Opublikowano Dodaj komentarz

Pałą po łbie

Trwa od setek, a może tysięcy lat moda na pierdoły. To znaczy, na zajmowanie się pierdołami. Obsrywanie rzeczywistości pierdołami to sport dla wszystkich: kobiet, mężczyzn, intelektualistów, prostaków, starych, młodych, grubych, chudych, tych w okularach i bez okularów, tych kochających inaczej, tych co nie kochają wcale, wierzących, agnostyków, inwalidów, sportowców, członków konfederacyjnych, członków bez prezerwatyw, pisiorków, piździorków, biskupów, diakonów, popów, pastorów, blogerów, blagierów, winopijców, gorzałochlepców, amatorów denatury, miłośników Vega Sicilia, żydów, nieizraelitów, arabskich mułłów, no i setek innych, aż do wyczerpania pierdołologii stosowanej.

Wśród pierduł takowych pierwsze miejsce ostatnio zajęła pierdoła wygłoszona, iż „alkoholizm to poważny problem, który dotyka ludzi w całym kraju i z każdej grupy społecznej.Pierdoła i wyjątkowo spłaszczony banał. Głoszący tak epokową prawdę dodał jeszcze, że przez alkohol co roku w Polsce umiera 10 tys. osób. To tak, jakby zniknęło z mapy Polski miasteczko wielkości Władysławowa, Bystrzycy Kłodzkiej czy Włoszczowej.

A wszystko to po to, aby usprawiedliwić podniesienie akcyzy. O Panie! Takie przyszły czasy, że z istnienia śmierci bezczelnie budujemy sobie wymówki, jakoś bowiem nie przychodzi do głowy stwierdzenie, że z powodu tego, że żyjąc każdy musi umrzeć.

Alkoholizm to poważny problem. Dzięki niemu jednak możemy podnieść akcyzę dbając przy tym, aby nie przestawał istnieć, bo jak zniknie, to kto będzie tę akcyzę płacił? Alkoholizm jest objawem poważnej choroby dotykającej każdą współczesność, nie będę nawet starał się tak poważną chorobą w tekście tym zajmować. Chodzi o to, aby zawsze istniał, bo z niego żyjemy.

Alkoholizm w swoim zagmatwaniu jest metodą najskuteczniejszą wyzysku, w każdym wykonaniu, zarówno moim, bo o winie pisuję, a więc czerpię zeń tematy, jak i społeczeństwa hipokrytów, którzy użalając się nad ludzkim nieszczęściem z podatków z nim związanych budują świątynie, czy żłobki. No bo wyobraźmy sobie dzień, w którym nagle wszyscy przestaną pić i alkohol kupować, a dochody kasy państwowej spadną do zera? Dlatego bawi mnie rozważanie sowizdrzała, który nagle w cudzy ornat się ubrał i o zdrowiu społecznym rozprawia. A gdybyś tak człowieku zaprzestał wyzysku i wszystko, co posiadasz, oddał tym, którym odebrano sens życia?

Wolimy zajmować się pierdołami. W końcu złożony z wyłącznie logicznych powiązań pomiędzy zerami i jedynkami świat jest tylko jedną wielką pierdołą. Wynajdujemy sobie zatem pierdołowate zajęcia w poszukiwaniu definicji płci u aniołów, zadajemy pytania, czy Bóg to kobieta, tracimy czas na bunt wobec czegoś, co nie ma żadnego znaczenia, pozbawiamy w ten sposób nasze własne dzieci oparcia w tradycji, sensu życia w szacunku dla istniejącego świata i relatywizując wszystko wpuszczamy pustkę, którą później banda cwaniaków wypełnia sprzedając nam takie używki, na jakie zasłużyliśmy. W pierdołach zanurzeni pozwalamy innym, żeby pierdołami nam mózgi zapychali. I z taką bezsiłą świadomy, że będzie tylko gorzej, stwierdzam: i to by było na tyle.

Ciekawy artykuł tutaj.

Opublikowano 2 komentarze

Ucieczka do raju utraconego

Kiedym rozpoczynał peregrynację winnoblogerską (już ponad trzy lata temu) wydawało mi się, że należy zrozumieć i opisać każdą napotkaną flaszkę, nie unikając win z gruntu i definicji złych, a nie mam wcale zamiaru uzasadniać, dlaczego za złe wypadało je uważać. Oczywiście, początkujący bloger potrzebuje odpowiedniego wypozycjonowania i takie pisanie o każdym wypitym, albo do zlewu wylanym egzemplarzu tylko do tego służy. Do niczego innego. Teraz jednak trochę inaczej na to patrzę.

W końcu zaczynam (chociaż jeszcze bardzo intuicyjnie) kumać, po co pijemy, a przy okazji, po co blogujemy pijąc, czy też chlamy blogując. Nie mam dzisiaj specjalnego nastroju, by epatować czytaczy głęboką filozofią, po prostu rzucę zwyczajnym banałem. Pijemy otóż, by się odkorować, a co inteligentniejsi (tak im się przynajmniej wydaje) próbując z picia zbudować ideologię piszą o winach (zwykle w ten sposób znajdując dla siebie usprawiedliwienie). Jak już znający te łamy wiedzą, nałogu nie potępiam, świadom faktu, iż życie przejść można wyłącznie z jakimś nałogiem tak, aby karku w pustce nieodgadnionej nie skręcić. Większość z nas jednak została tak głupio z hipokryzji ulepiona, że nie przyzna się, broń Panie Boże, do tego, że coś zewnętrznego istnieje, co trzyma przy życiu, oprócz oczywiście ciupciania i 500+, a u niektórych emerytury+. Z ciupcianiem bywa coraz gorzej, bo wokół świat się waha, czy uznać je za odruch naturalny, czy też z obawy przed przeludnieniem zabronić pod karą kastracji, albo sterylizacji. Niektórzy dodali do tego polityczną poprawność i zaprawili boskimi nakazami, chociaż przynajmniej jeden prałat miał je w głębokim poważaniu. A z winem to jak z ciupcianiem, niektórzy je lubią, większość zaś boi się do tego przyznać. Z tym że ci od ciupciania nie kreują zwykle ideologii, bo mało kto recenzować potrafi własne kopulacje. Winni pijacze, za to, uwielbiają budować towarzystwo wzajemnej adoracji i tworzyć nad każdą wypitą flaszką epokowe dzieła.

Następny etap to było odchodzenie od winnej miełoczy, ciągle jednak nasączone pragnieniem opisania wszystkiego. Na specjalnym stojaku dla wypitych flaszek zbierały się stosy tych nieopisanych, przy czym coraz częściej dochodziła do mnie świadomość, że przecież nigdy ich nie opiszę. To tak, jak don Cristoforo, który nagrywa wszystkie seriale scifi, ale nie ma nigdy czasu na oglądanie. Potem odkryłem, że aby pisać o winie, nie muszę wcale pić. Wystarczy sieć i znajomość języków, a czytaczy i tak znajdę, jako że uwierzą mi na słowo, języki zaś zna ledwie paru członków towarzystwa wzajemnej adoracji. W ten sposób uwiłem sobie nieinwazyjny nałóg, sposób na codzienne zdobienie ołtarzyka, na którym wielbię próżność własną i zabijam minuty, które mi pozostały.

Doszedłem zatem do tego, iż piszę exclusivement o flaszkach godnych wedle mnie zmarnowania czasu. Stojak na puste odetchnął, śmieciarze z radością odbierają regularnie worki ze szkłem, a ja mam więcej czasu, by patrzeć na psa zabawiającego się pod stołem z kotką. No i piszę wyłącznie dla siebie, co chroni od pisania dla innych, jako że takie dla innych za wszelką cenę pisanie skutkuje zawsze sprzedażą, niekoniecznie wina. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Rankingi, wyróżnienia, oceny

Tak sobie podróżując po Italii, szlakiem wyróżnień Tre Bicchieri przyznawanych przez Gambero Rosso, podług prostych, bo regionalnych kryteriów, zauważam oczywiste oczywistości, co powoduje zawroty głowy podobne do turbulencji w opiniach wypowiadanych przez pewnego mojego ulubionego polityka. Natychmiast znajdzie się jakiś czytelnik, który chciałby uzyskać ode mnie deklarację jasną o moich preferencjach, wolę jednak pozostać przy winie, chociaż właśnie, przy okazji wspomnianych wyróżnień nos mój atakuje słodkawa lukrecja polityki. W końcu ona jest wszędzie (ta polityka, nie lukrecja).

Tym bardziej chciałbym znaleźć jakiś punkt odniesienia. Idąc regionami Gambero Rosso najwyraźniej w każdym regionie odnosi się do czegoś innego, dlatego przekonany jestem, że wino nagrodzone wyróżnieniem w jednym regionie tylko wobec innych win z tego samego regionu może być równane, gdyż już w następnym regionie nie jest wiele warte porównując je z innymi tamtejszymi winami. Wniosek taki przychodzi do głowy po tym, jak zacząłem wyróżnione wina kupować i siłą rzeczy porównywać, pytając: skąd tutaj wyróżnienie, jeśli tam go nie ma, a w moim smaku nie czuję ni cienia wartości?

Otóż to, Parker przyznaje swoje punkty w ramach jakiejś kategorii, która niekoniecznie może być lepsza, czy gorsza od innej sformalizowanej kategorii następnego przyznającego punkty. Stąd wino z 99/100 u Parkera może okazać się nic nieznaczące wśród win z supermarketów, a te należałoby rozpatrywać tylko wzajemnie wiążąc sytuację ekonomiczną, gust i sommelierską wiedzę. Wina z supermarketów mogą mieć swoje arcydzieła, zupełnie bez sensu dla koneserów ze środowiska Parkera, czy Winicjatywy. Faktycznie należałoby się zastanowić nad definicją kategorii w tak skomplikowanym artykule konsumpcyjnym, jakim jest wino, o wiele szerzej rozumiane niż wino znawców i tłustych kotów z piętnowanych elit. Nie wspomnę tutaj tego, iż każdy z nas ma własną skalę umocowaną w upodobaniach, a Vega Sicilia dla mnie zupełnie co innego znaczy, niż dla Pana Gienka z pobliskiej Biedronki.

Tak powstaje przedziwna piramida rankingów, wyróżnień, ocen, dzięki której tysiące ludzi odnajduje swoją karmę po to, by nią karmić resztę świata. Niektórzy przy okazji stają się wielcy, a już jako artyści kształtują opinie i strzegą jak oka w głowie sekretów subiektywizmu i rozmaitości, narzucając w ten sposób światu opinie jako prawdy ostateczne. W piramidzie owej  ukryte są konkretne stwory, flaszki mianowicie, z nich zaś sączony płyn za każdym razem smakuje inaczej, co dyletantów pokroju koali zmusza do nieustannego wątpienia, no bo koala nadal chce odkryć nieistniejącą prawdę, wedle której Tre Bicchieri jacyś oni przyznali takim oto flaszkom, zapominając o innych. I to by było na tyle.

Opublikowano Dodaj komentarz

Wino tak, ale dla kogo?

Oglądając ostatnio Mentalistę (jeden z moich seriali favori) zwróciłem uwagę na niby żarcik rzucony przez Patricka Jane, który przyglądając się potencjalnemu strasznemu zbrodniarzowi zauważył, że facet pija sporo dobrego wina, a zatem jest skorumpowany, no bo w końcu, jakiego normalnego człowieka stać na dobre wino. Cytuję to świadomy faktu, że akcja serialu ma miejsce w Ameryce, u nas natomiast jesteśmy na etapie 500+, pytanie więc wypadałoby powtórzyć biorąc pod uwagę ludzi normalnych i nienormalnych, a dociekliwym pozostawiam dywagacje na temat tego, co autor miał na myśli.

Ten ciężkawy bonmocik ciekawiej zabrzmiałby, gdybym chciał dopasować go do sytuacji degustatorów na różnistych winnych imprezach. Zastanawiając się nad implikacjami dochodzę do wniosku, iż jedynym oczywistym środowiskiem dla miłośników dobrego wina staje się (w kontekście rzeczywistych ekonomicznych możliwości)  towarzystwo wzajemnej adoracji zwykle związane z handlem winem. Inaczej nie byłbym w stanie pojąć, skąd się bierze kasę na te wszystkie Castillo de Cuzcurrita, Lope de Vegi de Sicilia y de Varsovia sin Vin i tak dalej? Młyn miele nieustannie tę samą mąkę i nawet plew tam nie ma, bo w tak małej grupie złotem się stały i istnieją samowicie i samoistnie, jak artefakty jakie. No raczej, skąd oni biorą kasę?

Przypadkiem lustrując sieć (o słodka lustracjo) natrafiłem na pedeefa z okólnikiem do hiszpańskich producentów, jeśli mieliby zamiar wziąć udział w imprezie za granicą i po oczach dało mi sformułowanie jasne i wyraźne: „jeśli chcesz Hiszpanię za granicą reprezentować, proponuj wina ze średniej i wysokiej półki”. Z niskiej półki, broń Boże, już nie, chociaż świat składa się zasadniczo z ochlapusów podśmietnikowych i z wielkopowierzchniowych klientów-degustatorów (i tam leży realny dochód, bo wysoka półka to towarzystwo wzajemnej adoracji z paroma miliarderami i stadem klientelskich kundli z gołymi tyłkami, do których i piszący te słowa aspiruje).

W zasadzie i w rzeczywistości takiemu jak ja faktycznie pozostaje wirtualna degustacja i wyobraźnia po to, aby wrażenia opisać, no bo jaki ochlapus jeździ po imprezach mając czterysta sześćdziesiąt złotych emerytury miesięcznie (co z pewnością może skłaniać do wybierania takich, którzy i szesnaste emerytury obiecają). W takim radosnym nastroju wracam do Mentalisty i zadowolony jestem, że nikt mnie o korupcję nie będzie podejrzewał. I to by było na tyle.