem roku 2013.” Dlatego też jest to rok w istocie wracający do normy, po latach 2017 i 2018, które okazały się niezwykle niestabilne, z konsekwencjami dla cen produkcji ulegających niebezpiecznym i często niekontrolowanym zmianom.

Włochy pozostają światowym liderem przed Francją i Hiszpanią

Z produkcją 46,6 mln hektolitrów Włochy utrzymują pozycję europejskiego lidera w produkcji wina, a zatem także światowego, wyprzedzając Francuzów i Hiszpanów. W Europie, która ucierpiała w wyniku wiosennych przymrozków i letniej suszy, wielkości szacowane przez OIV wynoszą 156 mln/hl, czyli 60% produktu światowego.

W przypadku całego Starego Kontynentu oczekiwany spadek wynosi 15%, co przełożyło się na spadek o 26,7 mln/hl w porównaniu z rokiem 2018, który zaowocował w europejskich winnicach imponującą cyfrą 182,7 mln/hl. Oczywistym jest, że w obliczu rekordowych wyników sprzed roku, trzej pierwsi producenci odnotowali bardzo zauważalne dwucyfrowe spadki. W rzeczywistości Włochy zgubiły 15%  (46,6 mln/hl), Francja kolejne 15% (41,9 mln/hl), a Hiszpania nawet 24% (34,3 mln/hl), a są to „skutki bardzo zimnej i deszczowej wiosny” – powiedział Pau Roca -, które „połączyły się z wyjątkowo gorącym i suchym latem”.

Światowa produkcja wina: reszta Europy

Jeśli we Włoszech, Francji i Hiszpanii (które same w sobie są warte 80% produkcji wina w UE) zaobserwowano spadki  nie tylko w stosunku do 2018 r., ale nawet poniżej pięcioletnich średnich, spadek zbiorów jest wspólnym czynnikiem również dla innych krajów europejskich. Niemcy straciły 12% (9 mln/hl), Austria 4% (2,6 mln/hl), Rumunia 4% (4,9 mln/hl), Węgry 6% (3,2 mln/hl). „ą to jednak ilości podobne lub nawet wyższe”, zgodnie z opinią OIV  w stosunku do średnich z pięciu lat ”. Jedynym krajem produkującym, który odnotował wzrost produkcji wina, jest Portugalia. Przy szacowanej przez OIV wartości 6,7 mln/hl odnotowuje ona wzrost o 10% i przekracza średnią pięcioletnią (+ 4%).

Z półkuli północnej na południową: kto rośnie, a kto spada

Poza Unią Europejską, według danych OIV, w pozostałych krajach półkuli północnej produkcja rośnie. Tak jest w Rosji (6 mln/hl i + 7%) i Gruzji (1,8 mln/hl i + 1%). Nawet Szwajcaria produkująca 1,1 miliona/hl (-6%), jest o 10% wyższa niż średnia w tym okresie. Przekraczając Atlantyk dochodzimy do wstępnych szacunków ze Stanów Zjednoczonych (skąd pochodzi 12% światowego wina), gdzie produkcję wina szacuje się na 23,6 mln/hl, czyli o 1% mniej niż w 2018 r., chociaż jest to ilość, którą OIV nadal określa jako „wysoka”, w czwartym roku z rzędu.

Zbiory odbyły się już na półkuli południowej, więc dla tej grupy producentów OIV ma bardziej wiarygodne i zweryfikowane dane. Ogólnie rzecz biorąc trend jest podobny do  obserwowanego w naszych szerokościach geograficznych, z mniejszymi ilościami wina niż przed rokiem, ale „ogólnie zgodnie z pięcioletnią średnią”, wyjaśnił Pau Roca, biorąc pod uwagę obszar makro wart około 20% światowej produkcji wina.

Ameryka Południowa

Mówiąc o szczegółach Ameryka Południowa notuje najważniejsze spadki, zaś Argentyna traci 10%, co stanowi 13 mln/hl. Chile traci również 7% w stosunku do roku 2018, lecz przy produkcji 11,9 mln/hl notuje wzrost o 8% wobec średniej z poprzedniego okresu pięcioletniego. Sytuacja w Brazylii jest nadal dobra: mniej wina (-1%), ale przy swoich 2,9 mln/hl pozostaje znacznie powyżej 10% w porównaniu do średnich z pięciu lat.

Południowa Afryka

Susza silnie wpłynęła na zbiory w Afryce Południowej, a OIV wskazuje ilości równe 9,7 mln/hl, co daje poniżej prawie dziesięciu punktów procentowych w okresie pięcioletnim, drugi rok z rzędu.

Antypody

Na Antypodach Australia straciła 3% w stosunku do roku 2018 pozostając w średnich historycznych, z produkcją 12,5 mln/hl. Nowa Zelandia, po raz czwarty z rzędu, zbliża się do 3 milionów hektolitrów wina przy stabilnej produkcji w ubiegłym roku.

Staraniem Gianluca Atzeni

Tłumaczenie artykułu, który ukazał się na stronach Gambero Rosso 2 listopada 2019 roku (tłumaczenie Andrzej Szadkowski).

Opublikowano 2 komentarze

Ucieczka do raju utraconego

Kiedym rozpoczynał peregrynację winnoblogerską (już ponad trzy lata temu) wydawało mi się, że należy zrozumieć i opisać każdą napotkaną flaszkę, nie unikając win z gruntu i definicji złych, a nie mam wcale zamiaru uzasadniać, dlaczego za złe wypadało je uważać. Oczywiście, początkujący bloger potrzebuje odpowiedniego wypozycjonowania i takie pisanie o każdym wypitym, albo do zlewu wylanym egzemplarzu tylko do tego służy. Do niczego innego. Teraz jednak trochę inaczej na to patrzę.

W końcu zaczynam (chociaż jeszcze bardzo intuicyjnie) kumać, po co pijemy, a przy okazji, po co blogujemy pijąc, czy też chlamy blogując. Nie mam dzisiaj specjalnego nastroju, by epatować czytaczy głęboką filozofią, po prostu rzucę zwyczajnym banałem. Pijemy otóż, by się odkorować, a co inteligentniejsi (tak im się przynajmniej wydaje) próbując z picia zbudować ideologię piszą o winach (zwykle w ten sposób znajdując dla siebie usprawiedliwienie). Jak już znający te łamy wiedzą, nałogu nie potępiam, świadom faktu, iż życie przejść można wyłącznie z jakimś nałogiem tak, aby karku w pustce nieodgadnionej nie skręcić. Większość z nas jednak została tak głupio z hipokryzji ulepiona, że nie przyzna się, broń Panie Boże, do tego, że coś zewnętrznego istnieje, co trzyma przy życiu, oprócz oczywiście ciupciania i 500+, a u niektórych emerytury+. Z ciupcianiem bywa coraz gorzej, bo wokół świat się waha, czy uznać je za odruch naturalny, czy też z obawy przed przeludnieniem zabronić pod karą kastracji, albo sterylizacji. Niektórzy dodali do tego polityczną poprawność i zaprawili boskimi nakazami, chociaż przynajmniej jeden prałat miał je w głębokim poważaniu. A z winem to jak z ciupcianiem, niektórzy je lubią, większość zaś boi się do tego przyznać. Z tym że ci od ciupciania nie kreują zwykle ideologii, bo mało kto recenzować potrafi własne kopulacje. Winni pijacze, za to, uwielbiają budować towarzystwo wzajemnej adoracji i tworzyć nad każdą wypitą flaszką epokowe dzieła.

Następny etap to było odchodzenie od winnej miełoczy, ciągle jednak nasączone pragnieniem opisania wszystkiego. Na specjalnym stojaku dla wypitych flaszek zbierały się stosy tych nieopisanych, przy czym coraz częściej dochodziła do mnie świadomość, że przecież nigdy ich nie opiszę. To tak, jak don Cristoforo, który nagrywa wszystkie seriale scifi, ale nie ma nigdy czasu na oglądanie. Potem odkryłem, że aby pisać o winie, nie muszę wcale pić. Wystarczy sieć i znajomość języków, a czytaczy i tak znajdę, jako że uwierzą mi na słowo, języki zaś zna ledwie paru członków towarzystwa wzajemnej adoracji. W ten sposób uwiłem sobie nieinwazyjny nałóg, sposób na codzienne zdobienie ołtarzyka, na którym wielbię próżność własną i zabijam minuty, które mi pozostały.

Doszedłem zatem do tego, iż piszę exclusivement o flaszkach godnych wedle mnie zmarnowania czasu. Stojak na puste odetchnął, śmieciarze z radością odbierają regularnie worki ze szkłem, a ja mam więcej czasu, by patrzeć na psa zabawiającego się pod stołem z kotką. No i piszę wyłącznie dla siebie, co chroni od pisania dla innych, jako że takie dla innych za wszelką cenę pisanie skutkuje zawsze sprzedażą, niekoniecznie wina. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Rankingi, wyróżnienia, oceny

Tak sobie podróżując po Italii, szlakiem wyróżnień Tre Bicchieri przyznawanych przez Gambero Rosso, podług prostych, bo regionalnych kryteriów, zauważam oczywiste oczywistości, co powoduje zawroty głowy podobne do turbulencji w opiniach wypowiadanych przez pewnego mojego ulubionego polityka. Natychmiast znajdzie się jakiś czytelnik, który chciałby uzyskać ode mnie deklarację jasną o moich preferencjach, wolę jednak pozostać przy winie, chociaż właśnie, przy okazji wspomnianych wyróżnień nos mój atakuje słodkawa lukrecja polityki. W końcu ona jest wszędzie (ta polityka, nie lukrecja).

Tym bardziej chciałbym znaleźć jakiś punkt odniesienia. Idąc regionami Gambero Rosso najwyraźniej w każdym regionie odnosi się do czegoś innego, dlatego przekonany jestem, że wino nagrodzone wyróżnieniem w jednym regionie tylko wobec innych win z tego samego regionu może być równane, gdyż już w następnym regionie nie jest wiele warte porównując je z innymi tamtejszymi winami. Wniosek taki przychodzi do głowy po tym, jak zacząłem wyróżnione wina kupować i siłą rzeczy porównywać, pytając: skąd tutaj wyróżnienie, jeśli tam go nie ma, a w moim smaku nie czuję ni cienia wartości?

Otóż to, Parker przyznaje swoje punkty w ramach jakiejś kategorii, która niekoniecznie może być lepsza, czy gorsza od innej sformalizowanej kategorii następnego przyznającego punkty. Stąd wino z 99/100 u Parkera może okazać się nic nieznaczące wśród win z supermarketów, a te należałoby rozpatrywać tylko wzajemnie wiążąc sytuację ekonomiczną, gust i sommelierską wiedzę. Wina z supermarketów mogą mieć swoje arcydzieła, zupełnie bez sensu dla koneserów ze środowiska Parkera, czy Winicjatywy. Faktycznie należałoby się zastanowić nad definicją kategorii w tak skomplikowanym artykule konsumpcyjnym, jakim jest wino, o wiele szerzej rozumiane niż wino znawców i tłustych kotów z piętnowanych elit. Nie wspomnę tutaj tego, iż każdy z nas ma własną skalę umocowaną w upodobaniach, a Vega Sicilia dla mnie zupełnie co innego znaczy, niż dla Pana Gienka z pobliskiej Biedronki.

Tak powstaje przedziwna piramida rankingów, wyróżnień, ocen, dzięki której tysiące ludzi odnajduje swoją karmę po to, by nią karmić resztę świata. Niektórzy przy okazji stają się wielcy, a już jako artyści kształtują opinie i strzegą jak oka w głowie sekretów subiektywizmu i rozmaitości, narzucając w ten sposób światu opinie jako prawdy ostateczne. W piramidzie owej  ukryte są konkretne stwory, flaszki mianowicie, z nich zaś sączony płyn za każdym razem smakuje inaczej, co dyletantów pokroju koali zmusza do nieustannego wątpienia, no bo koala nadal chce odkryć nieistniejącą prawdę, wedle której Tre Bicchieri jacyś oni przyznali takim oto flaszkom, zapominając o innych. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Wino tak, ale dla kogo?

Oglądając ostatnio Mentalistę (jeden z moich seriali favori) zwróciłem uwagę na niby żarcik rzucony przez Patricka Jane, który przyglądając się potencjalnemu strasznemu zbrodniarzowi zauważył, że facet pija sporo dobrego wina, a zatem jest skorumpowany, no bo w końcu, jakiego normalnego człowieka stać na dobre wino. Cytuję to świadomy faktu, że akcja serialu ma miejsce w Ameryce, u nas natomiast jesteśmy na etapie 500+, pytanie więc wypadałoby powtórzyć biorąc pod uwagę ludzi normalnych i nienormalnych, a dociekliwym pozostawiam dywagacje na temat tego, co autor miał na myśli.

Ten ciężkawy bonmocik ciekawiej zabrzmiałby, gdybym chciał dopasować go do sytuacji degustatorów na różnistych winnych imprezach. Zastanawiając się nad implikacjami dochodzę do wniosku, iż jedynym oczywistym środowiskiem dla miłośników dobrego wina staje się (w kontekście rzeczywistych ekonomicznych możliwości)  towarzystwo wzajemnej adoracji zwykle związane z handlem winem. Inaczej nie byłbym w stanie pojąć, skąd się bierze kasę na te wszystkie Castillo de Cuzcurrita, Lope de Vegi de Sicilia y de Varsovia sin Vin i tak dalej? Młyn miele nieustannie tę samą mąkę i nawet plew tam nie ma, bo w tak małej grupie złotem się stały i istnieją samowicie i samoistnie, jak artefakty jakie. No raczej, skąd oni biorą kasę?

Przypadkiem lustrując sieć (o słodka lustracjo) natrafiłem na pedeefa z okólnikiem do hiszpańskich producentów, jeśli mieliby zamiar wziąć udział w imprezie za granicą i po oczach dało mi sformułowanie jasne i wyraźne: „jeśli chcesz Hiszpanię za granicą reprezentować, proponuj wina ze średniej i wysokiej półki”. Z niskiej półki, broń Boże, już nie, chociaż świat składa się zasadniczo z ochlapusów podśmietnikowych i z wielkopowierzchniowych klientów-degustatorów (i tam leży realny dochód, bo wysoka półka to towarzystwo wzajemnej adoracji z paroma miliarderami i stadem klientelskich kundli z gołymi tyłkami, do których i piszący te słowa aspiruje).

W zasadzie i w rzeczywistości takiemu jak ja faktycznie pozostaje wirtualna degustacja i wyobraźnia po to, aby wrażenia opisać, no bo jaki ochlapus jeździ po imprezach mając czterysta sześćdziesiąt złotych emerytury miesięcznie (co z pewnością może skłaniać do wybierania takich, którzy i szesnaste emerytury obiecają). W takim radosnym nastroju wracam do Mentalisty i zadowolony jestem, że nikt mnie o korupcję nie będzie podejrzewał. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Varsovino i etykiety

Miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w tegorocznej edycji Varsovino w radosnej Stolicy (a uczestniczenie zakończyłem sukcesem, bo znalazłem bez trudu drogę na A2 z lotniska i bez przeszkód wróciłem na moją wieś) i na gorąco zapisuję kilka przemyśleń. Bardziej one mnie dotyczą niż hiszpańskiego wina, ale o winie z Hiszpanii z pewnością będzie tutaj więcej. Jako że są te przemyślenia bardzo osobiste, pozostawię je dla siebie, jedno jednak spostrzeżenie może przydać się innym, bo chyba każdego dotyczy. Spacerując sobie i gaworząc przy stoiskach wywnioskowałem, że jestem zauważany tak, jak sam siebie w początkach mojego blogierstwa zdefiniowałem, czyli jako spec od win dla pospólstwa dostępnych w supermarketach. Od takich win już dawno odszedłem, piszę chyba inaczej, opinia jednak nadal pokutuje i trudno będzie ją zmienić.

To samo dotyczy innych. Pewnego znanego publicystę, znakomitego win znawcę i wykładnię trendów postrzega się wyłącznie jako skandalistę, autora dżemowatości i gałązkowatości na błotnistym gruncie i w ogóle nie bierze pod uwagę jego niezaprzeczalnych zasług i wiedzy, chociaż stara się chłopak, jak może w poważnym widzie traktować swoje pisanie i osobę. Natomiast wspaniałą tłumaczkę, pisarkę i felietonistkę mało kto rozpatruje w otoczeniu stworzonych przez nią tekstów, zaś większość mierzy ją wzrokiem zupełnie inną miarą, bardziej z estetyki seksu niż literaturoznawstwa. Stąd wskazówka (jeśli ktokolwiek na takie wskazówki zwraca uwagę): uważajmy na to, jak sami siebie definiujemy, gdyż pozycjonowanie pozostaje i trudno jest w plotkarskim świecie w prawdziwy sposób funkcjonować.

A maraton win zaserwowany przez Dawida Seijasa to rzeczywiście było coś, nawet jeżeli zakończył się potężną (moim zdaniem) bańką mydlaną. Wśród degustowanych win z pewnością kilka zasługuje na bliższą znajomość, mnie bardziej zajęła obserwacja mimiki zebranych na sali, chociaż kilka rzeczy zrozumiałem (lub tylko tak mi się wydaje). W każdym razie cieszę się bardzo, że wyjechałem ze wsi mojej i na chwilę usłyszałem, co w hiszpańskiej trawie popiskuje, ciągle jednak drąży mózg kornik powtarzający, że wszystko za późno. I to było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Zatruty kpiną

Sądzę, że brak nam wszystkim dystansu. Z drugiej strony taki dystans nabywa się z wiekiem, czyli trudno wymagać od młodych, aby nad pewnymi rzeczami zastanowili się i z daleka ocenili. Często tutaj zwracam uwagę na nowy typ percepcji kształtujący się współcześnie, w którym tradycyjna logika zastępowana jest logiką emocjonalną, a język ikonami, obrazami, czy gestami. Czy w nowej percepcji jest miejsce na ironię, kpinę, wyzłośliwianie się i strojenie min? Może i jest, ale chyba stosując inne techniki, tych zaś ja nie znam, jako wychowany wedle tradycyjnej szkoły.

Stąd prośba do moich Czytaczy. Więcej dystansu, zróbcie czasami głęboki oddech, policzcie do dziesięciu, przejrzyjcie się w przeczytanym zdaniu i spróbujcie zauważyć uśmiech, kpinę, podpuchę. Coraz częściej podpuszczam po to, aby uzyskać jakąkolwiek reakcję. Trudno jest pisać dla tłumu niemych. Zapytają niektórzy: czy takie pisanie jest konieczne, czy świat łaknie tekstów moich jak kania dżdżu? Ba, tego nie wiem, wiem jednak, że nawet sam siebie nie traktuję poważnie. Czyż w takim razie powinienem poważnie traktować otoczenie, albo wino, albo pijaczy?

Kpina jest samoobroną. Nie napiszę tutaj przed czym. Uważni Czytacze sami się domyślą, zaś z nieuważnymi pal w łeb, kto nie kiep. Tabliczki mnożenia, prawda zewnętrzna tak prawdziwa, bo namacalna, ikony wyrosłe z emocji, wszystko to należy do kolejnej konwencji, konwencja natomiast służyć ma nie sobie, a życiu. I tak sobie kpiąc zakochany w życiu bronię się przed nicością paciorkami słów, które w moim przypadku stanowią różaniec, bom okrutnie wierzący. I to by było na tyle.