Opublikowano Dodaj komentarz

Kolumb, winiawka i masy

Otóż, aby wszystko było jasne: Kolumb nie wiedział, że dopłynie do Ameryki, a koala winiawkę szanuje, bo stara się szanować wszystkich ludzi, bogatych i biednych, wesołych i smutnych.  Jest prawdą dość powszechnie znaną i uznaną, że 99,99 człowieczeństwa na świecie posiada 0,01 dostępnego kapitału, a Koala_wpisypozostałe 0,01 człowieczeństwa dzierży resztę, czyli 99,99 kapitału (i nie jest takie stwierdzenie żadnym statystycznym zabiegiem, taka – po prostu – jest oczywista oczywistość). Ludzie, delikatnie nazywając, niezasobni stanowią największy światowy rynek, a zgniły kapitał zbija się przede wszystkim na takim rynku, nie na rynku elit i bogaczy.

Jakoś tak sobie przyjęliśmy, że wina do 30,00 PLN za butelkę to wina dla mniej zasobnych i recenzujemy je zgodnie z kryteriami, które sam lansuję jako kryteria winiawki. Buszując w sieci znalazłem coś takiego, jak Plonk Wine Club, gdzie za winiawkę (plonk) uważa się wino do 30 USD, co oznaczałoby, że nasze do trzech dych ociera się o jedna trzecią winiawki światowej. Wnioski pozostawię czytaczom, z pewnością parę z nich jeszcze wykorzystam, bo blog musi się czymś karmić.

Nie jestem żadnym rewolucjonistą, ani innym wywrotowcem. Zauważam też, że zwiększając powoli masę całego światowego kapitału także niezasobni stają się (bardzo powoli) zasobniejsi, dzięki czemu świat unika zbyt gwałtownych wstrząsów, nauczywszy się czegoś po moskiewskich i berlińskich eksperymentach z zeszłego stulecia. Rolą takich misiów jak ja jest, jednak, nieustanne pilnowanie, aby winiawka zachowała w miarę przyzwoity charakter i aby masy miały jakiś punkt odniesienia (w przeciwnym wypadku ich rewolta i bieg do elit straci jakikolwiek sens). Pijąc te moje wina z dyskontów zauważam wśród nich niezłe i – niestety – kiepskie, co świadczy tylko o tym, że niektórzy „havno” sprzedając zbyt szybko chcieliby się wzbogacić moim kosztem, co z kapitalizmu zamienia się w wyzysk, a tego cóś, w mordkę jeża, nie lubię.  Przypominam, więc, wszem i wobec, że zbyt nachalny wyzysk jest atrybutem głupiego kapitalisty, który – owszem – raz szybko się wzbogaci, aby potem klientów utracić.  Oferując winiawkę z ordynarnego koncentratu, z dwutlenkiem siary kapiącym z korka, butelkujący wina dystrybutorzy z całego świata zapominacie o tym, że zawsze możemy napić się rodzimego jabola, o którym przynajmniej wiemy, że z jabłek naszych jest i tańszy.

Opublikowano Dodaj komentarz

Odrobina goryczy, a więc pesymizm

Odpowiada mi sposób patrzenia na rzeczywistość z wywiadu, jakiego udzielił w sieci Tomasz Jacyków. Jest w tym chwalebna próba oderwania się od wszechmocnego dyktatu mas. Jednak przenosząc rzecz na grunt smaków i w kontekście poglądów Ortegi y Gasseta czarno to widzę. Otóż odważne stwierdzenie na temat brudnych skarpetek może się w powszechnej opinii spotkać nie z pragnieniem wyprania tychże, lecz ze stwierdzeniem, że skarpetek niepranie jest normą, bowiem tak robią wszyscy, a wszyscy to właśnie ci, którym nie tylko nie chce się być innymi (czytaj lepszymi), lecz którzy innymi właśnie być się obawiają. Być innym to korzystać z własnej wolności. Masy w drodze do wolności nie chcą swobody dokonywania decyzji w szeregu alternatyw, one chcą błogiego spokoju takosamości, a jedyną wolnością, jaką cenią, jest wolność nieograniczonego konsumowania. Chleba i igrzysk, nic więcej. Co tam smród, co tam brudne skarpety, my chcemy mieć przede wszystkim święty spokój. A nasza wolność? Ta redukuje się jedynie do prawa swobodnego trawienia nabytego i przeżutego towaru. Paradoksalnie więc masowa konsumpcja wina może resztkę indywidualnego elitaryzmu uratować przed dyktatem rzeszy barbarzyńców (jeżeli nie zatonie w standardowej  konsumpcji masowej pozbawionej skrajności smaków karlowo grossowej) wraz z  wysiłkami uciążliwymi w trakcie rozumienia, dlaczego Cabernet Sauvignon jest taki, a Merlot taki i czy, i który pasują do jakiego mięsa, i do jakiej torebki). Panie Jacyków, walcząc o przyzwoitość w trakcie smakowania wina, stajemy z Panem po tej samej stronie, no bo jak smakować „tempranillo” ze śmierdzącymi nogami?

Opublikowano Dodaj komentarz

Trochę o masach według Ortegi (co pozwoli łatwiej zrozumieć rynek wina, lub też sprawę jeszcze bardziej zagmatwa)

Hiszpański filozof Ortega y Gasset napisał “Bunt mas” w 1929 roku, jeszcze przed Drugą Wojną Światową. Wiele się od tamtego czasu na świecie zmieniło, a przecież nie możemy odmówić Panu Ortedze przenikliwości. Oto obszerne fragmenty z pierwszego rozdziału eseju:

“Jesteśmy obecnie świadkami pewnego zjawiska, które, czy tego chcemy, czy nie, stało się najważniejszym faktem współczesnego życia publicznego w Europie. Zjawiskiem tym jest osiągnięcie przez masy pełni władzy społecznej. Skoro masy już na mocy samej definicji nie mogą ani nie powinny kierować własną egzystencją, a tym mniej panować nad społeczeństwem, zjawisko to oznacza, że Europa przeżywa obecnie najcięższy kryzys, jaki  może  spotkać  społeczeństwo,  naród  i  kulturę.  Historia  zna  już  takie  wypadki.  Znane  są  także charakterystyczne rysy i konsekwencja takich kryzysów. Mają one też w historii swoją nazwę. Zwą się: buntem mas.

Aby  zrozumieć  w  całej  rozciągłości  owo  przerażające  zjawisko,  należy  przede  wszystkim  unikać przypisywania  takim  słowom  jak  „bunt”,  „masy”,  „władza  społeczna”  znaczenia  wyłącznie  czy  głównie politycznego. Życie publiczne nie ogranicza się jedynie do sfery polityki, należy do niego również działalność intelektualna,  moralna,  gospodarcza,  religijna;  obejmuje  ono  wszelkie  sfery  życia  zbiorowego,  włącznie  ze sposobem ubierania się czy zabawy. Tak więc najlepszym sposobem przybliżenia czytelnikowi tego historycznego zjawiska jest ukazanie jego wizualnego  aspektu,  a  przy  tym  uwypuklenie  tych  rysów  nowej  epoki,  których  istnienie  możemy  naocznie stwierdzić. Owym  faktem  nadzwyczaj  prostym  do  określenia,  choć  nie  do  analizowania,  jest  coś,  co  nazywam  zjawiskiem  aglomeracji,  zjawiskiem  „pełności”.  Miasta  pełne  są  ludzi.  Domy  pełne  są  mieszkańców.  Hotele pełne  są  gości.  Pociągi  pełne  są  podróżnych.  Kawiarnie  pełne  są  konsumentów.  Promenady  pełne  są spacerowiczów. Gabinety przyjęć znanych lekarzy pełne są pacjentów. Sale widowiskowe, o ile przedstawienie nie jest zrobione „na poczekaniu”, nie jest improwizacją, pełne są widzów. Plaże pełne są zażywających kąpieli.
To,  co  kiedyś  nie  stanowiło  żadnego  problemu,  a  mianowicie:  znalezienie  miejsca,  obecnie  zaczyna  być  powodem niekończących się kłopotów. Ot,  i  wszystko.  Czy  trzeba  szukać  zjawiska  bardziej  zwykłego,  bardziej  znanego  i  bardziej  stałego  w  naszym  współczesnym  życiu?  Spróbujmy  przekłuć  powierzchnię  tej  obserwacji,  a  staniemy  zdumieni  przed niespodziewanym  źródłem,  w  którym  odbijające  się  światło  dnia,  naszego  obecnego  dnia,  objawi  cały  jego bogaty, wewnętrzny koloryt.  Cóż  takiego  zobaczymy  i  czegóż  to  widok  tak  nas  zadziwi?  Ujrzymy  tłum  jako  taki,  korzystający  ze stworzonych przez cywilizację pomieszczeń i urządzeń. Po krótkim namyśle zadziwi nas własne zdumienie. Bo czyż nie jest to sytuacja idealna? Miejsca w teatrze są przecież stworzone po to, by je zajmować, a zatem chodzi  o to, by sala była pełna. To samo można powiedzieć o miejscach siedzących w pociągu i pokojach w hotelu. Tak, fakt ten nie ulega wątpliwości. Rzecz jednak w tym, że przedtem pomieszczenia te nigdy nie bywały pełne,  natomiast teraz często są przepełnione, a co więcej, nie wszyscy, którzy chcieliby z nich skorzystać, mogą dostać się do środka. Tak więc, chociaż jest to zjawisko naturalne i logicznie uzasadnione, to jednak trzeba sobie zdać  sprawę  z  tego,  że  kiedyś  ono  nie  istniało,  a  obecnie  jak  najbardziej  istnieje;  a  zatem  mamy  do  czynienia  ze zmianą, z nowością, która usprawiedliwia, przynajmniej początkowo, nasze zdziwienie. Zdziwienie,  zaskoczenie  to  początek  zrozumienia.  To  specyficzny  i  ekskluzywny  sport  i  luksus  intelektualistów.  Dlatego  też  charakterystycznym  dla  nich  gestem  jest  patrzenie  na  świat  rozszerzonymi  ze zdziwienia źrenicami. Cały otaczający nas świat jest dziwny i cudowny, jeśli nań spojrzeć szeroko otwartymi  oczami. To właśnie, uleganie radosnemu zdziwieniu, jest rozkoszą dla futbolisty niedostępną, natomiast dzięki niej  intelektualista  idzie  przez  życie  pogrążony  w  niekończącym  się,  wizjonerskim  upojeniu,  którego  oznaką  zewnętrzną jest zdziwienie widoczne w oczach. Dlatego też dla starożytnych symbolem Minerwy była sowa, ptak, którego oczy są zawsze szeroko otwarte, jak gdyby w niemym zdziwieniu.

Aglomeracja, przepełnienie – były to zjawiska, które niegdyś należały do rzadkości. Dlaczego obecnie  stały się tak częste? Obecne tłumy nie wyłoniły się z nicości. W okresie ostatnich około piętnastu lat liczba ludności nie uległa  jakimś  większym  zmianom.  Wydaje  się  rzeczą  naturalną,  że  po  zakończeniu  wojny  liczba  ta  nawet  nieco zmalała. [uwaga moja, pamiętajmy, że On to pisał przed Drugą Wojną Światową] I tak dochodzimy tu do pierwszego ważnego stwierdzenia. Osoby składające się obecnie na owe tłumy  istniały  również  wcześniej,  ale  nie  jako  tłum.  Rozproszone  po  świecie,  samotne  bądź  w  małych  grupkach, wiodły żywot oddzielny, niezależny, jak gdyby w pewnej odległości od innych. Każda taka osoba czy grupka zajmowały własne miejsce bądź to na wsi, bądź w miasteczku, bądź w dzielnicy dużego miasta.  Teraz  nagle  przybrały  kształt  aglomeracji  i  gdziekolwiek  spojrzymy,  mamy  przed  oczami  tłumy.  Gdziekolwiek?  Ależ  nie;  dokładniej  rzecz  biorąc  w  miejscach  najlepszych,  będących  stosunkowo wyrafinowanym tworem kultury ludzkiej, które uprzednio zarezerwowane były dla mniejszej liczby ludzi, dla mniejszości.  Tłum stał się nagle widoczny, zajął w społeczeństwie miejsce uprzywilejowane. Przedtem, jeżeli nawet istniał, to pozostawał nie zauważony, był gdzieś w tle społecznej sceny; teraz wysunął się na sam środek, stał się główną postacią sztuki. Nie ma już bohaterów, jest tylko chór. Pojęcie tłumu ma charakter ilościowy i wizualny. Przetłumaczmy je, nic w nim nie zmieniając, na język socjologii. Okaże się, że mamy do czynienia z ideą mas społecznych. Społeczeństwo jest zawsze dynamicznym połączeniem  dwu  czynników:  mniejszości  i  mas.  Na  mniejszość  składają  się  osoby  lub  grupy  osób charakteryzujące  się  pewnymi  szczególnymi  cechami.  Natomiast  masa  to  zbiór  osób  nie  wyróżniających  się niczym szczególnym. Tak więc pod słowem „masy” nie należy rozumieć wyłącznie czy przede wszystkim „mas robotniczych”. Masy to „ludzie przeciętni”. W ten sposób to, co było jedynie ilością, tłum, nabiera znaczenia jakościowego;  staje  się  wspólną  jakością,  społeczną  nijakością.  Masy  to  zbiór  ludzi  nie  wyróżniających  się niczym  od  innych,  będących  jedynie  powtórzeniem  typu  biologicznego.  Co  udało  nam  się  uzyskać  dzięki owemu  przejściu  od  ilości  do  jakości?  To  bardzo  proste:  dzięki  przejściu  do  drugiego  zrozumieliśmy pochodzenie pierwszego. Jest rzeczą oczywistą, wręcz banalną, że jeśli tłum tworzy się w normalny sposób, to u  ludzi stanowiących go pojawiają się zbieżne dążenia, idee czy podobny styl życia. Mówi się często, że to samo dzieje się nieuchronnie z każdą grupą społeczną niezależnie od tego, jak elitarną chciałaby być.

I rzeczywiście;  ale jest jedna zasadnicza różnica. W  grupach,  które  nie  są  tłumem  czy  masą,  rzeczywiste  podobieństwo  ich  członków  wynika  z  jakichś wspólnych dążeń, wyznawania jakiejś wspólnej idei czy poszukiwania podobnego ideału, które to cele same w sobie przyciągają dużą liczbę ludzi. Dla powstania jakiejkolwiek mniejszości konieczne jest, by uprzednio każdy  z jej członków wystąpił z tłumu, kierując się jakąś specjalną, stosunkowo indywidualną, racją. A zatem jego podobieństwo do innych członków mniejszości jest wtórne, jest faktem zaistniałym już po wyodrębnieniu się jednostek z tłumu, przez to samo zaś jest w dużej mierze podobieństwem w niepodobieństwie. Bywa, że cechą wyróżniającą członków danej grupy jest ich konflikt ze społeczeństwem; istnieją w Anglii grupy ludzi, którzy sami siebie nazywają „nonkonformistami”, co znaczy, że łączy ich jedynie to, że nie zgadzają się z tłumem. Owo dążenie do łączenia się w mniejszość po to właśnie, by przeciwstawić się większości, jest charakterystyczne dla procesu  powstawania  każdej  mniejszości.  Mallarme,  mówiąc  o  niewielkiej  grupce  ludzi,  którzy  przyszli posłuchać  koncertu  wybitnego,  ale  trudnego  muzyka,  powiada,  że  obecność  tej  małej  liczebnie  publiczności podkreśla nieobecność nieskończenie liczniejszego motłochu.  Rzeczywiście, masy można zdefiniować jako zjawisko psychologiczne; nie musi to być koniecznie tłum złożony z indywidualnych jednostek. Możemy łatwo stwierdzić, czy dana osoba należy do masy czy nie. Masę stanowią  ci  wszyscy,  którzy  nie  przypisują  sobie  jakichś  szczególnych  wartości  –  w  dobrym  tego  słowa znaczeniu czy w złym – lecz czują się „tacy sami jak wszyscy” i wcale nad tym nie boleją, przeciwnie, znajdują zadowolenie  w  tym,  że  są  tacy  sami  jak  inni.

Wyobraźmy  sobie  teraz  człowieka  skromnego,  który  próbując  dokonać oceny własnej wartości, zadaje sobie pytanie, czy posiada jakieś szczególne zdolności, czy wybija się w jakiejkolwiek  dziedzinie życia,  po  czym  ostatecznie  dochodzi  do wniosku, że niestety żadnych szczególnych zdolności czy zalet nie posiada. Człowiek ten czuje się szary, bezbarwny i skrzywdzony przez los, ale nie czuje się „masą”. Kiedy  się  mówi  o  „wybranych mniejszościach”,  często  zniekształca  się  znaczenie  tego  określenia  nie dostrzegając tego, że człowiek wybrany to nie ktoś butny i bezczelny uważający się za lepszego od innych, lecz  ten, który wymaga od siebie więcej niż inni, nawet jeśli nie udaje mu się samemu tych wymagań zaspokoić. Nie ulega  wątpliwości,  że  to  właśnie  jest  najbardziej  podstawowym  kryterium  podziału  ludzkości  na  dwa  typy  osobników:  tych,  którzy  stawiają  sobie  duże  wymagania,  przyjmując  na  siebie  obowiązki  i  narażając  się  na  niebezpieczeństwa i tych, którzy nie stawiają sobie samym żadnych specjalnych wymagań, dla których żyć, to pozostawać  takim,  jakim  się  jest,  bez  podejmowania  jakiegokolwiek  wysiłku  w  celu  samodoskonalenia,  to płynąć przez życie jak boja poddająca się biernie zmiennym prądom morskim.  Przypomniało  mi  to,  że  na  ortodoksyjny  buddyzm  składają  się  dwie  zasadniczo  różne  religie:  jedna bardziej wymagająca i trudna oraz druga bardziej swobodna i łatwa: Mahayana – „wielki pojazd” czy „wielki wóz” – i Hinayana – „mały wóz”, „mniejsza ścieżka”. Istotne jest to, z którym „wozem” zwiążemy własne życie, maksymalnych czy też minimalnych wymagań.  Podział społeczeństwa na masę i wybrane mniejszości nie jest zatem podziałem na klasy społeczne, lecz na  klasy  ludzi  i  nie  można  go  łączyć  z  podziałem  na  klasy  wyższe  i  niższe.  Oczywiście,  istnieje prawdopodobieństwo,  że  w  klasach  wyższych,  w  okresie  kiedy  status  ten  osiągają  i  kiedy  rzeczywiście  nań zasługują, napotykamy więcej osób, które związały swoje życie z „wielkim wozem”, podczas gdy klasy niższe składają się zazwyczaj z osobników pozbawionych jakichś szczególnych wartości. Jednakże, dokładnie rzecz biorąc, w łonie każdej klasy społecznej istnieje masa i autentyczna mniejszość.  Jak to wkrótce zobaczymy, cechą charakterystyczną naszych czasów jest panowanie masy, tłumu, nawet w grupach o elitarnych dotychczas tradycjach. Tak więc także w dziedzinie życia intelektualnego, które z samej  swej istoty wymaga określonych kwalifikacji, daje się zauważyć stały wzrost znaczenia pseudointelektualistów,  niedouczonych, nie będących w stanie osiągnąć należytych kwalifikacji i którzy z natury rzeczy powinni być w tej dziedzinie zdyskwalifikowani. To samo można powiedzieć o wielu potomkach „arystokracji”, zarówno w  linii męskiej jak i żeńskiej. Z drugiej strony nie jest obecnie wcale rzadkością natrafienie wśród robotników, którzy  niegdyś  służyli  jako  typowy  przykład  tego,  co  nazywamy  „masą”,  na  jednostki  o  umysłach  w najwyższym stopniu uporządkowanych i zdyscyplinowanych. Otóż, istnieje w społeczeństwie olbrzymia różnorodność czynności, zajęć i funkcji, które z natury rzeczy mają szczególny charakter i, co za tym idzie, nie mogą być należycie wykonywane przez ludzi pozbawionych pewnych specjalnych uzdolnień. Przykładem mogą tu być pewnego typu przyjemności artystyczne o elitarnym charakterze  albo  też  sprawowanie  funkcji  w  rządzie i  wygłaszanie  politycznych  ocen  na  temat  spraw  życia publicznego. Niegdyś te szczególnego rodzaju czynności wykonywane były przez mniejszość o odpowiednich kwalifikacjach lub przynajmniej przez mniejszości, które przypisywały sobie posiadanie tych kwalifikacji. Masy nie  starały  się  ingerować  w  te  zagadnienia;  były  bowiem  świadome  tego,  że  chcąc  wziąć  w  nich  udział, musiałyby,  zgodnie  z  naturą  rzeczy,  zdobyć  owe  szczególne  zdolności,  a  tym  samym  przestałyby  być  masą.  Znały swą rolę i miejsce w zdrowej dynamice społecznej. Wracając teraz do zjawisk i faktów, o których mowa była na początku, możemy stwierdzić, iż są one  niewątpliwie zwiastunami zmian zachodzących w postawach mas. Wskazują na to, że masy zdecydowały się  wysunąć w społeczeństwie na pierwszy plan, zakupując lokale, korzystając z urządzeń i zaznając przyjemności, które dotąd zarezerwowane były dla bardzo nielicznych. Jest rzeczą oczywistą, że, na przykład, wspomniane wyżej  pomieszczenia,  ze  względu  na  ograniczoną  przestrzeń,  nie  były  planowane  z  myślą  o  tłumie,  który obecnie  się  przez  nie  przelewa,  unaoczniając  nam  dobitnie  i  namacalnie  powstanie  nowego  zjawiska:  masy, która nie przestając być masą, zajmuje miejsce mniejszości.” [Jose Ortega y Gasset – Bunt mas, przekład Piotr Niklewicz].

To wszystko wyjątkowo prostym językiem przekazane staram się zrozumieć i odnieść do współczesności rynku masowego ludzi biednych, zwracając przy tym uwagę, że nigdy nie staram się wartościować i zwykle stwierdzam po prostu fakty. Rzeczywistość jest, jaka jest i nawet wyjątkowo negatywne jej przejawy można umiejętnie przekształcić na korzyść tak własną, jak też wielu innych. Zrozumienie aspiracji mas, powstawania rynku pragnień, czy smaków pozwala kształtując opinie w najprostszym słów znaczeniu tak modelować nasze jednostkowe losy, aby stały się łatwiejsze, lepsze, radośniejsze. Zainteresowanie szerokich mas klientów tak elitarnym elementem kultury, jakim jest wino, jeżeli jest umiejętnie sterowane, pomaga ludziom z “małego wozu” przesiąść się na “wóz wielki”. Sam w sobie nie jest wcale istotnym fakt, że tylko jeden procent ludzkości dysponuje dziewięćdziesięcioma dziewięcioma procentami człowieczego bogactwa, istotnym jest to, czy te pozostałe ludzkości procenty będą mogły z przypadającego im procenta wyżywić się i żyć godnie, a więc także (w warunkach hiperdemokracji, która im wszystko umożliwia) móc nie tylko zaglądać przez szybę do cukierni, lecz raczej w tej cukierni i kawę wypić, czy kieliszek wina i ciastkiem zakąsić, bez obawy, że ktoś ich wygoni, oszuka i naurąga. Tutaj wraca koń biały wina w wielkich powierzchniach sprzedaży i to, co nieumiejętne zgraje oszustów złego mogą uczynić, jeżeli zachowywać się będą zgodnie z zasadą “po nas choćby potop”…