Opublikowano Dodaj komentarz

Chyba pożegnam się z FB

W znerwicowanej manii ulepszania za wszelką cenę coś przekombinowałem, wcisnąłem buton nie ten, co trzeba i nagle okazało się, że już mnie nie ma na Fejsbuku. Nie spodziewałem się, że to będzie tak łatwe, pamiętam bowiem płacze i jęki na różnych forach w sieci, gdzie ludziki uskarżały się, że z Fejsbuka odejść praktycznie się nie da. No więc, nie ma mnie na Fejsbuku i jak tu teraz żyć? Kto się nade mną użali, kto pierdnie, kiedy i ja pierdnę, kto mnie czytać będzie? Zaraz, zaraz, ale przecież kiedyś dawałem sobie dobrze radę bez Fejsbuka i jakoś tam budowałem zasięg i oglądalność. No właśnie, nawet język idzie za tryndem: oglądalność, a nie czytalność. Może rozpoznawalność?

Chyba nie ma się czym przejmować. Dane moje Zuckerberg może sobie przeżuć sto razy, jak umrę to i tak nie będą potrzebne nikomu. Nawet gdybym miał na sumieniu milion molestowalnych nadużyć, to w porównaniu do innych wydaję się wzorem niewinności, a przepraszać za to, że zawsze starałem się być człowiekiem? Nie biorę do głowy. Nawet stare historie z innej epoki nie są w stanie zaszkodzić, najwyżej mi emeryturę ktoś zabierze, ale jej jest zaledwie czterysta sześćdziesiąt PLN, więc żadna to będzie strata. Najważniejsze jest to, że przypadkiem dostałem kopa i wyrzucono mnie z cywilizacji obrazków i kciuka, czyli muszę znów zacząć robić to, co lubię. Czyli pracować i czytać, czytać i pracować, a praca jest jedyną rzeczą, która mnie trzyma przy życiu. Szkoda mi trochę tych kilkunastu osób, które jak dwór szły za mną od publikacji do publikacji lajkując, czyli dając znać, że żyć warto.

Z drugiej strony na fali zmian w ludzkim świecie Fejsbuk przesadza i wydaje się, że również przekombinowuje, czyli przegina. Pod pretekstem ochrony danych, prywatności i innych tylko im wiadomych zbiera ciągle nowe. Może tworzy w ten sposób rzeczywistość równoległą, a może upside down (świeżo jestem po 1. sezonie Stranger Things), w której Fejs nie jest już bukiem, a bardziej dybukiem. Nie biorę więc zdarzenia do głowy, ot jeszcze jeden dowód na to, że do niczego przywiązywać się nie trzeba, bo wszystkiego już nie będzie. I to by było na tyle.

P.S. Po 60 godzinach weryfikowania Fejsbuk uznał, że ja to ja i znów mam dostęp do konta. Finis histeriae.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *