Opublikowano 1 komentarz

Myśl słaba, czyli meandry winnych recenzentów w epoce postmodernistycznego nihilizmu, czyli oferta bałkańska w Lidlu

Proszę nie bać się, że zacznę zwykłe moje oczadzenie, jakbym się był naćpał, alem przeczytał przed chwilą krótkie notki do win bułgarskich i rumuńskich w moim ulubionym portalu, a autorem ich jest równie ulubiony guru i tak mnie ręka i dwie ostatnie mózgowe komórki zaświerzbiały, iż nie mogę się powstrzymać.

A nudno już  się zrobiło w winach na rynku i w recenzjach, także dlatego, że winne portale zmieniły sposób komentowania, a zblatowane z importerami towarzystwo nie chce się wychylać. Przestałem, więc, i ja sięgać do środków psychoaktywnych i bełkotać (chociaż, po prawdzie, w moim wieku najlepszym środkiem psychoaktywnym jest samo życie i jego doświadczanie przy wschodach słońca o trzeciej nad ranem, albo przy wieczornych rozmowach z kotem). Z nudy poczułem mózgowe zmęczenie materiału i powtarzałem tutaj te moje mantry raczej z przyzwyczajenia, niż z faktycznego i kategorycznego imperatywu.

Aż tu nagle Lidl przyłożył piąchą między oczy w ostatniej bałkańskiej ofercie, namieszał i trochę osłupienia i radości wróciło na rynek, także w przypadku winnych recenzentów (czytaj blogerów, bo Master od Wine jest u nas, chyba, tylko jeden i raczej się nie blatuje). Jako że kobitka – w zasadzie – dla wielkiego macho może być smaczna, ale też intelektualnie nieznośna, to jestem gotów taki wniosek podtrzymać, jednakże o winie nigdy bym tak nie napisał, prostym bowiem chłopak i lubię własny bełkot rozumieć. Zaś kiedy przeczytałem, że w winie zawarła się postkomunistyczna i postkolonialna zarazem wola mocy, spadły z oczu moich natychmiast łuski i postmodernistyczne zacietrzewienie i doznałem olśnienia uznając, iż bełkot mój niczym jest w porównaniu z zawodowcami.

No bo czy życie można traktować serio w tym miejscu na Ziemi? A jeśli życia serio nie traktować, to czy o winie poważnie pisać trzeba? Po raz tysięczny zawodowi guru pokazują mi ścieżkę, po której kroczyć należy, w meandrach myśli słabej, między Vattimo, Pareysonem, Gadamerem i Bońkowskim, ciesząc się co rano, że żyję jeszcze, bo Kim Kong Gun mi na to pozwala i rakiet nie odpala. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Solilokwia na winnej pustyni

W pustej przestrzeni między kroplami deszczu z jednej burzy za drugą postanowiłem poszukać tematu do kolejnych winnych recenzji, a to szczególnie tam, gdzie kończą się i zaczynają możliwości finansowe zwykłego menelika, czyli w okolicach 10,00 PLN i udałem się w podróż do kilku pomniejszych marketów w okolicy, co wzbudziło we mnie na tyle silne napięcie, iż zdecydowałem się zwolnić je pisząc te słowa, a pisanie moje coraz rzadszym się staje. Nie mam ochoty pisać, każde kolejne wino smakuje jednakowo, jak szczyny obcej kotki i w ogóle coś mi z resztą nie bardzo po drodze. Stąd najsłuszniejszą wydaje się zwykła cisza, zaś przy okazji zamilknąć mogłaby pewna sejmowa pani profesór, która we wręcz zawodowo prowokatorskim stylu nieustannie krzywdę robi niegłupim, w istocie, pomysłom. Nadgorliwość, w ogóle, zmienia się w dość naturalny sposób w prowokację, a oważ profesór (pozbawioną będąc zdolności rozsądnego przewidywania) zdaje się zapominać, iż każde słowo wypowiedziane publicznie budzi reakcję, raczej przeciwną do niby zamierzonej. W ogóle coraz powszechniejsza tępota skazała na śmierć dialektykę i dlatego wróżę nam wszystkim zagładę, jako że tępota z głupotą w towarzystwie pań profesórek zbudują nam przedsionki piekieł tutaj w doczesności.

Wracając, natomiast do wina. Zaginęło otóż to wino w meandrach moich solilokwiów, jako że w sklepach niczego nie znalazłem. Z przerażeniem stwierdzam, że w wakacje 2018 roku polski obiecujący, winny rynek (o coraz ciekawszych perspektywach i starych akcyzach) nie ma nic nowego do zaoferowania menelikom, ani cienko przędącym emerytom. W Kauflandzie w Piszu skrzynki z piwem zasłoniły chudziutką półkę winną, nawet gorzały coraz mniej; w Lidlu tamże ciągle te same białe, czerwonych mało, a wszystko to w cenach dla menelika i emeryta kosmicznych, w ostatecznie ulubionej Biedrze (też w Piszu) taki sam zestaw, jak przed dwoma laty z Portugalią zwyczajnie oczywistą, czyli z Pé Tinto, czy Pegões Syrah. Nihil novi sub sole, a także in vinum.

To wszystko mając na uwadze i żołądku oraz z ogromnym niedosytem degustacyjnym skazuję niniejszym koalę na męczarnie związane z wysuszeniem podniebienia. W końcu ostatnie eukaliptusy niewydarzony minister kazał wyciąć, bo z kornikiem walcząc miarę utracił. Kilka napisanych tutaj i teraz słów skasowało napięcie, życie znów zaczyna przypominać sflaczałą prezerwatywę, a kolejny pinot noir zmusza do zapicia octem jabłkowym. Proszę, więc, nie dziwić się, że w takim nastroju będę głosować na jedynie słuszną i sprawiedliwą partię; tylko po to, by przyspieszyć i zakończyć naszą agonię społeczno-narodową. I to by było  na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

TASTIN’ WINES i nie tylko

Dawno nie pisałem tutaj ani recenzji, ani tekstów ogólnych, niestety nie mam na to czasu. Zdrowie i brak funduszy nakazują mi zwolnić z degustacjami, coraz trudniej związać koniec z końcem, a utrzymanie bloga i serwerów kosztuje, co spowoduje, że niebawem i tak to wszystko zamknę. Doszedłem do ściany, a poza tym coraz mniej jestem odporny na to wszystko, co dzieje się wokół (a wcale nie chodzi tylko o politykę).

Na przykład Don Alberto w mailu wspomniał o obecności na degustacji wina francuskiego TASTIN’ FRANCE i napisał tak: „…To ciekawe, że degustacja win francuskich z wielu znanych regionów nie potrafiła przyciągnąć zbyt wielu importerów i ludzi branży winiarskiej z naszego, blisko 40  milionowego kraju. Zainteresowanie było raczej skromne. Mainstream wina w postaci zacnych redakcji i redaktorów też był chyba nieobecny. Przynajmniej ja nie widziałem nikogo ze znanych publicznie osób piszących o winie. Moje odczucia wynikające z tych faktów są raczej dwuznaczne, bowiem brak aspiracji do pogłębiania wiedzy niestety później często przekłada się na tematykę dyskusji w szerokiej sieci, np. o etykietach win, czy też sposobu ustawienia jakiejś pozycji na półce w Lidlu etc. Jest możliwa też kolejna opcja takiego stanu rzeczy, a mianowicie, że  wszyscy już wiedzą wszystko, co może być jeszcze bardziej niepokojące. Obawiam się, że w ten sposób kultura wina w Polsce na długo będzie dryfować w byle jaki sposób i w nie wiadomo jakim kierunku…” Zjawisko dość powszechne, nie tylko przy winie, lecz również w wielu innych dziedzinach, o drogi Don Alberto!

Chyba należę do wymierającego pokolenia, w którym kwitło pragnienie wiedzy o świecie. Wszyscy chcieliśmy przekraczać niemożliwe, wyznaczać nowe horyzonty, głodni byliśmy wiedzy, a wolność rozumieliśmy bardzo osobiście, jako możliwość indywidualnego przekraczania ograniczeń. Ciekawość świata nie zatrzymywała się na zastanych receptach, każde z nas chciało dotknąć, czy spróbować. Teraz próbowanie ogranicza się do zioła, a dotyk do głaskania kciukiem ekranu smartfona. Wszystko podano na tacy, więc po co trudzić się w zdobywaniu nowych informacji. Nadszedł czas ociężałych jaszczurek na kanapach, które perfekcję pozostawiają kilku najbardziej ambitnym. Wszystko już było, jest i będzie, nie ma zatem po co ryzykować. Dlatego nikomu nic się nie chce, a warunki dyktują najgłupsi i najbiedniejsi, tylko oni – bowiem – zainteresowani są w jakimś tam zmienianiu świata.

Tak, z dnia na dzień, kropla po kropli przelewa się we mnie niezadowolenie nie dlatego, że czemuś nie podołałem, a raczej z powodu tego, że wszyscy wokół ze światem zgodzili się dla świętego spokoju. W winiarstwie nawet zawodowcy nie muszą się niczego uczyć, jeżeli i tak klienci pobiegną do Bierdonki, albo napiją się denatury. Obrażając się na elity uznano, że wcale nie potrzebne są nam wzorce, więc wszyscy ochoczo równamy w dół, oskarżając chociażby Pana Boga, że los stworzył i historię, a w nich nawet śmiercią zarządza nie po naszej myśli. W tym neopogańskim świecie wszechmądrych suwerenów wolimy chlać wodę z plastików z amebami, niż ruszyć tyłek po to, by ocenić, czy wino francuskie widelcem lepiej spożywać, czy też może łyżeczką?

Don Alberto, nasz świat tutaj i teraz wcale nie ulegnie zmianie, zrobi raczej wszystko, byśmy to my opadli do ichniego poziomu, jako że wtedy przestaniemy marzyć i przypominać innym, że doskonałość istnieje. Tylko po co, jeżeli i tak wszystkich nas szlag trafi? I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Dywagacje o biznesie i winach dyskontynualnych

Jako że sobotę piękną mam, wyspany jestem, chociaż pies Maniek wyciągnął mnie na mroźny spacer o drugiej w nocy, to i optymistyczniej do świata się ustawiam. O winach będzie, proszę się nie obawiać. I jest to naprawdę optymistyczne.

Ostatnio sporo komentarzy pojawiło się pod notatką na temat niemieckiego wina w niemieckiej sieci (chodzi o Junge Winzer z Lidla – notatka tutaj). Wszystkie one, w moim mniemaniu, wskazują, iż coś jest nie tak z naszym podejściem do biznesu (naszym, to znaczy również moim), jako że znów narzekamy, iż winni są oni, wyłącznie oni, a złowroga Ciotka Unia tutaj onym wtóruje pomagając tylko po to, aby nasz słabiutki biznes wykończyć.

Ciekawe to stwierdzenia pochodzące z gospodarki komplementarnej do krytykowanych Niemiec, których rozwój zależy od Niemców, ale także od naszej gospodarki, no bo nic się nie dzieje w próżni. Nasze umiłowanie do dolara i wynikające z tego sojusze, kiedy zarabiamy przede wszystkim w euro, zadziwiają, a nawet rażą koszmarnym brakiem konsekwencji. Na szczęście zauważam, że ograniczamy się jedynie do wypowiadanych sloganów, a Realpolitik jest zupełnie inna. Czyli znów: co innego mówimy, co innego robimy (taki spadek po epoce słusznie minionej, kiedy to strach było mówić wprost). Mam nadzieję, że Szanowny Suweren zdaje sobie z tego sprawę.

Wracając ad vinum. Takich dożyliśmy czasów, iż ubogie masy wolą zaopatrywać się w sieciach dla ubogich. Inaczej już nie będzie. Wielkiego znaczenia nie ma to, co tam sprzedają i jak do tego doszli. Znaczenie ma fakt, że nie etyczne przesłanki grają w tym wszystkim rolę, a interes, który zawsze funkcjonalnie udowodnić może swoją wyższość, jeśli wpływa na cenę wypełnionego winem kieliszka.

Przecież jest oczywiste, że Niemcy jako państwo pomagać będą przedsiębiorcom z własnego terytorium (a tak będzie zawsze, jeśli zacementujemy się w pojęciu państw narodowych, bowiem organizmy wyższe mogłyby nas przed tym obronić), jak równie oczywistym jest to, że inne państwa mogą się przed ekspansją i próbami monopolizacji bronić. Nikt zresztą przedsiębiorcom i rządzącym w innych państwach nie zabrania postępować podobnie, no może z wyjątkiem Polski, która tak konstruuje swoje prawo, aby zawsze zarobili inni, a swoich ma w głębokim poważaniu.

Pojękiwania nad strasznym losem polskich winnych importerów okropnie ranią uszy. To samo, jeśli chodzi o producentów, czy sprzedawców. Co jednak przeszkadza im wszystkim połączyć wysiłki i stworzyć wreszcie racjonalne polskie lobby wpływające na różnych Mateuszów, czy innych tak, aby ci zmienili przepisy w naszym interesie? Co przeszkadza polskiej sieci handlowej (dowolnej) w tworzeniu marek, wyrobów, etc? Co przeszkadza rozlewającym w Polsce w wyprodukowaniu polskiego pinot noir, skądkolwiek moszcz by pochodził? Nie wiem. Co przeszkadza Państwu polskiemu zarabiać zwyczajnie po to, aby mieć kasę dla emerytów? Nie wiem.

Od lat przyglądam się włoskim przedsiębiorcom, którzy umiejętnie promują się na zagranicznych rynkach. Jednoczą się, budują struktury w ramach Izb Handlowych, wchodzą wszędzie po to, aby zarobić. Przez głowę im nie przechodzi narzekać na to, że jakieś Niemcy, czy jakaś Francja, a może jakaś Polska w czymś przeszkadzają. Wykorzystują we własnych celach to, co jest i nie tracą energii na bezprzedmiotowe pojękiwania.

Klienta w Powiatowej, w końcu, najbardziej interesuje efekt. Do lepszych win dotrze, jeśli uzna, że ma na to ochotę. Zna drogę do Stolicy, a nawet Krakowa. Póki co o jego kieszeń dba bardziej Lidl, niż Państwo polskie i boję się, że długo tak jeszcze będzie. Póki co nikt nie zmienił naszych przepisów w sprawie handlu winem Online, a niemiecki Amazon respektuje polskie prawo i wina do Polski nie sprzedaje. Póki co polskie sieci potrafią się dzielić i wzajemnie wybijać. Czy temu są winni Niemcy? Nie wiem. I to by było na tyle.

P. S.  A gdzie się w tym wszystkim schował optymizm? On jest, ukryty w świadomości, że wolno jeszcze mi pisać, co na język wejdzie. Cenzorem są tylko słupki odwiedzin na stronie.