Opublikowano Dodaj komentarz

Początki kija bez końców

Czyli: jak spieprzyć najlepszy przepis na szczęśliwość radosną?

Ano zebrać wszystkie dane i oceny, postawić diagnozy, na metę dobiec, lecz pychą się kierując stwierdzić, że wiemy lepiej i zamiast  500 g mąki dać cały kilogram, zamiast 200 g cukru dać 250 i tak dalej. Zamiast ciasta będziemy mieć mamałygę, a marzenia o smaku wyrafinowanym pójdą się rypać gdzieś w śmietniku historii, pycha bowiem zabije wszystko, a jeśli do tego skojarzona z mechanicznym pojmowaniem faktów, zabije wszystko i jeszcze więcej.

To, że kij ma dwa końce, wiemy dobrze od zawsze.

Niektórzy jednak boją się, że wiedza taka zbyt trąci dialektyką, a ponieważ wychowano ich na obrazkach i nie wiedzą, że końce kija to skutek i przyczyna, wolą wymyślać kije jednokończaste. I znów pycha wymyśla kolejne formalne oszustwa, jak wąż zielony w trawach wije się, łeb wystawia i diabelskim podszeptem wmawia nam, że zawsze rację mamy i że kij może być nawet bez końców.

Dialektyki, zaś, boimy się jak diabeł  święconej wody.

Nic nie ma dla nas początku, ani końca, więc wszystko jedną jest linią bez kropek i przecinków.

Tak budujemy sobie szubienicę z własnej pychy, jako że co raz nienawiścią zasiane niebawem wyrośnie.

Ciasto piec, natomiast, należy tak, jak przepis każe, zgodnie z przykazaniami i zdrowym rozsądkiem, a tego nie zmienimy żadnymi zaklęciami. W historii pełno już było błaznów, co miarę zatraciwszy głowy pod topór kładli, najlepsze zamiary marnując.

Przebudzony dzisiejszą informacją o Nicei, a jeszcze w pamięci mając wczorajsze idiotyzmy, oddalam się w moje gąszcze załamany, bo lepiej nie będzie. I to by było na tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *