Opublikowano Dodaj komentarz

Na pasku dyskontów?

A już myślałem, że nie będzie o czym pisać. Piszę, zatem, ten tekst na marginesie wpisu, który pojawił się w blogu  zdegustowany.com. Znamienity Don Sebastian, czyli autor tekstu, napracował się wielce podając kilka interesujących danych, nad którymi pochylą się raczej blogerzy, niż winni pijacze,  dotyczą bowiem naszego warsztatu. O co, zatem, chodzi i czy warto kruszyć długopisy?

Otóż od czasu do czasu zauważam poczciwego potwora z LochNess, budzącego się w sieci z braku innych tematów (w moim przypadku jest nim PARPA, bo jak nie mam o czym, to o niej pisać najlepiej), który zaczyna łaskotać karki niektórych mało wydarzonych importerów zwalających całą winę za brak klientów na, dajmy na to, blogerów, czy też na wiatr, który mógłby wiać z innej strony po to, by słońce świeciło mocniej i chlebek smakował wiecznie świeżo. Tacy, jakem już rzekł, mało wydarzeni importerzy, pochlipując w kołnierze i rękawy szukają winnych, czyli dziury w całym plastikowym korku, no i wietrzą spiski masońskie, nie mówiąc już o żydokomunie (teraz raczej katokomunie), a w winnym sektorze o spiskujących wielkich sieciach, zaś mianowicie najbardziej o Owadzie i Lidlu. Owad, bo ośmielił się podbić rynek, na którym kiedyś królowały rozkładane, ale suwerenne, łóżka, Lidl, bo wrażo bawarski, no i korporacyjnie rozpychający się na europejskim rynku, w dodatku z pomocą Bundesregierung. Oprócz żydów i masonów są jeszcze cykliści, czyli w naszej konkretnej sytuacji blogerzy (taa, bo to im przypada ta zaszczytna rola).

Don Sebastian słusznie zwrócił uwagę na ekonomiczny aspekt prowadzenia naszych blogów. Odpisałem mu w komentarzu pod wpisem, żem od początku wydał około 30.000 PLN na wina, które w 99,99% sam kupiłem (chociaż nikomu nie zabraniam przysyłania kartonami próbek, ba, nawet niekiedy takie próbki dostaję).  Jako że jestem z 1951 roku, co bardzo ogranicza moje ruchowe możliwości, nie biorę udziału w winnych imprezach, wiem jednak, że udział taki bardzo by zwiększył liczbę kartonów do degustacji. Cóż, ja tylko tak sobie po-pisuję, a że postanowiłem po-pisywać o winie i tak jakoś sobie starczą samotność zapełniać, musiałem znaleźć konkretne punkty odniesienia. Aby więc koszty uciekania od samotności zmniejszyć, kupuję wina tam, gdzie są najbliżej i najtańsze (jako że do wypasionych piwnic w Stolicy, Poznaniu, czy innym Krakowie mam cokolwiek za daleko). Wiadomo, że istnieją jeszcze sklepy Online, ponoć nielegalne, no i nie najtańsze, ja zaś staram się z prawem nie wadzić, nie do końca będąc w pisaniu moim koalą sprawiedliwym.

Podejrzewam, że takie same ekonomiczne problemy mają wszystkie winne blogerki i wszyscy winni blogerzy. Specyfika branży powoduje, że piszą o tych i dla tych, którzy im to umożliwiają, szczególnie zaś, że paru jeno – pracując w branży – ma ciągły dostęp do opisywanego materiału. Winni blogerzy są raczej biednymi misiami, dlatego uważam za pewną bezczelność pretensje niektórych importerów, iż zajmujemy się dyskontami. A czym, w mordkę jeża, mamy się zajmować? Możemy, oczywiście, od razu brać łopatę i usypać sobie nagrobki, ja jednak przed tym wolę napić się wina, chociażby z Owada, a w Bawarach wroga zobaczę, jak znów do czołgów wsiądą.

Zresztą, niektórzy importerzy zupełnie dobrze na blogerskim rynku dają sobie radę i nie pochlipują w rękaw za każdym razem, kiedy śniegiem zawieje. Uważni czytacze wiedzą, o kim piszę. Robię im nawet na moich szpaltach reklamę i zawsze pomogę, jeśli mnie o to poproszą. Wystarczy poprosić i czasami uśmiechnąć się do blogera, bo nawet jeśli w sieci, on to zawsze lubi.

A przy okazji nie bardzo rozumiem sekowania takiego, dajmy na to, domowegodoradcy, czy viniteranio. Solidarność literatów (tym, w końcu, są blogerzy) powinna cieszyć się  z faktu, że są na rynku również importerzy utalentowani, którym kasa do końca czasu i mózgu nie zeżarła i którzy lubią sobie po-pisać, nie tylko we własnym interesie. A że są konkurencją? O Chryste Panie, wszystko jest konkurencją, natomiast myślącym trzeba pomagać, a nie z blogosfery relegować. Ale tutaj pojawiają się inne potwory, przy których mój z LochNess jest malutkim misiem. I to by było na tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *