Opublikowano Dodaj komentarz

Czyżby koniec pisania o winach z dyskontów?

mounierWino jako zjawisko wobec mnie zewnętrzne łączy poprzez wrażenia smakowe moje niezależne ja ze światem zewnętrznym. Jasnym jest, że zamiast wina mógłby to być dowolny inny element, dowolne zjawisko, w winie – jednak – połączyły się tak ciekawe i różne elementy, iż samo w sobie zasługuje na specjalne miejsce, dzięki niemu, bowiem, lepiej widzę drugiego człowieka, który to w nieustannym dialogu ze mną staje się dla mnie bliźnim, a w miarę jak nim się staje, wypełnia mnie treścią, wypełniony zaś treścią sam staję się rzeczywistym człowiekiem. Otóż to, staję się (człowiekiem przecież, rodząc się, jeszcze nie jestem), moje całe życie jest drogą do człowieczeństwa, stawaniem się. Będąc niepowtarzalnym, absolutnie wyjątkowym ze względu na wyłączne moje narodzenie i śmierć (nikt za mnie urodzić się nie może i nikt za mnie nie umrze) staję się przez całe życie człowiekiem, a więc mam wartość – właśnie jako stawanie się – tylko aktywnie, twórczo, tworząc w życiu samego siebie, dla siebie i dla innych (a każdy z nas równie wolny i wyjątkowy). Największy cud życia z innymi polega na tym, że każdy z nas niezależnie i oddzielnie wolny i wyjątkowy staje się dynamicznie przez całe swoje życie sobą wobec innych równie wolnych i wyjątkowych, problemem zaś nieustannym jest naruszanie równowagi w tym, co jednostkowe i społeczne.

Przed wielką transformacją walczyliśmy przeciw przesadzie, która centrum wszechświata widziała w tym, co społeczne, symbolicznie uznawaliśmy, że uwolnienie wartości każdego z nas, jako jednostki, jest walką o wolność, stopniowo – jednak – zapominaliśmy, czym taka wolność jest w istocie i po zwycięstwie znaleźliśmy się dokładnie w tym samym miejscu, z którego przedtem uciekliśmy. To, co społeczne wróciło nagle w postaci rynku, my zaś zapomniawszy, że żyć mamy po to, by każdy z nas stawał się człowiekiem, pomyliliśmy wolność ze swobodą konsumowania, a nasz wolny wybór stawał się stopniowo wyborem bezrefleksyjnego próżniactwa, zastygnięciem w fotelach z pilotem od telewizora i z puszką piwa, wolność więc stała się jedynie umiejętnością połykania, przeżuwania i trawienia, a jej wytwór zwykłą mierzwą w historii, którą zawłaszczyć potrafili sobie najsprytniejsi i najaktywniejsi. Większość przestała mieć pojęcie o tym, iż ludźmi stawać się trzeba przez całe życie, co oznacza nieustanny wysiłek i naukę.

Większość sterowana tak sprytnie i umiejętnie, iż nawet bunt pojmuje, jako walkę o szerszy dostęp do konsumpcji , wybrała bezruch, a więc ignorancję (ignorancja, bowiem, to nie tylko niewiedza, to także rezygnacja z uczenia się w przekonaniu, że świat – mityczni oni – za nas wszystko zrobi). Przed transformacją walczyliśmy o wolność, po jej uzyskaniu tak zbudowaliśmy system, aby wytwarzał jak największą liczbę konsumujących robotów, a rzesza takich robotów powinna jak najwięcej kupować. Ponieważ jednak roboty są biedne, kupować mogą jedynie tam, gdzie łaska pańska na to pozwoli. Paradoks sytuacji wynika z tego, że wino należy do świata mądrych i aktywnych, nas stać zaś jedynie na to, co dostępne w sektorze dla robotów. Nikt nie chce tego zmieniać, wydaje mi się, nawet, że taki jest nieodwracalny los współczesnego świata. Uzyskawszy wolność sami dla siebie wybieramy niewolę bezruchu, więc nie reform chcemy od władców, a coraz więcej kasy po to, by coraz więcej kupować. Stąd pisanie o winach z dyskontów ma coraz większą przyszłość, chociaż niektórzy sądzą, że temat już został wyczerpany. I to by było na tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *