Opublikowano 2 komentarze

Wino, etyka i marketingowy majstersztyk

Chyba jestem trochę staroświecki, mimo bardzo współczesnych zainteresowań i – ośmielę się to stwierdzić – umiejętności. Oprócz tego, poza bardzo powierzchownym optymizmem, jestem strasznym pesymistą, od wielu lat starającym się zgłębić sekrety własnych bliźnich i dochodzącym do bardzo Koala_wpisysmutnych wniosków. Zgadzam się, że pewne kalifornijskie wino stało się, dzięki intelektualnemu wysiłkowi agencji reklamowych, przykładem marketingowego majstersztyku, ciągle jednak uważam, że nie o intelektualny wysiłek sił zewnętrznych tutaj chodzi, lecz o rzeczywistą wartość samego wyrobu, bowiem sprzedawany jest on potem w sklepach jako wino, nie zaś wartość dodana. Przypomina mi to trochę pozycjonowanie stron internetowych, kiedy to klienci wymagają od agencji reklamowych i pozycjonerskich cudów niewidów po to, aby portal zaistniał, podczas gdy jako portal nie ma on żadnej, ale to żadnej wartości. Reklama i umiejętne jej wykorzystanie może dokonać cudów, chodzi jednak o to, aby te cuda służyły czemuś, nie tylko zyskowi dystrybutorów, bo trudno tu mówić o producentach. Otóż tutaj pojawia się mój głęboki pesymizm, który mówi mi, że takie wino dla rzeszy szaraków wcale nie stanie się punktem odniesienia w drodze do czegoś lepszego, jako masa bowiem jesteśmy tylko zbiorem jednostek idących po najmniejszej linii oporu, za modą, lub przede wszystkim kierowani lenistwem (o tym, że lenistwo jest motorem postępu, wiemy od dawna, o ile nauczono nas myśleć pojęciami, nie zaś schematami z obrazków na monitorze tableta, czy ekranie telewizora). Jeżeli wszędzie jest takie, a nie inne wino i jeśli – do tego – kosztuje stosunkowo tanio, to mój kciuk wcale nie zaprowadzi mnie na strony o Pomerolu, bo czasu nie ma, no i, bo po co? Po to, aby szarak odbił się od wina kupionego w stacji benzynowej, musi na nim zostać wykonana tytaniczna praca wychowawcza, lub też Justin Bieber musi zachęcić go do innych zainteresowań. Tutaj też lepiej nie będzie (i znów “bunt mas” i Ortega y Gasset kłania się z szyderczym uśmieszkiem). Zresztą, jeżeli spece od reklamy mogą – dzięki reklamowym majstersztykom – sprzedać nam wszystko, to: czy sprzedawać wszystko im wolno?

Opublikowano Dodaj komentarz

Stąd krok jeden do etyki biznesu

Snując fragmentarycznie takie rozważania pojawia się zza węgła imperatyw marketingu etycznego. Od wina więc przechodzimy do zagadnień o wiele głębszych, ale to właśnie wino widziane nie tylko jako sposób na umoczenie dzioba dodaje sił i ochoty, aby ze światem się nie godząc, ówże zaakceptować. Niepowtarzalna lekkość bytu zawarta w nieskończonej kombinacji smaków narzuca myśl o Absolucie, a Absolut wnioski na temat etycznego, lub nieetycznego charakteru niektórych naszych działań. W ogóle kraj mój w okresie transformacji zbyt łatwo zapomina o nadrzędności etyki (dekalogu, jak kto woli) i to w codziennym życiu (a więc także w handlowaniu) i robi wszystko tak, jakby za chwilę świat miał się skończyć  (więc za wszelką cenę musimy się nahapać, nie bacząc na innych, a po nas choćby potop). O zgrozo postępują tak również i ci, którzy zawodowo z etycznym wychowaniem człowieka są związani i świadczą w ten sposób, że wiary w nich żadnej nie ma  i że jedynie o brzuchach swoich myśląc do bałaganu bieżącego w ludzkich głowach się przyczyniają. Częściej (nie więcej) pić wino i myśleć, że bycie po stronie biednego rynku ekonomicznie opłaca się najbardziej… Dlatego też od czasu do czasu o etyce pazernego naszego biznesu będę sobie pisywał, drażniąc i podpuszczając, bo taki los outsiderów, że podpuszczać muszą.