Opublikowano 1 komentarz

Popłuczyny, dyskonty, przemysł i masowa klientela

Na kanwie wczorajszego mojego Carlo Rossiego i obijającej się tu i ówdzie dyskusji o blogerowaniu/blagierowaniu dyskontów (patrz szczera wypowiedź Domowegodoradcy w odpowiedzi na wpis Zdegustowanego) nasuwają mi się następujące uwagi.

Zacytuję przy tym komentarz niejakiego Pablo pod innym tekstem Domowegodoradcy; znamienny, jako że jak w lustrze odbija pewną postawę, wynikłą z jednej strony z zupełnego braku rozumienia realiów, z drugiej zaś chyba z pogardy, może niezupełnie uświadomionej. Otóż tenże Pablo tak sobie myśli, że „nie można porównać tego samego CS czy SB na półkach supermarketów typu B lub L z winem stojącym w sklepie specjalistycznym, bo w 95% wino z B i L to niestety popłuczyny. Nie trudźmy się zbytnio, żeby wynosić to wino wyżej. Dla świata winiarskiego jesteśmy Trzecim Światem i trzeba się z tym pogodzić. Wina w L czy B nie wolno wynosić i chwalić, bo to są zlewki ze świata winiarskiego i Pan o tym dobrze wie. Nie promujmy supermarketów w kwestii wina, bo to szkodzi i jakości i poprawie pijalności w Polsce dobrych win”. I tak myśli sporo osób, nawet zajmujących się winem zawodowo.

Firma E. & J. Gallo Winery zarobiła pieniądze rzucając na rynek produkt, który w ówczesnej Ameryce, świeżo po prohibicji i w kryzysie, najbardziej do tego rynku pasował, jako że Bracia Gallo w genialny sposób wyczuli rynek (czego, niestety, nie mogę powiedzieć o narzekających na wszystko współczesnych winiarzach). W taki sam sposób wyczuwają rynek duże sieci (takie jak Owad czy też Bawarowie z L). Polega to na zupełnie innej filozofii zarabiania pieniędzy (nie wspomnę tutaj o moralności, wyzysku i takich tam różnistych imponderabiliach, bo w zarabianiu pieniędzy zupełnie nie o to chodzi). Otóż Bracia Gallo dali biednym napój w reklamie wmawiając, że jest to zupełnie to samo, co smakuje zasobnym. Bracia Gallo zrozumieli, że pieniędzy nie zarabia się na bogatych. Prawdziwy zysk ukryty jest na rynku biednych, czyli w 90% społeczeństwa. Ich sukces to smakowe napoje wzmacniane, które w pewnym sensie miały w PRL odpowiednika w słynnym jabolu. Bracia Gallo wiedzieli również i to, co wiedzą współczesne korporacje: nie wolno dopuścić do tego, by biednym żyło się za dobrze, bo wtedy straci się klientelę. Biednym trzeba oferować produkty podobne do tradycyjnych, wytwarzane jednak przy najniższych możliwych kosztach produkcji (i tak postępują współcześnie wielkie sieci handlowe). Dlatego coraz częściej spotykamy w sieciach napoje tanie i dobre smakowo, chociażby Ribera del Duero (za 20,00 PLN).

Otóż nie są to wcale popłuczyny (jakież to pogardliwe traktowanie 90% rynku). Współcześnie są to zupełnie inne wyroby, niekiedy całkiem dobre zamienniki wytwarzane przemysłowo i jedynym szkopułem jest ich definicja, jako że uczciwość nakazywałaby ujawniać, co się sprzedaje. No, ale w zarabianiu pieniędzy nie chodzi wcale o uczciwość. To, akurat, wszyscy wiemy.

Geniusz Braci Gallo pozwolił im zrozumieć jeszcze jedną zasadę: nie oferuj smakowych skrajności. Zmieniając stopniowo segmenty rynku (obserwując bogacenie się społeczeństwa) cały czas dbali oni (i dbają ich następcy) o to, aby smak sprzedawanych napojów na tyle był pozbawiony skrajności, by prawie każdy klient był z nich zadowolony. Od najbiedniejszych, którym oferowali amerykańskie Mamroty stopniowo przechodzili do klasy średniej i w ten sposób opanowali świat. Teraz mają kasę i mogą sobie pozwolić nawet na sprzedaż win tradycyjnych w segmencie zarezerwowanym dla sklepów specjalistycznych. Cały czas, jednak chodzi im o masę (tutaj można mieć małe marże i sprzedawać miliardy produktów). I tak zarabia się pieniądze.

Podobnie myślą właściciele wielkich sieci, świadomi jednak faktu, że biednego klienta lekceważyć nie wolno, dlatego z pewnością żadnych popłuczyn nie oferują. No może bywają wyjątki, ale te dotyczą raczej wielkich krajowych hurtowników, którym zależy na szybkim obrocie i którzy zlewają do butelek wszystko, co im w kadziach z całej Europy pozostało.

Jedno jest pewne. Polski neokapitalizm niewiele ma wspólnego z geniuszem Braci Gallo. Ich myślenie możliwe jest tylko w takiej Ameryce, gdzie co, jak co, ale biznes się szanuje. W Polsce nikt do końca nie wierzy, że to wszystko potrwa dłużej i każdy pazernie chce nachapać się natychmiast. Dlatego każdemu zależy na jak najwyższych marżach przy jak najniższych nakładach wysiłku, no bo trzeba mieć czas na konsumowanie życia. Polski neokapitalizm myśli tylko o tym, jak zarobić wśród 20% najbogatszych Polaków, a gołodupców z Powiatowej zostawia obcym sieciom, narzekając jedynie od czasu do czasu i wrzucając w sieć epitety typu popłuczyny.

Rynek „prawdziwego” wina w Polsce byłby dużo większy, gdyby zostawiono nas w spokoju przez jakieś 100 lat. Wtedy i neokapitaliści nauczyliby się zarabiać pieniądze i masy konsumentów zaczęłyby szukać zdrowia i tradycji, uciekając od przemysłu (tak, jak to się dzieje wśród wegetarian i wegan). Na razie wybieramy się na wojenki z Chinami, czy z Iranem, więc spokój z pewnością nam nie grozi. Najwyżej pozostaniemy w strefie sprzedaży firm takich jak E. & J. Gallo Winery (to jest wersja optymistyczna). I to by było na tyle.

1 komentarz do: “Popłuczyny, dyskonty, przemysł i masowa klientela

  1. A kto pił chińskie wino? Choć mają duże powierzchnie upraw…podobnie Iran – ale oni eksportują rodzynki……czy ewentualne „wojenki” przełożą się na rynek wina w Polsce? Wcześniej „nasi” neokapitaliści zmądrzeją…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *