Opublikowano Dodaj komentarz

Smak winiawki i siła złotówki

Dalej snując wielkopostne rozważania i zastanawiając się głęboko nad sensem słów przyjaciela mego z Genui, który (jużem to kiedyś opisał) widząc zestaw winny z recenzji tutaj zamieszczanych okrzyk wydał w stylu: “I wy to pijecie?” , powoli dochodzi do mnie siermiężna rzeczywistość kojarzona z dyskontową winiawką. Tutaj wypada przypomnieć, że w kraju moim obowiązuje polski złoty, zaś co do siły jego nabywczej nikt z nas nie ma wątpliwości (a zewsząd narzekania w tym temacie słyszę i urągania na inne – złośliwe – waluty). Nie warto wcale dywagować o wysokości kosztów w skali makro i tym podobnych dyrdymałach. Wystarczy skoncentrować się na ulubionej winiawce i – zwracając uwagę na fakt, że powstaje ona (zwykle) w krajach, gdzie panuje miłościwie euro – zadać sobie proste pytanie: czy dyskontowe wino wyprodukowane, dajmy na to, w Portugalii  i kosztujące w Polsce 10,00 PLN, jest tym samym tanim winem, które pije Portugał, którego pieniądz jest mocniejszy w sile nabywczej i – także – w aspekcie generowania kosztów. Teoretycznie przyjmując, gdyby to było identyczne wino, powinno kosztować znacznie drożej. Tutaj cień z Genui wraca i uporczywie powtarza pytanie: “I wy to pijecie?”, zrozumiał bowiem, iż wino kosztujące u nas tak mało, w dodatku  przy złotówce o niższej sile nabywczej, powinno odpowiednio mniej kosztować w produkcji, a takich win, zwyczajnie, nie ma, niet, nie maje, nie suszczestwujuć. Co więc pijemy radośnie uśmiechnięci i schludnie odziani, my klienci polskich dyskontów? Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć, lecz wiem, że lepiej nie będzie.