Opublikowano 1 komentarz

Tak na marginesie francuskiej biedrączej oferty

Fachowo pisać o winie powinni fachowcy, lecz jeżeli niewinni wszyscy, to gdzie fachowców szukać? Czy rozważania na temat oferty win francuskich w Biedronce to domena kipera, czy też ekonomisty? Dyskusje o winach tanich przypominają ciągłe balansowanie na ostrzu brzytwy, bowiem nie zawsze wiadomo, co trzeba oceniać: czy merlot_syrah_pays_doc_1rewelacyjny smak wina, które zgodnie z ekonomiczną logiką istnieć nie powinno, a więc – natychmiast – rodzi się w nas przypuszczenie, że ktoś chce oszukać i liczymy na to, że jakiś recenzent wyręczy nasze domysły i publicznie doniesie, iż producent X to świnia, gdyż zrobił smaczne i tanie wino z proszku, a handlowiec Y to świnia podwójna, bo chce nas tym proszkiem otruć po to, by zarobić na dobre, prawdziwe, czyste wino. Otóż więc, jako bloger, a nie śledczy, ani pracownik Najwyższej Izby Kontroli, popijam najtańsze wynalazki, świadomy (bom w miarę rozsądny), że ich, logicznie, nie ma i wydaję opinie: smakują, lub nie smakują. Obiektywizować taką opinię mogę opierając się na wzorcach naukowych nabytych w sadzie za oknem o smaku wiśni, porzeczki, aronii, jabłka, gruszki i tak dalej, ciągle – jednak – pozostanę w strefie nieomal poetyckich dywagacji, nie zaś w obszarze praw naukowych, jako że do opinii subiektywnych takie prawa nie mają dostępu i nawet psychologia, czy psychiatria opierają się na zgrubnym macaniu mózgu i dopasowywaniu wniosków do zmieniających się sytuacji. Mogę też opierać się na wzorcach wypracowanych przez bardziej doświadczonych kolegów (chociaż, z pewnością, nie po fachu). Jeżeli, więc, zauważę, że w winie jest za dużo wody, to nie wolno mi krzyczeć, że złe to jest, albo dobre, bo może – przecież – tak być powinno, bo może ten typ tak ma? I co to znaczy za dużo wody w stosunku do soku z winogron, jeżeli nośnikiem-medium soku też jest woda, z której – przecież – składa się większość mojego ciała, a starzenie się, to wysychanie – chociaż, starym będąc, wcale nie wyglądam na wyschniętego, a więc, czyżbym miał za dużo wody? Tak się składa, że smakują mi – niekiedy – wynalazki, o których niektórzy wypowiadają się jednoznacznie, jakoby były chemicznymi podróbkami natury, zapominając o tym, że wino, jako wytwór człowieka, też niewiele wspólnego z naturą posiada. Jednak, i znów to samo, blogerem – tylko – będąc, nie śledczym, czy prokuratorem, mogę stwierdzać, że coś mi smakuje, a nie wgłębiać się w głębię jestestwa tego, co z tego smaku wynika. Żyję, przecież, w systemie, gdzie ktoś wyhodował roślinę, inny ktoś z owoców tej rośliny sporządził napój, a hodowla i praca była od początku do końca obwarowana przepisami, inspekcjami, dyrektywami, a więc już w zaraniu brak podstaw do powątpiewania w uczciwość, jako że czuwało nad wytwórcą Państwo (jakieś tam Państwo). Potem produkt swój wytwórca nazwał i wprowadził do handlu (to wszystko jak byk na etykiecie, a ta jest na butelce) i jeżeli wszystkie te inspekcje i inne organa pozwoliły na to i na butelce zapisane jest, że winem jest napój, a nie tartą bułką, to nie widzę żadnych powodów, aby nieustannie doszukiwać się oszustw, bo jeśli nawet istnieją, lecz oficjalnie na półkach sklepowych świecą, to oszustwami być przestają, gdyż znajdują sankcję najwyższą w moim smaku właśnie, a więc, jeżeli mi smakują, przestają być oszustwami i mało mnie obchodzi, czy z proszku to wino było, czy z tartej bułki z wodą (patrz słynny kalifornijski szczyt smaku i upojenia, a także niezrównany przykład marketingowego sukcesu). Przecież jakieś laboratoria je odbierały. A że te tańsze w ofercie francuskiej w Biedronce są – niekiedy – ciekawsze? Lepszy, pewnie, był proszek, bo i kaca po nim nie było. Zawsze mógłbym iść sobie do Mielżyńskiego, czy Kondrata i kupić „czyste” wino za tysiąc złotych, chociaż, świadomy tego, że mnie nie stać, wolę pić to, na co stać i nie wykrzywiam gęby (a tak, nawiasem, pisząc, smaki oferty francuskiej w Biedronce coś mi przypominają, czyżby w niej teraz jakiś Jeremi doradzał i naprowadzał)?

1 komentarz do: “Tak na marginesie francuskiej biedrączej oferty

  1. U Mielżyńskiego i Kondrata występują wina, które są/można było kupić w Biedronce. Na przykład Biedronkowy Vinho Verde – Sol Real w cenie 12,99zł (produkowane przez Quinta da Lixa) – to dokładnie to samo u Kondrata pod nazwą Monsenhor w cenie 29zł (http://www.marekkondrat.pl/monsenhor-vinho-verde-doc). Oczywiście słynne Vallado: cena regularna 29,99zł (mi udało się kupić sporo butelek na wyprzedaży za 10zł) – u Mielżyńskiego jest w cenie 49,50 zł.
    Swoją drogą, jak już jesteśmy przy cenach ostatnio Wojciech Bońkowski recenzował i zachwalał wino za 4zł (1 EUR) kupione w Portugalskim Lidlu (http://www.youtube.com/watch?v=pjoILgHC6xw), gdzie sporą część i tak tej niesamowicie niskiej ceny stanowił prawdziwy dębowy korek :-).
    Marek Kondrat powiedział kiedyś w wywiadzie, że wino dobre, to takie, które nam smakuje.
    Czasami zaopatruję się w niedrogie wina w sklepach specjalistycznych, ale coraz częściej wybieram markety i dyskonty, bo wino bardzo dobre (dla mnie) może być tanie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *