Opublikowano Dodaj komentarz

Internet, wino i prostota cepa

Od lat wiadomo, że po urzędnikach nie można spodziewać się niczego racjonalnego, cudów – więc – z nimi nie będzie. W zamierzchłych czasach istniało pojęcie sabotażu gospodarczego, dzisiaj – w epoce oszalałej demokracji  – możemy jedynie domyślać się, że pozornie ogłupiały urzędnik w istocie reprezentuje interesy ekonomiczne zupełnie innych kręgów. Dlatego nie będę narzekał na złą wolę Ministerstwa Gospodarki, czy też Ministerstwa Zdrowia, po prostu widzę w postawie urzędniczej inne interesy i sądzę, że walka z nimi przypomina bicie głową o mur. Taka tragiczna, w istocie, prawda, sprawia, że rozglądam się za zupełnie innymi i legalnymi rozwiązaniami, do których żaden nasz urzędnik nie może się przyczepić. Jeżeli – w mniemaniu urzędników – nasze przepisy nie pozwalają na sprzedaż wina przez Internet, a można to robić w pozostałych krajach Unii (transakcja zachodzi w miejscu, w którym realizowana jest płatność, kurier zaś jest jedynie narzędziem dostawy), to przecież najprostszym sposobem jest rejestracja firmy sprzedającej w dowolnym kraju, gdzie taka sprzedaż jest dopuszczona, sklep internetowy umieszczając na serwerze poza naszymi granicami i podając wszystkie dane prawnie obowiązujące poza terytorium Najjaśniejszej i sprzedaż, ile wlezie, w majestacie obowiązujących we Wspólnocie przepisów chroniących swobodny przepływ usług i towarów pomiędzy krajami członkowskimi. Trochę to przypomina drzwi otwartych otwieranie, ale może trzeba ciągle przypominać o konieczności myślenia?

Opublikowano Dodaj komentarz

Hasztagi, albo absolutny przerost formy

Czyli o tym, jak Jakub Żulczyk mówi, jak żyć. Jak żyć, Panie Premierze, jak żyć? Pojawiająca się w moich krótkich formach internetowych trójca: Internet, rynek masowy, autorytety ( o winie celowo milczę, gdyż nie o nim tym razem, chociaż blisko) odnajduje się, całkiem nieźle, w innych blogach (mam wrażenie, że ze względu na notoryczny brak współczesnych autorytetów, jest to temat przez pewne media lansowany, lecz nie ośmielę się nawet tutaj spiskowych teorii przedstawiać, sobotnie leniwe i gorące popołudnie w ogóle nie sprzyja myśleniu…) Znalazłem otóż, za pośrednictwem całkiem obcego onetu, tekst samobiczujący współczesnego inteligenta, poważę się nawet i stwierdzę, że intelektualisty, który lamentuje publicznie nad tym, jak bardzo jest ograniczony z winy masowego wylęgu form internetowych. Zapraszam do lektury tego tekstu tutaj, sam zaś zajmę się jego egzegezą, czyli nabożnym podziwianiem. Jako członek  “bandy przyspawanych do internetu, otępiałych od przestymulowania idiotów” z radością przyjmuję, że ktoś zauważył coś, co badacze kultury masowej, filozofowie i paru innych socjologów opisali chyba z tysiąc razy (nawet jeszcze przed wojną). Swoista kokieteria samosiębiczującego (nie stosuję tutaj jego ulubionego sloganu podniesionego z rynsztoka, gdyż obce mi są podobne formalne zabiegi) autora pozwala mi przypuścić, że chodzi tutaj o kolejną prowokację i o to, że ta przyspawana do sieci banda zainteresuje się Panem Jakubem tylko wtedy, jeśli ten jej (i sobie) naubliża. Otóż nie do końca tak jest i żal tylko, iż głębokie problemy zostały w tym tekście potraktowane dokładnie tak, jak to, co Pan Jakub krytykuje. Przeciwstawianie się formie, która przerosła treść jest stare jak świat, pamiętać jednak trzeba, że treść artykułuje się wtedy, kiedy jest na tyle dojrzała, aby mogła uznać się (sama z siebie i dla siebie) za ważną. Wtedy zaczynają mieć sens również i hasztagi, i lajki, i inne bajery współczesnej masowej komunikacji. To, że znakomita większość użytkowników sieci posiłkuje się tylko jej formalnymi zdobyczami, nie oznacza wcale, że wśród nich nie ma geniuszy, którzy któregoś dnia stworzą własne dzieła i staną się kolejnymi autorytetami. Internet, hasztagi i inne bajery (i wcale nie trzeba do tego szargać się po rynsztokach) są tylko nośnikiem, na którym talent, jeśli jest talentem, pokaże się światu i uzasadni konieczność swojego istnienia. Czego i Panu Jakubowi życzę…

Opublikowano Dodaj komentarz

Rafinowanie smaku–edukacyjne funkcje Internetu

Jedynie autorytety mogą próbować zaistnieć w sieci po to, aby wypełniać zadania edukacyjne, w naszym przypadku po to, aby rafinować smak masowego winnego klienta. Potwornie trudne zajęcie, także z powodu czysto fizycznych ograniczeń. Dajmy na to: autorytet znajduje znakomite wino, pragnie podzielić się jego znakomitością z masowym odbiorcą, ale musi napisać prawdę, że wino to dostępne jest jedynie, powiedzmy w Częstochowie, w piwnicach tamtejszego dystrybutora. Już to ogranicza możliwości wpływu na masowość. Swoisty elitarny charakter kłóci się tutaj z pragnieniem dotarcia do wszystkich. Pozornie drobna sprawa, a przecież o fundamentalnym znaczeniu. Jeżeli Internet i jego autorytety chcą wpływać na masowego odbiorcę, muszę zrezygnować z elitarności po prostu po to, aby nie popadać nieustannie w sprzeczność z powodu braku możliwości weryfikacji ich opinii w ramach klienckiego mlaśnięcia ozorem w kieliszku. Trudno mi jechać po wskazane dobre wino na drugi koniec Polski, a stać mnie jedynie na zakupy w pobliskiej Biedronce (w przypadku wina sklepom internetowym troszeczkę nie dowierzam, to nie drukarka, czy też telewizor). Opowiadania o wspaniałej degustacji, która odbyła się w ramach targów w Budapeszcie, jest trochę ustawianiem masowego internetowego klienta za szybą witryny cukierni, do której nas nie wpuszczą. Owszem, może to rozbudzać ambicje, niektórzy zechcą wspiąć się na wyżyny i zaczną uczestniczyć, dla większości jednak może to okazać się kolejną przyczyną frustracji, a ta – jak wiadomo – rodzi agresję i tak dalej, i tak dalej. Tak więc, aby Internet winny spełnił edukacyjną smakotwórczą rolę, powinien opisywać zjawiska dostępne i łatwe do zrealizowania. Skazany więc jest na opisywanie sytuacji winnej w dużych sieciach, gdyż one docierają do wszystkich. I znów pułapka smaku nie-smaku dla masowego klienta i amerykański wzorzec à la “carlo rossi”. Trochę się kręcę za własnym ogonem i czyżby nie było tutaj żadnego sensownego rozwiązania?