Opublikowano Dodaj komentarz

Słowami rzeczywistości zaklinanie

Czyli nadszedł czas szamanów. Tych kilka procent rozumiejących, że sekret władzy ukryty jest w umiejętności myślenia, zrobiło wszystko, aby reszta od myślenia odeszła. Pomógł w tym postęp zaciemniający gadżetami istotność i związane z opanowaniem gadżetów zdolności wzrokowego odczuwania emocji. Przestał liczyć się mózg, a percepcja skoncentrowała w oczach (grafika i wszyscy ci, którzy dobrze chcąc nawołują, aby nie publikować tekstów bez obrazków, bo bez obrazków be) i w kciuku (jasne, że stosuję ogromny skrót myślowy). Kciukiem wybieramy obrazki. Obrazki nam się podobają, albo nie, czyli wzbudzają w nas emocje. Przestało zupełnie obchodzić, dlaczego i po co właśnie na obrazku pojawia się gruby facet; wystarczy, że jest śliczny, albo ohydny. Przyczynami i skutkami niech zajmują się za nas inni. Nam potrzebne są obrazki, doszliśmy zatem do osiągania przyjemności nawet bez butelki. Masturbacja bez plemników, czyli w końcu to, o co chodziło dotąd wszystkim moralizatorom i tutaj, jeśli dobrze się zastanowić, należy szukać wo liegt der Hund begraben.

Osobiście wolę z plemnikami, chociaż w moim wieku sprawa jest raczej trudna. Otóż pozostało kilka procent kumających i oni ciągną za sznurki. Do tego zrobią wszystko, aby było po ich myśli, bo potrzebują rzesz nabywców po to, by zbyć jak najwięcej gadżetów. Oni wiedzą, że największa kasa jest tam, gdzie największa bieda, bo miliardy biednych z groszowym zyskiem od sztuki są wdzięczniejszym rynkiem niż paru nadętych bogatych, w dodatku z reklamacjami i pretensjami. Rozumieć należy, że w winnym rynku pracując mamy bardziej do czynienia z tymi paroma nadętymi, a biedacy nie staną się naszą grupą docelową, chociaż udajemy, że los ich wielce świat zajmuje (chyba tak wypada). Kilka procent kumających to szamani. Żonglują oni słowami i kleją przed światem durnia, aby dość proste prawdy  zaciemnić do granic rozumienia. I tutaj przechodzę do winnego remu.

Ambicje blogera popychają mnie (i nie tylko mnie) ku grupie kumających, oni jednak blogów nie czytając mają takich jak ja w wielkim poważaniu. Zauważam przy tym, że zjawisko dotyczy wszystkich inteligentów w wytartych porciętach, do nich zaś zaliczyć należy prawie wszystkich o winie piszących i to nie tylko takich na nadwiślańskich piaskach. Ci jednak, co kumają, mają ogromnie dużo kasy, my natomiast posiadamy ambicje. Co więc robimy, aby rzesze, czytaj masy, czytaj biedni i nie całkiem wbrew pozorom suwerenni, zauważyli w nas wyrocznie, godne uwielbienia? Czym ukrywamy wytarte nasze porcięta, a niekiedy wręcz gołe tyłki? Tym, czym potrafimy żonglować najlepiej. Słowami.

Stąd ten tekst. Czytając setki recenzji, nie tylko polskich, zjawisko jest uniwersalne, otwieram szeroko gębę, bo ciągle mnie zadziwia, że słodkie słodkim być nie powinno, ani kwaśne kwaśnym, jako że zbyt są przaśne zwyczajne smaki i wiedza. W recenzjach nawija się makaron gubiąc sens i miarę i nawet ja, jako tako wyrobiony, z trudem rozumiem meandry myśli, a już nigdy nie jestem pewien, czy słodkie faktycznie jest słodkie, a kwaśne kwaśne.

Ma to wszystkie cechy szamańskich zaklęć wypowiadanych nocą na preriach przez tańczących z wilkami, byleby tylko naród oniemiał, nie zrozumiał, no i wino wraz z tekstem o nim kupił. A w nosie mamy, czy wino takie potem do zlewu wyleją. Ważne jest by czytali. I tak zakręciwszy ogonem przyznaję, że większości winnych recenzji ni hu hu nie rozumiem i zrzucam to na karby ograniczenia mego, oraz wielkiej polityki. Co by było na tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *